piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział 11 - Moment szczerości



Po niemiłej wizycie Dracona Leonard unikał Hermiony jak ognia. Zamykał się w przeznaczonym dla niego pokoju gościnnym i nie wychodził nawet po jedzenie, przywoływał je zaklęciem. Nie chciał jeszcze bardziej denerwować dziewczyny, ale sumienie podpowiadało mu, że powinien z nią porozmawiać. Nie wiedział niestety, jak zareaguje szatynka, co bardzo go trapiło. A co jeśli się na mnie zdenerwuje i wyrzuci?

Załamany tą wizją postanowił przemknąć się do łazienki i wziąć prysznic. Delikatnie uchylił drzwi, upewnił się, że na korytarzu nikogo nie ma, i cicho wyślizgnął się z pokoju. Była już późno, bo dochodziła 23.00, ale zauważył palące się światło w salonie. Przystanął na chwilę i stoczył krótką bitwę z myślami.

Pogadać z nią?

Nie chcę jej zdenerwować…

A może się ucieszy?

Zachowałem się okropnie.

Przeprosić?

Ale czy przyjmie przeprosiny?

CHOLERA JASNA, ZACHOWUJĘ SIĘ JAK IDIOTA!

Wreszcie Leonard podjął decyzję i szybkim krokiem ruszył w stronę salonu. Gdy stanął w progu, zawahał się przez sekundkę, ale w końcu wszedł do środka. Wtedy ujrzał Hermionę. Siedziała po turecku na kanapie i uważnie czytała jakąś grubą książkę. Włosy podpięła czarną spinką tak, że nie opadały jej na oczy i nie przeszkadzały w czytaniu. Wyglądała ślicznie, zupełnie inaczej niż wszystkie kobiety z którymi Leonard się spotykał. Amanda, będąca niewątpliwie piękną kobietą, nie miała „tego czegoś”, co mężczyzna widział u panny Granger. Cały czas zastanawiał się dlaczego tak długo była samotna…

- Hermiono, możemy porozmawiać? – spytał ze skruchą w głosie, a dziewczyna oderwała się od lektury i spojrzała na niego.

- Oczywiście… - zmarszczyła ze zdziwieniem brwi, ale odłożyła książkę. Leonard usiadł obok niej tak blisko, że czuła jego ciepło i odruchowo się zarumieniła.

- Przepraszam za tę sytuację z Malfoyem… -westchnął cicho. – Zachowałem się jak totalny kretyn i rozumiem, że możesz być na mnie zła…

- Zła? – Hermiona zaśmiała się cicho. – Za to, że przywaliłeś Malfoyowi? Ja też miałam ochotę zdzielić go po tej pięknej buźce, i to niejeden raz – dodała z iskierkami w oczach, a szatyn zrobił głupią minę.

- Ale.. Ja myślałem… - przerwał na chwilę zastanawiając się co powiedzieć. – To dlaczego przyłożyłaś mu potem lód?

- No… - rumieniec na twarzy kobiety stał się bardziej intensywny. – Z przyzwyczajenia – wydukała wreszcie, a Leo pokiwał głową ze zrozumieniem. Dlaczego ja mu właściwie dałam ten lód? – dopiero teraz dotarło do niej co zrobiła. Chociaż z drugiej strony dlaczego nie? Czy taki drobny gest był podejrzany?

Zapadła krępująca chwila ciszy. Każdy pogrążył się w swoich myślach i nie śmiał przerwać tego milczenia. Hermiona wpatrywała się w kominek, a Leonard w swoje splecione dłonie.

- O co się pokłóciliście? – dziewczyna wyrwała szatyna z zamyślenia. Gdy spojrzał na nią ze zdziwieniem dodała – No wiesz, tamtego dnia w lesie…

- Ach – rzucił krótko, a na jego twarzy pojawiła się nutka smutku. Nie lubił opowiadać tej historii, niosła ze sobą wiele emocji i bolesnych wspomnień. Za każdym razem odpowiadał „Stara historia”, ale dziś poczuł potrzebę wyżalenia się. Brązowooka budziła w nim zaufanie, choć znał ją dopiero tydzień. – Podczas wojny śmierciożercy porwali wiele osób, jedną z nich była Elisabeth Sherman, dziewczyna w moim wieku ucząca się w Bouxbotons. Była piękna, a w dodatku pochodziła z najbogatszej rodziny w całej Francji, więc trafiła prosto do najwyższego kręgu… - w jego oczach pojawiły się łzy, a Hermiona nieznacznie objęła go ramieniem. – Oni… Te dziewczyny musiały znosić okropne rzeczy… Były bite, gwałcone, poniżane, głodzone i traktowane jak najgorsze ścierwo. A Elisabeth miała pecha i trafiła do Lucjusza Malfoya – urwał na chwilę i spojrzał kobiecie w oczy. Jej pocieszający wzrok podniósł go nieco na duchu, więc drżącym głosem kontynuował. – On był najokrutniejszy ze wszystkich. Po trzech dniach zrobił z niej marionetkę w opłakanym stanie. Musiałaby znosić ten horror niewiadomo jak długo, gdyby nie Draco – Hermiona wytrzeszczyła oczy, co nie uszło jego uwadze. – Znaliśmy się dość długo, a ja nie stałem po żadnej stronie w tej wojnie, więc kazał mi zabrać dziewczynę z ich głównej kwatery i uciec z nią na skraj Zakazanego Lasu. Mieszkaliśmy w tym domku dwa tygodnie, a ja nie spuszczałem jej z oka nawet na minutę. Wszędzie chodziliśmy razem i ja… - znów urwał na chwilę. – Pokochałem ją. Aż pewnego razu poszedłem do lasu upolować coś do jedzenia, ale ona chorowała i musiała zostać. Gdy wróciłem, była martwa. Lucjusz Malfoy rzucił na nią zaklęcie namierzające i śledził nas, by ją zamordować.
Hermiona spojrzała mu prosto w oczy i przytuliła jeszcze mocniej. Nie wiedziała dlaczego to robi, po prostu czuła, że on tego potrzebuje. Siedzieli tak wtuleni w siebie, a ciepło bijące od drugiej osoby pozwalało im stawić czoła powracającym wspomnieniom.

Gdy minęło pół godziny, zasnęli razem trzymając się nawzajem kurczowo, spragnieni bliskości drugiego człowieka.

***

Drzwi do gabinetu otworzyły się z cichym zgrzytem i do środka wszedł Draco Malfoy. Poprawił swoją marynarkę i podszedł do biurka, przy którym siedziała Minerwa McGonaggal lustrująca go wzrokiem. Musiała przyznać, że młody Malfoy bardzo się zmienił. Zamiast ironicznego uśmieszku, na jego twarzy widniał obojętny wyraz twarzy podszyty prawdziwym szacunkiem. Jego rysy wyostrzyły się i stały się bardziej dorosłe, co dodało mu powagi. A tak niedawno był jeszcze dzieckiem…

- Witam pani profesor – powiedział beznamiętnym tonem mężczyzna siadając na krześle. – Nie mam zbyt wiele czasu, więc zacznę od razu. Dowiedziałem się od prywatnej doradczyni ministra, że morderca wysłał list z żądaniem jakiejś rzeczy. Jeśli nie dostanie tego szybko, zacznie mordować zakładników. Jako podpis dał pieczęć z czaszką na klepsydrze.

- Wiesz czego zażądał? – kobieta ściągnęła usta w wąską linię, jak to miała zwyczaj robić, gdy myślała. – Przedmiotu, dokumentu…

- Nie – przerwał jej blondyn. – Podejrzewam, że chodzi o Granger – dyrektorka zmarszczyła ze zdziwieniem brwi.

- Hermiona Granger? – wyszeptała, a w jej oczach błysnął strach. Popatrzyła poważnie na mężczyznę. – Jesteś pewien? – jej ton drżał z przerażenia.

- Tak, minister kazał mi zaprowadzić ją w jakieś miejsce, gdy o to poprosi. Nie sądzę, żeby to był zbieg okoliczności – mruknął.

Minerwa wstała i podeszła do dużej przeszklonej szafki z fiolkami i wyszeptała coś, po czym machnęła różdżką, a drzwiczki się otworzyły. Drżącą dłonią sięgnęła w głąb i wyciągnęła zakurzoną fioleczkę ze srebrnym płynem w środku, podpisaną „Severus”. Wróciła do biurka i zaczęła przegrzebywać dolną szufladkę. Wreszcie znalazła mały rulonik zapieczętowany znakiem Hogwartu i wręczyła go wraz z fiolką Draconowi.

- W fiolce znajduje się wspomnienie Severusa, w którym wszystko jest wyjaśnione – szepnęła. -  Obejrzyj je w domu, bez żadnych świadków, a później je zniszcz, rozumiesz? – chłopak pokiwał głową. – Na pergaminie zapisane jest miejsce, do którego będziesz musiał się udać, a także wszystkie instrukcje. Nie otwieraj go dopóki nie wyruszysz w podróż, nie możesz pozwolić,  żeby wpadł w niepowołane ręce – spojrzała na niego z troską. – A teraz idź, nie mów nikomu o tej rozmowie.
Blondyn schował przedmioty do kieszeni i ruszył w stronę wyjścia. Gdy otworzył drzwi, usłyszał jeszcze zaniepokojony głos Minerwy:

- Nie daj się zabić Draco.

***

Ogromna, kamienna sala wypełniona była ludźmi ubranymi w krwistoczerwone peleryny. Wśród tłumu panowało zaniepokojenie i ekscytacja jednocześnie, powietrze aż wibrowało od tych emocji. Ciche szepty wypełniały zimną komnatę odbijając się echem od szarych ścian. Wszyscy patrzyli w jeden punkt – wielki, czarny tron stojący na środku. Nie był to zwykły tron, jego czerń miała tak intensywny odcień, że patrząc na nią czuło się jakąś niezdefiniowaną grozę. W pokoju panował półmrok rozświetlany jedynie niewielką liczbą świeczek wiszących w powietrzu. Amber przecisnęła się przez kilka rzędów ludzi i stanęła obok przyjaciela.

- Co się dzieje? – wyszeptała najciszej jak potrafiła. – Przecież niedawno było zebranie…

- Mają zabić kogoś z zakładników – ton mężczyzny wyrażał chorą ekscytację. – Cicho, zaczyna się – dodał, gdy do środka wkroczył mężczyzna w czarnej szacie zakrywającej twarz. Amber na ten widok przeszły ciarki, doskonale pamiętała tę sylwetkę…

- Drodzy poddani! – jego głos wypełnił całą salę, a tłum zamilknął. – Dziś odbędzie się publiczna egzekucja jednego z zakładników. Minister Magii nie wywiązał się z umowy, więc z każdym dniem zwłoki ginął będzie jeden zakładnik. Uroczystość czas zacząć! – na twarzach zebranych pojawiło się wyczekiwanie. Mężczyzna usiadł na tronie, a do Sali weszli strażnicy niosący związaną nagą brunetkę. Była to młoda kobieta z ostrymi, ale seksownymi rysami twarzy. Na jej bladej twarzy malował się strach. Strażnicy wnieśli ją do sali i za pomocą czarów zawiesili w powietrzu. Mężczyzna w czarnej pelerynie wstał i powoli podszedł do kobiety. Wyciągnął spod szaty nóż i delikatnie przejechał po nim opuszkami palców. Pochylił się nad uchem kobiety i ściągnął jej knebel, po czym wyszeptał:

- Możesz krzyczeć do woli złotko.

Przejechał dłonią po płaskim brzuchu kobiety i przyłożył do niego nóż. Sprawnym ruchem przeciął skórę i zaczął wycinać znak – klepsydrę z czaszką na wierzchu. Kobieta zaczęła krzyczeć z bólu, lecz im głośniej to robiła, tym głębiej wbijał nóż. Cała sala przypatrywała się temu w milczeniu. Gdy wreszcie mężczyzna skończył, odrzucił nóż w głąb sali i znów pochylił się nad ofiarą.

I wtedy zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Szybkim ruchem wbił się w tętnicę kobiety i zaczął pić jej krew.

Ich władca był wampirem.


----------
Hej, wreszcie przybywam z nowym rozdziałem! :D Początkowa koncepcja była nieco inna, ale w tak wygląda efekt końcowy :) Nie jestem zbytnio z niego zadowolona, moim zdaniem jest zbyt brutalny, ale nie mogłam pominąć ostatniej sceny :/ Nie wiem dlaczego to zrobiłam, chyba dlatego, że czytałam ostatnio obrzydliwy horror, bleh! :< Postaram się robić nieco łagodniejsze rozdziały, bo wiem, że nie każdy lubi brutalność ;)
Co do Leonarda - wiem, że chcecie mnie zabić :D Ale nie martwcie się, od kolejnego rozdziału zaczyna się prawdziwe Dramione :D 
Pytania jak zwykle kierujcie na ask.fm ;) Odpowiadam na wszystkie.

Buziaki i cieszcie się ostakiem wakacji! :*
Alicia*

niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział 10 - Spotkanie po latach



Hermiona stała wpatrując się w otwarte na oścież drzwi, w których stał Draco Malfoy bezczelnie się uśmiechając. On jak gdyby nigdy nic poprawił swoje gęste, platynowe włosy, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy i, o ile to możliwe, bardziej bezczelny. Ubrany był w luźną, ciemnozieloną koszulę z podwiniętymi rękawami i czarne materiałowe spodnie. Nie przypominał szkolnego Malfoya – fretkę z przylizanymi włoskami i zasłaniającą się tatusiem. Teraz, gdy Lucjusz siedział w Azkabanie i nic nie zapowiadało, że szybko z niego wyjdzie, a Narcyza  zaginęła w tajemniczych okolicznościach, Draco musiał nauczyć się samodzielności. Zmężniał i wyprzystojniał, co nie zmienia faktu, że Hermiona wciąż uważała go za wrednego ślizgona arystokratę.

- Wiem, że wyglądam bosko, ale szkoda tego wina, Granger – mruknął i jednym machnięciem różdżki posprzątał rozlany alkohol z podłogi, wprawiając tym samym szatynkę w jeszcze większe osłupienie. Jakby tego było mało, wszedł do salonu i rozejrzał się dookoła, po czym dodał – Luksusów to tu nie ma, ale nieźle się urządziłaś.

Te słowa sprawiły, że Hermiona otrząsnęła się z pierwszego szoku i, wciąż nieco skołowana, zamknęła drzwi, po czym czujnie sięgnęła na półkę z różdżką. Niestety, nie poczuła znajomego kawałka patyka, usłyszała za to śmiech nieproszonego gościa.

- Nie sądzę, aby różdżki były nam potrzebne – na potwierdzenie tych słów Draco odłożył własność swoją i kobiety na komodę i rozsiadł się wygodnie na kanapie. – Nie spodziewałem się takiego przyjęcia – rzucił w powietrze wiedząc, że gryfonka zareaguje.

- Takiego? – spytała kąśliwie. – Myślałeś, że rzucę ci się w ramiona? – dodała wciąż złośliwym tonem czując rosnące zdenerwowanie.

- Byłoby miło… - blondyn uniósł znacząco brew, i teatralnie westchnął. – Choć szczerze mówiąc spodziewałem się sierpowego jak w trzeciej klasie, lub paskudnego zaklęcia – dodał beznamiętnym tonem wpatrując się w fotografię Hermiony, Harry’ego, Rona i Ginny stojącej nad kominkiem.

- Ach, rozczarowałam cię? – szczerze zdziwiło ją zachowanie mężczyzny. Przyszedł do niej po 4 latach ukrywania się i leżał teraz beztrosko na jej kanapie. Mimo wszystko Hermiona czuła, że to tylko pozory, a uraza z dawnych lat nie pozwoliła jej na milszy ton. – Jeśli tak, to mogę to szybko naprawić – popatrzyła zimno w jego twarz, ale zobaczyła ten sam kamienny wyraz twarzy, jak po Bitwie o Hogwart.

- Och, odsuńmy złośliwości na bok – Draco pokręcił głową z politowaniem. – Wy, Gryfoni, nigdy nie odpuszczacie? – zironizował.

- A powinnam odpuścić siedem lat poniżania, wyśmiewania i wyzywania od szlam? – popatrzyła mu hardo w oczy, a uśmieszek nagle zniknął z twarzy Malfoya. Zamiast tego pojawiła się kamienna maska nie zdradzająca żadnych emocji. Ale w jego stalowoszarych oczach błysnęło coś na kształt smutku. A może tak jej się tylko wydawało?

- Nie przyszedłem tutaj po to, żeby się kłócić – odparł szorstko mężczyzna podnosząc się nagle do pozycji siedzącej. Wlepił wzrok w ścianę i splótł palce obu dłoni. – Gdzie jest Leonard? – spytał sucho.

- Myślisz, że pozwolę ci się do niego zbliżyć po tym, jak musiałam ratować mu życie? – parsknęła i zmroziła go wściekłym wzrokiem. – Lepiej się stąd wynoś – dodała podnosząc się z fotelu i sięgając po swoją różdżkę. Niestety i tym razem ślizgon był szybszy, poczuła mocny uścisk na swoim nadgarstku i gwałtowne szarpnięcie. Stała tyłem do Dracona i była mocno przyciśnięta do jego ciała.

- Miła pogawędka się skończyła – wysyczał jej prosto do ucha, a po jej ciele przeszły ciarki. – Gdzie jest… - nie dokończył, ponieważ poczuł mocne uderzenie w tył głowy i puścił nadgarstki Hermiony. Odwrócił się i poczuł kolejny cios, tym razem w szczękę. Upadł na podłogę klnąc głośno, a kobieta wykorzystała moment i szybkim ruchem zgarnęła różdżki z komody, po czym spojrzała na swojego wybawiciela. Nad blondynem stał Leonard ubrany w same bokserki i oddychał niespokojnie. Z jego wilgotnych włosów kapały kropelki wody i spływały leniwie po umięśnionym torsie mężczyzny. W przypływie złości szatyn chciał jeszcze raz kopnąć leżącego Malfoya, ale powstrzymał go krzyk Hermiony.

- Zostaw go! – wrzasnęła wyczarowując między nimi niewidzialną barierę. Uklęknęła przy leżącym blondynie i przyłożyła mu do szczęki przywołany woreczek z lodem. Po chwili Draco z sykiem podniósł się ostrożnie i popatrzył się z nienawiścią na Leonarda.

- Zabiję cię pierdolony sukinsynie! – wrzasnął i rzucił się na niego, ale odbił się od niewidzialnej bariery.

- Przestańcie do jasnej cholery! – wydarła się Hermiona, a mierzący się do tej pory wzrokiem mężczyźni popatrzyli na nią. Miała potargane włosy i wściekły wyraz twarzy. – Leonard, idź natychmiast do pokoju gościnnego! – spojrzała na niego znacząco, a on niechętnie wykonał polecenie. – A ty – dźgnęła Dracona w pierś – zabieraj swoją różdżkę i wynoś się!
Przez chwilę stali tak naprzeciwko patrząc sobie w oczy – Hermiona gniewnie i ze złością, Draco z chłodem i spokojem, aż wreszcie blondyn zabrał swoją różdżkę i aportował się z głośnym trzaskiem.

***

- Strasznie tu śmierdzi – Ron skrzywił się zniesmaczony i mocniej ścisnął różdżkę. Nie lubił kanałów od czasów wyprawy do Komnaty Tajemnic z drugiej klasy, więc niezbyt przypadła mu do gustu lokalizacja kryjówki organizacji, którą próbowali rozbić. Było to miejsce ciasne, brudne i niezbyt przytulne. Szedł za Wadimem, który okazał się rosłym mężczyzną (miał ponad dwa metry wzrostu!) z bujnym wąsem i brodą. Po spotkaniu Nadii zarówno Harry, jak i Ron byli przekonali, że nie spotkają dziwniejszej osoby, ale jak widać mylili się. Wadim miał surowe, ostre rysy twarzy, lecz jego charakter był zupełnie inny. Cały czas rzucał żarciki, które były śmieszne tylko w jego mniemaniu, ale aurorzy grzecznie udawali rozbawienie. Dodatkowo kilka razy próbował namówić mężczyzn do „skosztowania” wódki robionej przez niego, ale udało im się wymigać.

Wędrówka przez kręty labirynt korytarzy ciągnął się w nieskończoność, ale w końcu dotarli do dużego pomieszczenia wypełnionego różnymi sprzętami. Na samym środku stał ogromny stół z licznymi fiolkami, próbówkami i innymi alchemicznymi sprzętami. Niektóre próbówki były wciąż napełnione, a w pracowni panował niezmierny bałagan świadczący o opuszczaniu go w pośpiechu. Mężczyźni rozdzielili się i Harry ruszył do magazynu ukrytego za ledwo trzymającymi się we framudze drzwiami. Delikatnie je odsunął i ruszył do pomieszczenia, w którym walało się mnóstwo pudełek. Przesuwał je ostrożnie czubkiem buta zaglądając do każdego z nich ukradkiem. Przesuwał właśnie ogromne tekturowe pudło nasiąknięte jakimś płynem, gdy usłyszał mrożący krew w żyłach głos:

- Znów się spotykamy – z mroku wyszedł chłopiec. Dokładnie ten sam, którego widział z Hermioną w Teatrze.

Harry ostrożnie cofnął się do tyłu, a chłopak zaśmiał się chłodno.

- Wielki Harry Potter, który pokonał Czarnego Pana boi się dziecka? – zakpił, po czym uśmiechnął się paskudnie. – Lepiej nie oddalaj się od przyjaciół… Mogłoby ci się coś stać – odwrócił się i wszedł w mrok rozpływając się w powietrzu.

Dopiero wołanie Rona przywołało Harry’ego do porządku, ale w uszach wciąż dźwięczał mu zimny głos chłopaka.

Mogłoby ci się coś stać.

***

- Ile jeszcze będziemy tkwić w tym zamczysku? – wysoki blondyn jęknął cicho z nieukrywanym niezadowoleniem. Siedział przy stole jedząc udko z kurczaka, a miejsce obok niego zajmowała kobieta z ogniście czerwonymi włosami.

- Wiesz, że Pan czeka, aż minister da mu tę rzecz – szepnęła cicho rozglądając się nerwowo, jakby ktoś ich podsłuchiwał.

- A czy ktokolwiek wie czym jest TA rzecz? – mruknął nabierając na widelec nieco ziemniaków. – No i ileż można czekać! Nie po to zgodziłem się u niego służyć, żeby teraz tkwić w tym zamku przez wieczność – westchnął załamany swoim losem.

- Scorpius wie, ale ponoć złożył wieczystą przysięgę. A poza tym nie marudź, tylko jedz szybciej, bo mamy za godzinę zebranie – dodała widząc tempo, w jakim jej przyjaciel przeżuwał pokarm.

- Ciekawe o czym będzie mowa – uśmiechnął się paskudnie. – Jeśli wierzyć plotkom, najlepsi z nas dostaną zabaweczki…

- Och, błagam! – Amber skrzywiła się widząc minę mężczyzny, ale on to zignorował.

- Zostałaś nową ulubienicą Pana, wiesz? – spytał kąśliwie. – Co robiliście u niego w komnatach? – spojrzał na towarzyszkę znacząco, a ta zbladła nagle.

- Skąd wiesz? – jej ton był ostry jak brzytwa, a oczy ciskały błyskawicami.

- Plotki rozchodzą się szybko… A poza tym ja bym się na twoim miejscu cieszył, to wielki zaszczyt – dodał, po czym odłożył sztućce na pusty talerz. – Chodź, bo się spóźnimy.

***

Po wojnie Hogwart został odbudowany niemal od podstaw, lecz odzyskał swoją dawną świetność. Minęło 5 lat od finału największej dotychczas wojny w czarodziejskim świecie – II Bitwy o Hogwart i życie czarodziei było spokojne i pełne dobrobytu. Na pokrytych resztkami marcowego śniegu Błoniach przechadzali się uczniowie w czarnych szatach. Niektórzy siedzieli na ławkach, inni rzucali w siebie śnieżkami, a tu i ówdzie widoczne były zakochane pary tulące się pod ścianą. Przez te pięć lat nienawiść między domami nieco zmalała, co bardzo cieszyło Minerwę McGonaggal stojącą teraz w oknie swojego gabinetu i podziwiającą krajobraz. Była z siebie dumna widząc radość malującą się na twarzy najmłodszych, jak i najstarszych uczniów Hogwartu. Wojna zebrała duże żniwo i bardzo odczuwalny był brak Severusa, Dumbledore’a oraz innych poległych, lecz starano się nie rozdrapywać starych ran.

Z zamyślenia wyrwał ją widok ptaka lecącego prosto do jej gabinetu. Był to piękny, wyjątkowo zadbany, czarny puchacz. Kobieta nieśpiesznie odwiązała list przywiązany do jego nóżki i przywołała miseczkę z wodą. Usiadła wygodnie przy biurku i przyglądnęła się kopercie zapieczętowanej znakiem Malfoy’ów. Zdziwiona otworzyła ją i wyciągnęła kartkę papieru ze pismem, które dobrze poznała sprawdzając eseje z transmutacji.

Szanowna Pani Minerwo McGonaggal

Piszę do Pani w bardzo pilnej sprawie. Zapewne czytała Pani ostatnie numery Proroka Codziennego, w których opisywane są niepokojące wieści ze świata czarodziei. Mam na myśli serię porwań oraz Masakrę w Teatrze Wielkim. Dowiedziałem się kilku rzeczy, o których wiedzą tylko nieliczni, i sądzę, że światowi czarodziei może grozić niebezpieczeństwo. Myślę, że mogłaby mi Pani pomóc, więc proszę o pilne spotkanie.

Draco Malfoy

Kobieta drżącymi rękami odłożyła kartkę papieru na gładką powierzchnię blatu i westchnęła.

Spokój nie trwał długo.


--------
Witam po tak długiej przerwie i od razu przepraszam! Wena uciekła, zajęć było niemało i w efekcie rozdział pojawia się tak późno, ale jest mi naprawdę przykro! :/ Postaram się dodać kolejny rozdział jak najszybciej, w ramach rekompensaty :)  
Dziękuję za wszystkie komentarze, bardzo mnie cieszą!
No i na koniec zachęcam do pytania na moim ask.fm - chętnie odpowiem na WSZYSTKIE pytania ;)

Buziaki i cieszcie się ostatnimi dniami wakacji!
Alicia*

czwartek, 15 sierpnia 2013

Rozdział 9 - Wir myśli



Draco stał opierając się nonszalancko o mur pokryty różnymi napisami. Z wymalowanym na twarzy spokojem palił papierosa niespiesznie wydmuchując dym, który tworzył piękne kształty. Jego postawa mówiła sama za siebie – „Jestem Draco Malfoy, pan i władca świata”. To chłodne opanowanie było sztuczką wyuczoną w latach młodości, gdy na świecie panował Voldemort, a jego rodzice byli gorliwymi śmierciożercami. Wtedy ukrywanie swoich emocji nie raz uratowało młodemu arystokracie życie. Wojna nie trwała jednak już od 5 lat, a taktyka dziedzica Malfoyów nie zmieniła się. I tu pojawia się problem – Jego opanowanie to faktycznie sztuczka, czy może prawdziwy charakter?

Pustą stację metra wypełniał smród charakterystyczny dla dawno opuszczonego miejsca, mocz, brud, alkohol i fetor bliżej nieznanego pochodzenia. Blondyn skrzywił się, gdy wiatr powiał mocniej przyciągając za sobą tę zabójczą mieszankę, ale nie przestał rozkoszować się papierosem. Nagle w oddali rozległ się głośny trzask, a następnie tupot stóp. Draco ze spokojem rzucił niedopałka w pobliską kałużę i zaczął pedantycznie otrzepywać swój garnitur z nieistniejącego brudu.

- Spóźniliście się – rzucił w powietrze beznamiętnym tonem nie spoglądając nawet na dwóch przybyszów. – Jakie wieści?

- Gorszego miejsca na spotkanie nie było? – wysoki, czarnoskóry mężczyzna zmarszczył ze zniesmaczeniem nos ignorując pytanie przyjaciela. Owinął się mocniej płaszczem czując lodowaty powiew wiatru.

- Zadałem pytanie Zabini – wycedził Draco, który był dzisiaj w widocznie złym humorze. – Jakie wieści? – powtórzył.

- Minister wysłał Weasleya i Pottera do Rosji, z tego co kojarzę mają szukać laboratorium, w którym prowadzone są nielegalne eksperymenty – odparł sucho Blaise zerkając na milczącego blondyna, lecz ten nie odezwał się. – Zatrudnił też Granger, ponoć leczy teraz Leonarda – urwał i zapadła głucha cisza.

- Nott? – na twarzy Dracona pojawiło się zdenerwowanie, ale odwrócił się szybko i zaczął powoli chodzić.

- Granger miała w domu jakąś dziewczynkę, na oko siedmioletnią. Niska, długie ciemnoblond włosy, niebieskie oczy… - odpowiedział zimno.

- Miała? – oczy Malfoya błysnęły.

- Tak, teraz jest u Weasley. A Ty czego się dowiedziałeś? – spytał i spojrzał pytająco Teodor.

- Amanda wie dość dużo, mówiła, że Rufus dostał od zabójcy list, w którym grozi, że zabije zakładników, jeżeli nie dostanie czegoś… - jego źrenice zwężyły się. – Granger jest w niebezpieczeństwie – dodał wywołując tym samym szok kolegów.

- Od kiedy interesuje nas ta szlama? – trafnie zauważył Nott. – Jak dla mnie może…

- Zamknij się kretynie – wysyczał i stanął tuż przed brunetem. – Tu nie o tylko o nią chodzi, to jest coś większego – popatrzył wściekle na mężczynę.

- Więc o co chodzi do jasnej cholery?! – krzyknął mu prosto w twarz Teodor.

- Póki co szperajcie dalej – zignorował bruneta Malfoy i odwrócił się do niego tyłem. – Gdy tylko się czegoś dowiecie, napiszcie do mnie. Ja wyślę list do McGonaggal i… - uśmiechnął się chytrze. – Odwiedzę kogoś – po tych słowach aportował się z trzaskiem zostawiając dwóch mężczyzn samych.

- Jak myślisz, kogo odwiedzi? – spytał szczerze zdziwiony Nott.

- Jeśli dobrze podejrzewam, lepiej żeby tylko żartował… - odparł tajemniczo Zabini i wyciągnął paczkę papierosów po czym podsunął ją koledze.  – Chcesz?

***

Wyprawa do Rosji okazała się być istnym horrorem dla Harry’ego i Rona. Najpierw musieli podróżować do Wołgogradu tanim pociągiem wypełnionym po brzegi ludźmi, później czekać na Nadię Repnin i zostać u niej w domu, gdzie (o zgrozo!) jedynym jedzeniem była solanka ze zdechłej ryby, a teraz podróżować stuletnim autobusem. Rudzielec i jego przyjaciel nie rozumieli dlaczego nie mogą używać magii, co bardzo ich irytowało. Okazało się, że ta wyprawa będzie ich kosztować dużo nerwów oraz uszczerbku na zdrowiu. Podróż do Gorodishche ciągnęła się w nieskończoność.

- Masz jakieś informacje? – spytał Ron, który większość drogi przespał co widać było po jego nieprzytomnym spojrzeniu.

- Nadia powiedziała, że mamy dojechać do Gorodishche i tam spotkać się z Wadimem, który zaprowadzi nas do opuszczonej kryjówki tych sukinsynów – odparł beznamiętnym tonem. Póki co nie mieli żadnych śladów organizacji zajmującej się testowaniem nielegalnych eliksirów i brunet zaczął szczerze wątpić w sens całej tej akcji.

- A Gin coś pisała? – Harry wyczuł w tonie kolegi nutkę nadziei.

- Ach, napisała że wszystko jest w porządku – odparł zdawkowo i zamilknął na chwilę tocząc w myślach bitwę. Powinienem mu powiedzieć? On i Herm nie lubią się tak jak dawniej… - Dostałem list od Herm – oznajmił.

- Ach tak? – Weasley wydawał się być niezainteresowany tą informacją. Z obojętną miną przerzucał strony proroka codziennego, którego zdążył już przeczytać 5 razy.

- Minister magii zatrudnił ją do siebie. Spotkał się z nią tuż po naszym wyjeździe i oznajmił, że nie pracuje już jako magomedyk – urwał na chwilę i spojrzał w oczy towarzysza. Był niemal pewien, że zobaczył w nich dziwny błysk… - Ron, coś tu nie gra – ściszył nieco głos, który brzmiał teraz bardzo poważnie. – Boję się o nią.

***

Czerwonowłosa kobieta przemierzała szybkim krokiem wąskie korytarze wypełnione stukotem jej obcasów. Włosy miała niezgrabnie ułożone, a ubrania pomięte, ale nie interesowało jej to. Wspięła się po schodach tak szybko, jak tylko mogła i biegiem ruszyła w stronę ogromnych, dębowych drzwi na końcu sali. Gdy wreszcie do nich dotarła, stojący po bokach strażnicy pchnęli je lekko i, z widocznymi złośliwymi uśmieszkami, odstąpili na boki. Kobieta odetchnęła głęboko i weszła do środka.

- Spóźniłaś się, Amber – zimy głos mężczyzny odbił się od ścian i wypełnił całą komnatę. Była ona ogromna, ale prosto urządzona. Pod ścianą stało duże biurko zawalone stertą pergaminów i ksiąg. Po drugiej stronie widać było masywną, czarną szafę. Okiennice zasłonione były krwistoczerwonymi ciężkimi zasłonami, przez co w pokoju panował półmrok. Oprócz biurka i szafy był tu również barek, dwa fotele i sofa, kominek oraz ogromne łoże idealnie zaścielone czarnym atłasowym kompletem. – Wiesz, że tego nie lubię.

- Tak panie – kobieta z przerażenia wbiła paznokcie w dłonie. Wysoka postać wynurzyła się z mroku i ruszyła w jej stronę. Był to mężczyzna, dość szczupłej sylwetki okryty czarną peleryną. Gdy wkroczył w światło ognia, zobaczyła, że ma srebrną maskę.

- A skoro tego nie lubię, muszę to ukarać – blada dłoń wysunęła się spod peleryny i dotknęła policzka Amber, a ta starała się powstrzymać drżenie ze strachu. – Jesteś taka ładna… - dłoń zjeżdżała coraz niżej i niżej, aż zatrzymała się na obojczyku. Mężczyzna wyciągnął drugą dłoń w powietrze i nagle pojawił się w niej bat. – Rozbierz się i połóż na łóżku – rozkazał, a Amber bez protestu to zrobiła.

Ostatnią rzeczą którą później pamiętała był świst bata, jej przeraźliwy krzyk i sadystyczny śmiech mężczyzny.

***

Hermiona była wściekła i zestresowana jednocześnie. Czuła się jakby dostała czymś wyjątkowo ciężkim w głowę, ale cudem stała wciąż na nogach. Zdenerwowanie było winą ministra magii, który dzień wcześniej oznajmił jej, że dziewczyna pracuje teraz dla niego. Wciąż nie mogła zrozumieć o co mu chodziło. Wymyślała przeróżne scenariusze, ale wszystkie wydawały się jej śmieszne i nierealne. Do tego doszedł nagły wyjazd Harry’ego i Rona… W liście od wybraniec przyznał, że zupełnie nie spodziewał się tej misji oraz, że minister zabronił im używać magii podczas podróży. Przecież to jest nienormalne! – z oburzenia potrząsnęła głową. Pomimo tego, że panna Granger była uważana za jedną z najinteligentniejszych czarownic nie rozumiała absolutnie nic z tej sytuacji.

Nalała zimnej wody do szklanki i wyjęła z szafki fiolkę z żółtawą cieczą. Odkręciła ostrożnie korek i wlała dokładnie 5 kropli. Gdy po raz pierwszy zobaczyła swojego pacjenta, przeraziła się. Leżał bez ruchu, cały we krwi, a jego twarz miała trupioblady odcień. Naprawdę go szkoda – westchnęła i ze szklanką w ręku ruszyła do pokoju gościnnego. Wciąż nie znała imienia swojego pacjenta, ale musiała przyznać, że był on niesamowicie przystojny. Około trzydziestki z lekkim zarostem i gęstymi, brązowymi włosami. Miał też niesamowite ciało, o czym przekonała się lecząc połamane żebra. Wyraźnie zarysowany kaloryfer oraz… seksowny pas Achillesa! Gdy Hermiona zdjęła mu koszulkę poczuła, że brak jakiegokolwiek przez partnera źle na nią wpłynął.

- Gdzie ja jestem? – głęboki, aksamitny męski głos wyrwał ją z zamyślenia i omal nie wypuściła z rąk szklanki. Stanęła w progu pokoju gościnnego i zobaczyła, że jej pacjent odzyskał przytomność i patrzy na nią ze zdziwieniem.

- U mnie w domu – wymamrotała zaskoczona tym pytaniem i dopiero po chwili uświadomiła sobie głupotę tej wypowiedzi. – Minister kazał cię tutaj przenieść i leczyć – sprostowała i zdobyła się na lekki uśmiech. Podeszła do łóżka, w którym leżał i podała mu wodę. – Wypij, powinno pomóc.

- Minister? – szatyn skrzywił się lekko czując smak eliksiru, ale posłusznie dopił resztę i odstawił szklankę.

- Tak, powiedział, że znaleziono cię w środku lasu – przyglądnęła mu się z troską i usiadła na stołku. – Kto ci to zrobił?

- Co? – uniósł brwi i przyjrzał się kobiecie. Miała na sobie turkusowy luźny sweterek i czarne obcisłe jeansy. Lekko pofalowane włosy miała spięte w wysokiego kucyka, którego przytrzymywały wsuwki. No i ta twarz! Duże, czekoladowe oczy patrzące na niego z troską i rezerwą zarazem. Mleczna skóra, a na policzkach śliczne zaróżowienia. Oj tak, była bardzo piękna. Nawet nie wiedział ile jej się przygląda, gdy usłyszał miękki głos nieznajomej.

- Ekhem… - odkaszlnęła cicho, a on skarcił się w myśli za swoją głupotę. – Kto cię tak zranił?

- Ach, to… - mruknął cicho. – Powiedzmy, że stary przyjaciel – sposób w jaki zaakcentował ostatnie słowo zaintrygował Hermionę.

- Przyjaciel chyba by czegoś takiego nie zrobił – uśmiechnęła się i zauważyła, że opatrunek na klatce piersiowej jest przesiąknięty krwią. Wstała i zaczęła go powoli odwijać.

- On zrobił – wymamrotał starając się zachować spokój. Dotyk nieznajomej niesamowicie na niego działał. Czuł, jak drobnymi palcami przesuwa po jego klatce piersiowej i musiał przyznać, że było to… przyjemne. – Cholerny Malfoy zapłaci mi za to – szepnął gdy kobieta odsunęła się a on zobaczył swoją ranę.

- Co powiedziałeś? – w niewielkim pokoiku rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Twarz szatynki wyrażała nienawiść i szok.

- Nic takiego… - mężczyzna starał się wybrnąć z sytuacji.

- Malfoy? – podeszła do niego i zmrużyła oczy. – Draco Malfoy? On żyje?

- Tak – westchnął zrezygnowany i opadł na poduszki.

- Opowiedz mi  wszystko – zażądała i usiadła na łóżku.

Minęło pół godziny, a ona siedziała samotnie w fotelu. Jej pacjent, który okazał się być tajnym agentem, nazywał się Leonard Farewell. Brał teraz prysznic, a ona próbowała ułożyć sobie w głowie jego opowieść. Malfoy zniknął ze świata magicznego na 4 lata i dopiero teraz minister rozpoczął poszukiwania. Leonard wyśledził go i spotkał się z nim, ale w wyniku „dawnych spraw”, jak to ładnie określił, został pobity przez młodego arystokratę i porzucony w środku lasu. Hermiona była pełna podziwu, że ostatkiem sił wyczarował patronusa i wściekła na tego pieprzonego dupka – Dracona Malfoya. Jak on mógł?! Leonard mógł zginąć! – myśli kłębiły się w jej głowie, więc sięgnęła po kieliszek wina stojący na stoliku. Nim zdążyła upić łyk, usłyszała głośne pukanie do drzwi. Z miną skazańca podeszła do nich i leniwie przekręciła klucz w zamku. Gdy je otworzyła, kieliszek wypadł z jej dłoni i z głośnym brzękiem rozbił się na podłogę, a ona sama rozdziawiła buzię.

- Tęskniłaś?


---------

Witam wszystkich! :) Rozdział miał być w poniedziałek/wtorek, a jest... w czwartek :< Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam! Notka pisana raczej szybko, bo jutro wcześnie wyjeżdżam i nie będzie mnie do niedzieli. Rozpoczęłam tutaj nowy wątek - Amber, którą możecie zobaczyć w zakładce bohaterowie . Mam nadzieję, że spodoba Wam się ten rozdział, ja go nawet lubię ;)

Dziękuję za wszystkie komentarze, ale znów robię "żebranie" :/ Jeśli uda Wam się osiągnąć magiczną 10, kolejny rozdział w niedzielę późnym wieczorem, jeśli mniej dopiero w  środę.
Mam dużo zajęć, muszę się poduczyć niemieckiego i informatyki, więc dlatego to robię :)

Buziaki! :*
Alicia*

piątek, 9 sierpnia 2013

Rozdział 8 - Dwie strony medalu...

Gdy budzik zadzwonił głośno, Hermiona zerwała się z łóżka obijając sobie przy tym boleśnie rękę.

- Cholera – syknęła i walnęła budzik, po czym opadła z rezygnacją na łóżko. Dziś musiała wstać o 6.00, ponieważ o 8.30 miała się spotkać z ministrem magii. Nie miała pojęcia o co chodzi, ale raczej nie chciał z nią po prostu pogadać. Od początku nienawidziła tego człowieka i zastanawiała się jakim cudem jeszcze utrzymuje się na tej posadzie. Musi być sprytny – pomyślała i niespiesznie wyszła z pokoju.

Cichutko zapukała do pokoju gościnnego, aktualnie zajmowanego przez Laurę i weszła do środka. Dziewczynka wyglądała jak aniołek z blond włoskami, różowymi usteczkami i pięknymi, niebieskimi oczami. Jednak ta na pozór niewinna dziecinka okazała się być bardzo inteligentną i dojrzałą jak na swój wiek. Hermiona zaczęła ją nawet lubić, z wzajemnością o czym nie wiedziała.

- Wstawaj Lauro – potrząsnęła delikatnie ramieniem małej, a ta leniwie rozsunęła powieki. – No już śpiochu, zawożę cię do Gin – uśmiechnęła się widząc zdezorientowaną minę blondynki.

- Do Ginny? – ziewnęła przeciągle. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?

- Ach, pilne wezwanie – kobieta uśmiechnęła się tajemniczo. Od kiedy dziewczynka pojawiła się w jej mieszkaniu, coraz częściej się uśmiechała, ale robiła to nieświadomie. – No wstawaj, spieszę się – zerwała kołdrę i nie zważając na reakcję małej ruszyła do łazienki.

Po wzięciu szybkiego i orzeźwiającego prysznica założyła jedne z bardziej eleganckich rzeczy – czarną plisowaną spódnicę do kolana i białą bluzkę z koronkową wstawką. Spojrzała w lustro i sięgnęła po kosmetyczkę. Nałożyła nieco fluidu, pudru po czym podkreśliła oczy tuszem i kredką, a na koniec pociągnęła usta brzoskwiniową pomadką. Zadowolona z efektu rzuciła zaklęcie utrwalające i spięła magicznie włosy we francuza. Gdy weszła do kuchni, czekała na nią uśmiechnięta, ale wciąż ziewająca Laura.

- Przygotowałam pani kawę – pokazała niewielką filiżankę na stole, a Hermiona szczerze się uśmiechnęła.

- Mów mi Herm, złotko – pogłaskała zdziwioną małą po głowie i wypiła łyk kawy. Była dokładnie taka, jaką lubiła – czarna mocna espresso. – Dziękuję – dodała i popatrzyła badawczo na dziewczynę. – Idź się umyć, a ja zrobię ci śniadanie.

Mała posłusznie ruszyła do łazienki, a kobieta uśmiechnęła się pod nosem. No, tego by się nie spodziewała. Musiała zauważyć, że lubię małą czarną. – pomyślała czując, że ta mała istotka wzbudza w niej sympatię.

***

Draco obudził się i poczuł, że coś miękkiego łaskocze mu twarz. Zamrugał ze zdziwieniem oczami, a gdy obraz stał się wyraźny, zobaczył, że to blond włosy leżącej obok kobiety. Ach tak, Amanda… - zmarszczył brwi i podniósł się na łokciach – Cheney!  Po chwili na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Musiał jeszcze przez jakiś czas udawać zainteresowanego, inaczej ze „śledztwa” nici. Owszem, Amanda należała do kobiet pięknych, zadbanych i zgrabnych, ale jednak… Draco wolał szatynki. Na przykład Granger? – zawołał złośliwy głosik w jego głowie, a on ze złością zacisnął pięść. Czy podobała mu się Hermiona Granger? Jest cholernie seksowna – przyznał sam sobie. – Ale jest też nieznośna, a to wszystko chrzani. A tak właściwie dlaczego ja o niej myślę?  Potrząsnął głową i przybrał uwodzicielską minę, po czym zdecydowanym ruchem przyciągnął do siebie Amandę. Nie miał zamiaru grać delikatnego, a zeszłej nocy przekonał się, że bardzo podniecają ją wszelkie akty agresji. Ciekawe czy Granger by jęczała, gdybym bił ją batem… Jego wyobraźnia powoli odpływała, ale uświadomił sobie, że trzyma blondynkę za nadgarstek.

- Wstajemy kotku – wyszeptał ostrym, a zarazem seksownym głosem po czym mocno ugryzł płatek ucha kobiety, na co ona zareagowała zduszonym piskiem.

- Draco, chcę więcej – wychrypiała, a na jego twarzy pojawił się paskudny uśmieszek triumfu. Nawet zbytnio się nie starając potrafił doprowadzić kobiety do szału i był tego świadom. Jednak okres na podrywanie wszystkich, jak popadnie minął mu już dawno, teraz robił to w wyjątkowych przypadkach.

- Dostaniesz, jeśli mi coś powiesz – wymruczał jej do ucha, po czym brutalnie odwrócił ją na drugi bok. – Co wiesz o sprawie w Teatrze Wielkim?

- Hmm… - zmarszczyła w skupieniu brwi czując, że puls przyśpiesza pod wpływem bliskości mężczyzny. – Nie wszyscy zostali zabici, jest wielu zakładników. Sprawca napisał o tym w liście do ministra i nie podpisał, przybił jedynie pieczęć z czaszką na klepsydrze.

- Liście? – przerwał jej Draco. – Powiedz mi co w nim napisał – rozkazał tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- Ach, zagroził Rufusowi, że jeżeli nie dostanie czegoś do końca roku, zabije wszystkich zakładników i 
porwane sławne osoby – odparła spokojnie.

- Czego? – spytał szczerze zdziwiony blondyn.

- Nie wiem, w liście napisane było „doskonale wiesz o co proszę” – powiedziała, po czym spojrzała w oczy mężczyzny i na nowo zapłonęła w niej żądza. – Powiedziałam wszystko, teraz nagroda – uśmiechnęła się lubieżnie.

- Oczywiście – wysyczał Draco z ironią, ale ona jej nie wyczuła. W głowie miał jeden wielki mętlik, ale uznał, że warto było się poświęcić dla takich informacji. Westchnął cicho i powoli polizał szyję kobiety czując jak jej serce zaczyna szybciej bić.

***

- Witam panno Granger, jak zwykle przyszła pani punktualnie – Rufus wygiął usta w fałszywym uśmieszku i wskazał fotel naprzeciwko.

- Witam ministrze – odparła oschle Hermiona sztyletując wzrokiem lekko siwego już mężczyznę. – Proszę bez owijania w bawełnę przejść do rzeczy – mruknęła ignorując jego rozbawioną minę.

- Ale skąd ten pośpiech? – spytał swobodnym tonem, a Herm poczuła, że krew ją zalewa. No tak, mogłam ugryźć się w język, teraz będzie rozwlekał spotkanie.

- Chciałabym zdążyć do pracy choćby na kilka godzin – zmusiła się do beznamiętnego tonu, a nawet krzywego półuśmiechu.

- Ależ jest pani w pracy – ton Rufusa był prawie beztroski, ale kobieta podniosła pytająco brew nie mogąc wykrztusić ani słowa. – Ach, od dzisiaj pracuje pani dla mnie – dodał stanowczym tonem.

- Nie przypominam sobie, abym składała u pana podanie – odgryzła się kąśliwie szatynka wciąż zastanawiając się co ten człowiek kombinuje. Spodziewała się, że zdenerwuje go ta uwaga, lecz on jedynie zaśmiał się szczerze.

- Ach, panno Granger – pokręcił głową i zabębnił palcami o stolik. – Jestem ministrem magii i gdy mówię, że od dziś pracuje pani dla mnie nie pytam pani o zdanie – popatrzył na nią znacząco, ale ona uparcie milczała z założonymi rękami. - Nie ma pani wyboru.

- A jeśli odmówię?
 
- Ach, równie dobrze mogłaby pani popełnić samobójstwo – odparł i uśmiechnął się złośliwie, a Hermiona wiedziała co to oznacza. Zniszczy mi życie. Nie znajdę wtedy pracy, mieszkania i sprawi, że będę znienawidzona – poczuła jak strach ściska ją w gardle. O co więc mu chodzi? – Jako, że jest pani magomedykiem dziś uleczy pani jednego z naszych ludzi, a kolejne zadania podam pani później – udzielił jej wszystkich potrzebnych instrukcji, a ona w milczeniu słuchała. Wiedziała, że walka z tym człowiekiem jest niemożliwa i nie chciała go denerwować. W końcu jestem teraz zdana na jego łaskę.

Gdy skończył, zadała kilka pytań dotyczących pacjenta, lecz on milczał co do jego tożsamości. Nie naciskała więc, czując, że i tak się tego dowie. Wreszcie minister wstał i ruszył w kierunku wyjścia, a ona podążyła za nim. Miał ją zaprowadzić do chorego. Gdy wsiadała do ekskluzywnej limuzyny myślała już tylko o jednym – kim jest mój pacjent?

***

- Zimno tutaj – mruknął Ron otulając się ciaśniej kurtką i patrząc z nadzieją na towarzysza. Stał na niewielkim schodku, a za jego plecami rozpościerała się tablica z napisem „Wołgograd, stacja kolejowa” w kilku językach. Otaczał ich tłumek ludzi poubieranych w kożuchy, kurtki lub inne ciepłe rzeczy  z ogromnymi walizkami u boku. Wszyscy mieli zaczerwienione twarze od przeszywającego mrozu. Luty był w tym roku wyjątkowo surowy w Rosji, ale dla przyzwyczajonych do łagodnego klimatu obcokrajowców był nie do zniesienia.

- Ron, minister wyraźnie zaznaczył żadnej magii podczas podróży! – warknął zdenerwowany Harry. Od półtorej godziny czekali na niejaką Nadię, która miała im podać szczegóły misji, ale nie było na dworcu żadnej kobiety pasującej do opisu. – Mnie też jest zimno, więc ogarnij się i nie marudź – dodał już nieco ciszej, co rudy skwitował cichym „Jasne”.

Brunet spojrzał na pokryty śniegiem zegar, po czym znów rozejrzał się po dworcu, ale tym razem dostrzegł nową osobę. W ich stronę szła wysoka, szczupła kobieta z wąską twarzą o mocnych, orientalnych rysach. Miała bardzo wąskie usta i wyraźnie zadarty nos, a na bladej cerze wyraźnie odcinały się duże rumieńce. Czarne jak smoła włosy, ukryte częściowo pod ciemnofioletową czapką, sięgały jej łopatek i opadały luźno na grube futro. Było ono tak długie, że prawie nie było widać czarnych skórzanych spodni wciśniętych w czerwone kozaczki. Może nie wygląda na Rosjankę, ale na pewno ubiera się jakby nią byłą – pomyślał Harry, a kamień spadł mu z serca, ponieważ jej pojawienie się oznaczało koniec czekania. Delikatnie szturchnął Rona i skinął w stronę kobiety.

- Wy musicje byc Harry Potter i Ron Łizli! – w jej głosie słychać było ekscytację. – Ja przepraszam, ale moje auto utknięło w zaspa – westchnęła i uśmiechnęła się przepraszająco. – Nje pamiętam kiedy ja się tak zmęczyć.

- Nic się nie stało – przerwał jej Harry i odwzajemnił uśmiech, po czym podniósł swoją walizkę. – Prowadź nas, bo zamarzliśmy – dodał, a gdy kobieta odwróciła się i ruszyła przed siebie, szepnął Ronowi na ucho – Bądź miły.

***

Nie wiedziała gdzie się znajduje, co się stało, ani co ma się stać. Czyli po prostu nie wiedziała nic. Siedziała w ciasnym, brudnym pomieszczeniu czując jak ciasne liny boleśnie ściskają jej nadgarstki. Była przerażona, ale nie krzyczała – wiedziała, że to pogorszy jedynie sytuację. Oddychała powoli starając się uspokoić przyspieszone tętno, ale powietrze śmierdziało stęchlizną, potem i krwią. Podpełzła bliżej wilgotnej ściany i oparła o nią głowę, po czym westchnęła cicho. Jej ubrania, fryzura i makijaż były w opłakanym stanie i gdyby ktoś ją teraz zobaczył, nie uwierzyłby, że to Rita Skiteer. Gdy poczuła, że jej głowa stabilnie opiera się o ścianę, zamknęła oczy i zapadła w niespokojny, płytki sen.

Obudziło ją szczękanie zamka i mdłe światło, które oślepiło ją nieco. Przymknęła oczy, a gdy jej źrenice przyzwyczaiły się do światła, ujrzała dwóch mężczyzn stojących w drzwiach. Mieli na sobie szare, bezkształtne szaty, ale i tak widać było, że są potężnie zbudowani. Podeszli do niej i, nie zważając na jej protesty, brutalnie podnieśli do góry za ramiona. Wynieśli ją z sali i pociągnęli wąskim korytarzem oświetlonym nielicznymi pochodniami. Rita zauważyła, że ściany są z muru, a także, że jest tu wilgotno i zimo. Lochy – pomyślała i poczuła gęsią skórkę. – Byłam trzymana w lochach jakiejś twierdzy lub zamku. Nie zdążyła jednak ocenić wieku twierdzy, ponieważ strażnicy zatrzymali się przed masywnymi, drewnianymi drzwiami i zapukali. Gdy inny strażnik otworzył je, bez słowa wepchnęli ją do środka i puścili tak, że upadła boleśnie na lodowatą posadzkę. Delikatnie uniosła wzrok i zobaczyła, że znajduje się w sali z licznymi prowizorycznymi łóżkami. Już chciała wstać, gdy poczuła jak ktoś delikatnie łapie ją za ramię i pomaga. Odgarnęła loki, by zobaczyć kto to. To, co zobaczyła zszokowało ją.

Przed nią stał słynny gracz quidditcha, jej znajomy, Tony Pierce*.

Co on tu do cholery robi?


*Tony Pierce – „Wszystkie sławne osoby zaczęły znikać! Najpierw Rita Skiteer, później Emily Forrester, Tony Pierce…” – rozdział 5 tak dla przypomnienia :D
----------
Witajcie kochani! Rozdział był planowany na późny poniedziałek/wtorek, ale wena przyszła, Internet jest, więc po co Was trzymać dłużej w niepewności?  :) Ten rozdział jest krótki, ale moim zdaniem nawet przyjemny ;) Postać Nadii jest głupia, ale ona jest tylko epizodyczna. Przepraszam za ten pseudoakcent, ale pisałam to o 2 w nocy i nie znam rosyjskiego :)
Kolejny rozdział na pewno nie pojawi się przed moim powrotem, tak samo miniaturka na którą się zdecydowałam :) 

Cieszcie się pogodą i buziaki! :*
Alicia*

Ps. Angusa odpowiedziałam na Twój komentarz i obiecuję, że nadrobię zaległości! :D