poniedziałek, 23 września 2013

Rozdział 12 - Plan doskonały



Najpierw ogarnęła go ciemność ze wszystkich stron. Głucha cisza i mrok – zestaw idealnie pasujący do Snape’a. Ale nagle w głębi błysnęło światło i Draco usłyszał charakterystyczny trzask towarzyszący aportacji. Światło nasilało się, do momentu, gdy mężczyzna mógł zobaczyć pomieszczenie w pełnej okazałości. Był to niewielki gabinecik, urządzony w dość chłodnym stylu. Jedynymi ozdobami były fiolki wypełnione różnokolorowymi płynami poustawiane w idealnym porządku w dębowej gablotce. Blondyn nie musiał się zbyt długo zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że właścicielem pomieszczenia był Severus – siedzący przed biurkiem i uważnie lustrujący jakąś księgę.

- Severusie, długo już tak siedzisz? – pogodny głos Albusa Dumbledore’a podszyty był nieukrywaną troską. Dopiero teraz Draco zorientował się, że to dyrektor Hogwartu aportował się tu przed chwilą.

- Na tyle długo, żeby dojść do wniosku, że jesteśmy w beznadziejnej sytuacji – wycedził wyraźnie zirytowany Snape. – Nie ważne, czy pokonamy Voldemorta, i tak…

- Ach, Severusie – staruszek zaśmiał się nerwowo i drżącymi dłońmi przewrócił stronice księgi. – Jesteś niepoprawnym pesymistą, ja zaś muszę być wesoły za nas dwóch – zmarszczył brwi przypatrując się jakiemuś wyjątkowo paskudnemu obrazkowi, ale szybko zmienił stronę. Wreszcie odnalazł interesujący go fragment i przeleciał go wzrokiem. – „Aby czarodziej ten mógł posiąść moc silniejszą od wszystkich innych, potrzeba magii dużo potężniejszej od znanej nam wszystkim. Nawet najsilniejsze klątwy czarnomagiczne nie mogą się równać z prastarą magią, która wedle legendy spisana została na polecenie czterech założycieli Hogwartu – Godryka Gryffindora, Roveny Ravenclaw, Helgi Huffelpuff i Salazara Slytherina i ukryta na zawsze w czuleściach kaplicy w Ambersthox. Wielu śmiałków próbowało odnaleźć księgę oprawioną w szczery diament, jednak nikomu się nie udało. Ten, kto pierwszy odnajdzie zaginione klątwy, będzie niepokonany.”. Co o tym sądzisz Severusie? – spytał po chwili milczenia Albus.

- Że jeśli to prawda i, co gorsze, jeśli Voldemort nakazał swoim sługom poszukiwania tej księgi, jesteśmy straceni – wymamrotał Snape nalewając do szklanki ognistej whiskey i ignorując karcący wzrok starszego towarzysza.

- Obawiam się Severusie, że to nie my jesteśmy straceni… - staruszek pokręcił w zamyśleniu głową.

- Skoro nie my, to kto?

- Wiesz, do końca wojny zostało niewiele czasu – odparł po dłuższej chwili Albus. – Gdy mnie zabijesz, będzie trwała maksymalnie rok – nie więcej. Voldemort nie będzie żył wiecznie i nie sądzę, żeby to on chciał posiąść tę niewyobrażalną moc… Zostawi to raczej swym następcom. Ale Ci, których niedawno uczyłeś składu eliksiru wielosokowego – to na nich spadnie ten ciężar. Dlatego musimy już teraz się na to przygotować. Oddasz to wspomnienie Minerwie, miejmy nadzieję, że jej uda się przeżyć. A ona, gdy nadejdzie czas, pomoże tym, na których spadnie ten problem.

Nagle w oddali jakiś gruby, męski głos krzyknął niewyraźną komendę, a inny mu odpowiedział. Severus w pośpiechu schował księgę, a Dumbledore uśmiechnął się dobrodusznie i powiedział:

- Gdybyś potrzebował rady, mój przyjaciel, Arthur Stanley, mieszkający w Lackock chętnie ci pomoże.
Rozległ się głośny trzask i postać dyrektora zniknęła z pola widzenia. Obraz zaczął się rozmywać, aż w końcu Draco znalazł się w swoim pokoju.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Albus mówiąc ostatnie zdanie patrzył na NIEGO. I to nie było tylko wrażenie, blondyn był tego pewien jak niczego innego.

Czyżby czekała mnie wycieczka do Lackock?

***

- Co się dzieje Rufusie?

- Nic.

- Widzę, że coś cię trapi.

- Źle widzisz.

- Znam cię od 10 lat, potrafię rozpoznać gdy coś jest nie tak.

- Więc się mylisz.

- Ale…

- DO CHOLERY JASNEJ ZOSTAW MNIE W SPOKOJU!

Krzyk ministra magii wypełnił jego biuro wprawiając Amandę w osłupienie. Ona próbowała mu pomóc, a on podnosi na nią głos? Pięknie, po prostu pięknie. Nie czekając na reakcję mężczyzny podniosła swoją torebkę z podłogi i pełnym gracji ruchem ruszyła do drzwi.

- Zabija zakładników – żałosny jęk mężczyzny sprawił, że Amanda zatrzymała się, stała jednak tyłem do ministra. – Zbyt długo zwlekałem, szukałem wszędzie rady, ale on teraz zabija zakładników. Muszę mu ich dać…

- Kogo? – kobieta odwróciła się gwałtownie i zmrużyła groźnie swoje zielone oczy. Miała dość tych ciągłych tajemnic. Dość ukrywania przed nią prawdy. Jeśli tym razem się nie dowie, Rufus rozmawiał z nią po raz ostatni.

Mężczyzna popatrzył na nią zrezygnowany i głęboko westchnął. Całkiem jakby czytał jej w myślach, otworzył szufladę pod biurkiem i wyciągnął z niej kilka listów, po czym bez słowa położył je na biurku. Amanda nie potrzebowała wyjaśnień, sięgnęła po pierwszy pergamin i zaczęła czytać. Ręce drżące od nadmiaru emocji nie pomagały w utrzymaniu cienkiej kartki. Gdy skończyła, podniosła skołowany wzrok na mężczyznę i wyszeptała:

- Czyli on będzie musiał…

- Tak.

To słowo zapadło niczym wyrok śmierci.

***

Ron krążył po mieścince (wsi tak naprawdę) od ponad godziny i robił się coraz bardziej nerwowy. 
Chodził od domku do domku w nadziei, że ktokolwiek widział Harry’ego. Niestety, brunet dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Był i nagle zniknął. W świecie czarodziei nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że byli na tajnej misji, a Harry traktował pracę bardzo poważnie.

- Co siem tak krencjisz Ronaldzje? – gruby głos Wadima wyrwał go z zamyślenia.

- O, Wadim! – niemal z ulgą krzyknął rudy. – Widziałeś Harry’ego?

- Ach, widzjałem go za stodołą, nje wjem co robił – mężczyzna wzruszył potężnymi barkami i poklepał go po plecach. – Nje martw się, chodzmy na setkję, poprawi ci humor.

Setka nie poprawiła Ronowi humoru, ale sprawiła, że szybciej zasnął. Nie poszedł za stodołę sprawdzić, co się stało z jego przyjacielem, przez co nie zauważył odcisków butów prowadzących do lasu. A szkoda, bo gdyby je zauważył, Harry mógłby nie być w niebezpieczeństwie…

***

- Co z Laurą? – Leonard przeżuwał leniwie tosta z dżemem przyglądając się otworzonemu na pierwszej stronie Prorokowi Codziennemu. Był to ostatni dzień, który miał spędzić u Hermiony i sama myśl o tym sprawiała mu ból. No, ale nic co dobre nie trwa wiecznie, a on i tak zdecydowanie nadużył gościnności gryfonki. Ostatnia rozmowa zbliżyła ich do siebie jeszcze bardziej, więc ból był podwójny.

- Jest u Gin i ponoć bardzo zaprzyjaźniła się z Albusem – wymamrotała brązowowłosa mocując się z jajkiem, które chciała wbić do masy naleśnikowej. Nigdy nie umiała ich robić tak dobrze jak matka. – Chyba ją zaadoptuję – powiedziała nagle wprowadzając mężczyznę w niemały szok.

- Zaadoptujesz? – wymamrotał cicho.

- Tak, nie mogłabym oddać ją do domu dziecka – kobieta cicho westchnęła i odwróciła się, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy. Ona pamiętała jak czuła się po stracie rodziców – przed oczami wciąż miała uśmiechniętą twarz matki, której wyczyściła pamięć.

- Ach…

Zapadła nerwowa cisza. Kobieta uporała się z masą naleśnikową, ale straciła apetyt, usiadła więc na kanapie. Leonard próbował ukryć swoje zmieszanie czytając Proroka, ale bełkotliwe artykuły nie interesowały go ani trochę.

- Pójdę się spakować – powiedział nagle i już po chwili zniknął w pokoju gościnnym. Nie spieszył się, wręcz przeciwnie, starał się zwlekać jak najbardziej tylko mógł. Wszystkie ubrania składał dokładnie w kosteczkę, rozprostowując wszelkie zagniecenia. Wiedział, co go czeka po powrocie do swojej luksusowej, ale pustej kawalerki. Mnóstwo pracy, stres, przelotne romanse i brak JEJ. Pobyt u Hermiony, choć poprzedzony niemiłymi wydarzeniami, wydawał mu się czymś w rodzaju sielanki.

Dopiero, gdy zegar na ścianie pokazał 21.15, Leonard otrząsnął się z zamyślenia. Resztę rzeczy dopakował szybkim ruchem różdżki i był już gotowy. Wolnym krokiem wyszedł z pokoju i ciągnąc za sobą walizkę z miną skazańca doszedł do salonu. Hermiona jak zwykle czytała jakąś książkę, a była nią tak pochłonięta, że nie zauważyła zbliżającego się do niej mężczyzny.

- Hermiono… - powiedział cicho z nutką niepokoju w głosie. Szatynka podniosła wzrok znad lektury i uśmiechnęła się smutno.

- Nie widzimy się przecież po raz ostatni – jej czekoladowe oczy patrzyły prosto w twarz Leonarda. Wiedziała, że jest smutny i przytuliła go. Czuła jego miarowy oddech na swoim policzku, miarowo oddychającą klatkę piersiową i silne ramiona obejmujące ją nieśmiało. Uśmiechnęła się mimowolnie. – Wkrótce się gdzieś umówimy, nie martw się – posłała mu pocieszający uśmiech, ale w głębi duszy coś mówiło jej, że to kłamstwo. Nie wiedziała dlaczego. Po prostu jakiś cieniutki głosik szeptał jej złośliwie Nie zobaczycie się już nigdy… Nie rób mu nadziei!

- Masz rację – mężczyzna rzucił krótkie spojrzenie na swoje bagaże. – Dziękuję za wszystko, Hermiono Granger.

Głośny trzask i już go nie było.

Hermiona sięgnęła po butelkę wina mając nadzieję, że to wypędzi cienki głosik z głowy. Położyła się na kanapie i pogrążyła w myślach.

***

Szybkie kroki wypełniały opustoszałą uliczkę na obrzeżach Londynu. Nie była to luksusowa część tego miasta, latarnie świeciły słabo rzucając jedynie mgiełkę na czarną jak węgiel ulicę. Dodatkowo czarne chmury, z których obficie lał się deszcz, sprawiały, że ulica wyglądała wyjątkowo obskurnie. W zaułkach chowali się pijacy i bezdomni śpiący już dawno o tej porze, a szkoda, bo widok przystojnego mężczyzny w garniturze idącego spokojnym krokiem w tej części miasta to rzadkość. Oczywiście był to Draco Malfoy, a do kompletu miał jeszcze papierosa, którym zaciągał się niemal z czułością. Nagle mężczyzna stanął przed drzwiami do małej, ale zadbanej kamieniczki, zgasił skrupulatnie papierosa i, rozglądnąwszy się uprzednio dookoła, aportował się do środka.

Gdy tylko stanął w ciepło urządzonym salonie, na jego twarzy pojawił się paskudny uśmieszek. Granger była sama, spała na kanapie, a ubrana była w koszulkę na ramiączkach i szorty. Czego chcieć więcej? Niestety, blondyn musiał działać szybko, ruszył więc do pokoju szatynki i niedbałym ruchem różdżki przywołał wszystkie jej ubrania, zminimalizował i schował do zaczarowanego plecaka podróżnego. Nie przyglądał się zbyt dokładnie wystrojowi, zauważył jednak zdjęcie Hermiony i Kruma na półce. Szybki gest i po chwili Krum miał twarz pokrytą pryszczami. Błahostka.

Teraz przyszedł czas na trudną część planu, która miała polegać na podaniu Granger eliksiru usypiającego, a następnie aportowaniu się z nią do posiadłości na drugiej części Anglii. Arystokrata podszedł do śpiącej szatynki i mrużąc oczy przyjrzał się jej. Obok stała pusta butelka wina, eliksir był chyba niepotrzebny. Kolejny paskudny uśmieszek. Draco położył na stoliku karteczkę z wymownym „Pieprzcie się” napisanym niemal kaligraficznie i uniósł kobietę na ręce.  

Chwila skupienia i charakterystyczne szarpnięcie, a  po chwili szum morza rozbijającego się o klify. Zapach soli drażniąca nos i nareszcie… spokój.

***

Po powrocie do swojej kawalerki Leonard nie mógł usnąć. Cały czas przed oczami miał Hermionę siedzącą na kanapie, robiącą naleśniki, opatrującą mu rany… Wreszcie podjął decyzję. Nie zważając na późną porę teleportował się do mieszkania i już na progu krzyknął Hermiono! Nie doczekał się jednak odpowiedzi, sprawdził więc kolejno salon, sypialnię, pokój gościnny, kuchnię, jadalnię, łazienkę, a nawet balkon, ale kobiety nie było ani śladu. Znalazł za to karteczkę z napisem Pieprzcie się napisaną znajomym pismem.

Tego wieczora w Leonarda wstąpił szał i mężczyzna obiecał sobie, że uratuje Hermionę choćby nie wiem co.

A temu blond gogusiowi nogi z dupy powyrywa.

Choćby zaraz.

----------
Kto napisał rozdział? :D No kto?! Ja :D Hip hip - Hurra ^^ Nie wiem jak, ale mi się udało. Z góry przepraszam za błędy - nie mam siły sprawdzać, albowiem spałam 4 h :< A jutro sprawdzian z gegry na który nic nie umiem :/ Dobra, dzisiaj krótko ode mnie, ale jestem zmęczona.
Przepraszam za zwłokę, ale już postaram się dodawać częściej :)
Zapraszam na aska - tam możecie pytać kiedy nowe rozdziały itp :)
Rozdział dedykuję Sandrze :* Dzięki kochana!

niedziela, 15 września 2013

Nie zapomniałam o Was :)

Hej kochani, stwierdziłam, że trzeba się odezwać po dość długim milczeniu :) Nie zapomniałam o blogu, szczerze mówiąc martwi mnie to, że od tak dawna nic nie napisałam i rozumiem, że możecie się czuć zirytowani. Niestety, mam naprawdę dużo na głowie (wymienianie jest bez sensu), a nie mogę postawić bloga wyżej niż pewne rzeczy. Zastanawiałam się nawet nad zamknięciem bloga, ale napiszę tę historię do końca, choćbym miała to robić 2 lata :) Dlatego z góry przepraszam, ale notki będą się pojawiały nieregularnie, i raczej w dużych odstępach czasowych.
Naprawdę mi przykro.

Buziaki! :*
Alicia*

sobota, 7 września 2013

Miniaturka 2 - Dziękuję



01.09.2003r. - Poniedziałek


Pierwszy września to dzień wyjątkowo chaotyczny, szczególnie dla mnie. To wtedy kończy się wolność i zaczyna moja praca. Tak jak zawsze marzyłam, zostałam nauczycielką w Hogwarcie, objęłam stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią tuż po skończeniu prac remontowych. Z początku było ciężko, wydawałoby się, że profesorowie zajmują się gnębieniem uczniów i popijaniem ognistej whisky w swoich prywatnych pokojach, ale, niestety, to nie jest prawda. Do dziś pamiętam mój pierwszy dzień pracy, dokładnie 10 lat temu, szczególnie zapisały mi się w pamięci miny uczniów widzące kogoś tak młodego na tym stanowisku. Uczyłam przecież moich znajomych z młodszych klas! Ale nie żałuję. Oprócz mnie, w Hogwarcie pracuje również Neville, zajmuje się zielarstwem, i Padma Patil (dostała pierścionek zaręczynowy od George’a!), pomagająca pani Pomufrey. Podczas meczów quiddicha wpada też Harry z Ginny, aby szukać młodych talentów do nowo powstałych Hogwardzkich Błyskawic. Organizujemy też spotkania absolwentów, więc wiem co słychać u innych.

Ale dzisiaj stało się coś, co bardzo mnie zszokowało, a uwierzcie, że po 10 latach pracy z dziećmi, mało co wywiera na mnie wrażenie. Wszystko zaczęło się od typowego bałaganu – Minerwa prowadziła nowych uczniów na ceremonię przydziału. Ja popijałam sobie spokojnie sok dyniowy, gdy usłyszałam cichy szept Neville’a:

- Czy to nie jest syn Malfoya? – szturchnął mnie lekko i skinął głową w stronę małego chłopca z platynowoblond włosami i szarymi oczami. Wykapany tatuś – pomyślałam z ironią i nagle coś do mnie dotarło. Przez te dziesięć lat nie słyszałam żadnej wzmianki o Malfoyu! Nie pojawił się na żadnym spotkaniu, nikt o nim nie wspominał… Jednym słowem zapadł się pod ziemię! Jak ja mogłam tego nie zauważyć?!

- On ma dziecko? – spytałam, gdy uporządkowałam już nieco chaos w mojej głowie, ale doskonale wiedziałam, że to jest jego syn. Nikt inny nie miał takiego koloru włosów…

- Taa, nazywa się Scorpius, matką jest Astoria – do rozmowy wtrąciła się Padma. – Ponoć urodziła dziecko i Malfoy od razu wniósł o rozwód. Wychowuje go samotnie… - ucięła, bo ceremonia rozpoczęła się. Moje myśli odpłynęłyby zapewne bardzo daleko, gdyby nie przemowa Minerwy, których zawsze słuchałam.

- Witam was wszystkich w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart! – głos dyrektorki odbił się hukiem od ścian wywołując przerażenie na twarzach nowych uczniów. Ja wpatrywałam się w twarz małego Scorpiusa i coś mi nie grało… - Jak zapewne wiecie, nasza szkoła podzielona jest na cztery domy założone przez legendarnych czarodziei – Gryffindor, Ravenclaw, Huffelpuf i Slytherin. Naszą tradycją jest Ceremonia Przydziału, która za chwilę będzie miała miejsce. Gdy wyczytam imię i nazwisko jednego z was, podejdźcie do stołka i nałóżcie tiarę, która umieści was w jednym z domów – wtedy Minerwa zaczęła wyczytywać po kolei uczniów, a mnie po raz kolejny olśniło. Scorpius się uśmiechał! I to nie w Malfoyowskim stylu! Na jego twarzy widniał szeroki, promienny uśmiech. Wyglądał jak mniejsza wersja ojca, ale pozbawiona arogancji, złośliwości i tego chłodu.

Z mojego zamyślenia wyrwał mnie dopiero nagły ruch chłopaka, i po chwili zorientowałam się, że został wyczytany. Podszedł spokojnym krokiem do stołka i usiadł na nim. Widziałam, że tiara mówiła coś do niego, ale nikt tego nie słyszał. Nagle całą salę wypełnił jej krzyk:

- GRYFFINDOR!

***

- JAK TO W GRYFFINDORZE?! – krzyk Ginny wypełnił moją prywatną komnatę. Po ceremonii odprowadziłam mój dom, Gryffindor właśnie, i od razu napisałam list do przyjaciółki. Uwielbiała plotki, a to była nie byle jaka wiadomość! Najmłodsza latorośl arystokratycznego rodu w domu lwa?

- Też nie wiem jak to możliwe, Gin – mruknęłam ciesząc się w duchu, że nałożyłam na komnatę Silencio. Głos Weasleyówny był nie gorszy od jej matki. – Wiesz w ogóle co się dzieje z Malfoyem?

- Tata mi mówił, że pracuje w biurze aurorów, wykonuje jakąś papierkową robotę – odparła już nieco spokojniej. – Rozstał się z tą wywłoką, Greengrass tuż po wojnie. Czekał tylko, aż urodzi dziecko… - nagle do drzwi rozległo się pukanie. Wstałam niechętnie z kanapy i otworzyłam je. W progu stał Neville z Padmą i nową nauczycielką astronomii, Clarie Meauxedos z Francji, która była w naszym wieku. Zauważyłam, że mój kolega trzyma za plecami jakąś butelkę…

- Rok szkolny trzeba oblać! – na twarz Padmy wpłynął szeroki uśmiech, ale Neville spojrzał na nią karcąco. – O, hej Gin – dodała wchodząc do środka i wygodnie rozkładając się na mojej sofie.

Okazało się, że butelka trzymana przez Neville’a, została zaczarowana i mieściło się w niej 5 litrów ognistej whisky! Na szczęście było nas sporo, bo doszły jeszcze trzy osoby, a w szafce miałam spory zapas eliksiru na kaca. Z czasem nasze rozmowy zeszły na błahe tematy, ale szczególnie zapamiętałam słowa Padmy.

Czasy się zmieniają, ludzie też. Rany po wojnie prawie się zagoiły, więc może to jest początek zgody między domami?

 

11.10.2013r. – Wtorek


Młody Scorpius okazał się być wyjątkowo bystrym dzieckiem. I niesamowicie spokojnym, jak na kogoś noszącego nazwisko Malfoy. Odrabiał wszystkie prace domowe, dostawał najwyższe oceny, zawsze odnosił się do mnie z szacunkiem i… życzliwością. Od razu go polubiłam, ale zauważyłam, że uczniowie ze Slytherinu patrzą na niego z pogardą. Czułam, że na ukradkowych spojrzeniach się nie kończy, ale nigdy nie przyłapałam ich na gorącym uczynku…Dlatego postawiłam sobie za punkt honoru obserwować ich zachowania. Było mi go bardzo szkoda, płacił za błędy swojego ojca, i to te sprzed dziesięciu lat. Słyszałam, że Malfoy zrobił wszystko, żeby wymazać grzechy z przeszłości, niestety, piętno w postaci nazwiska odcisnęło się na jego synku. I on musiał o tym wiedzieć. Ale czy może coś zrobić?

 

26.11.2003r. – Czwartek


Ten dzień zapowiadał się wyjątkowo spokojnie. Wstałam o 8.00 i niespiesznie zaczęłam się ubierać na śniadanie. Dotarłam do Wielkiej Sali nie upominając nikogo (!), a na śniadaniu wszyscy byli jacyś spokojni… Przeżuwałam leniwie tosta z dżemem malinowym, gdy do Sali wbiegł Sam Cherey, piątoklasista z Grayffindoru,  w stroju do quiddicha i ruszył w moją stronę. Dopiero wtedy przypomniałam sobie o meczu Gryffindor – Slytherin, który miał się dzisiaj odbyć. Jak ja mogłam o tym zapomnieć?! Quiddich nigdy mnie zbytnio nie interesował, ale nie wiedzieć o meczu swojego domu to wstyd.

- Pani… profesor… - wydyszał, a ja spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem. Wyglądał na bardzo przejętego. – Nasz szukający złamał nogę… - wychrypiał wreszcie, a ja zdębiałam. Dlaczego musiał złamać nogę teraz?! Cholera jasna, miał całe dwa miesiące, mógł łamać ją i leczyć, łamać, leczyć, łamać… Ale teraz, w ostatniej chwili, musiał złamać nogę? Murphy, ty idioto.*

- Macie kogoś na zastępstwo? – spytałam cicho patrząc na niego z przerażeniem. Wiedziałam ile ten mecz znaczy dla moich podopiecznych i musiałam temu zaradzić.

- Nie, w tym roku pokłóciliśmy się z Johnem i odszedł miesiąc temu – przeklęłam w myślach, ale szybko się uspokoiłam. Do meczu pozostała godzina, a my nie mieliśmy szukającego. Damy radę  - pomyślałam optymistycznie i, wciąż z tostem w zębach, ruszyłam do stołu mojego domu.

Musiałam wyglądać naprawdę dziwnie, ponieważ nagle wszyscy uczniowie domu lwa zamilkli i wytrzeszczyli oczy. Poprawiłam szatę i zwróciłam się do Sama:

- Wymień wszystkich, którzy dobrze grają – poleciłam, a uczniowie jeszcze szerzej otworzyli oczy. Chłopak popatrzył na mnie ze zdziwieniem. – No, szybciej – ponagliłam.

- Yyy… Anthony Cell, Max Derey, Ella Herts, Steve Igg i… - urwał na chwilę. – Scorpius Malfoy – powiedział prawie szeptem.

- Dobra, wymienione osoby wstają i idą za mną – zarządziłam i nie czekając na nikogo ruszyłam szybkim krokiem na boisko quiddicha. Wyszłam na błonie i poczułam chłodny powiew powietrza smagający mnie po twarzy. Pogoda też postanowiła zrobić psikusa i padała dzisiaj mżawka, a wiatr był mocny i, co gorsze, zimny. Po chwili dogonili mnie wymienieni i kątem oka zauważyłam, że trzęsą się z zimna. – Od czego wy macie różdżki? – zganiłam ich i szybko rzuciłam na nas wszystkich zaklęcie osłaniające. Jeszcze tego brakuje, żeby ktoś zachorował!

- Pani profesor, gdzie my idziemy? – usłyszałam piskliwy głosik Elli Herts, chodzącej na czwarty rok.

- Ella, rusz mózgiem – mruknęłam zdenerwowana. Dziewczyna przeraziła się, więc nieco łagodniej dodałam – Na boisko quiddicha, nie mamy szukającego – nagle dziewczyna zarumieniła się, a ja zmarszczyłam brwi. – Co się dzieje?

- No bo… Ja… Yyy… - Ella jąkała się, ale spojrzałam na nią surowo. – Jestem niedysponowalna – wydusiła wreszcie, a ja westchnęłam cicho.

- Wracaj do środka – powiedziałam i przyspieszyłam krok, bo czasu było coraz mniej. Wreszcie dotarliśmy do celu.

Ustawiłam wszystkich w rzędzie i dałam im jakieś zapasowe miotły znalezione w składziku. Wytłumaczyłam, że wypuszczę jednego znicza, a osoba, która pierwsza go złapie, zostaje szukającym. Upewniłam się jeszcze, że wszyscy mają na sobie czar ogrzewający, po czym krzyknęłam „Start!”.

Minuty ciągnęły się nieubłaganie, a nikt nawet nie zbliżył się do znicza. Najciekawszą akcją było zderzenie Maxa i Steve’a, z którego ten pierwszy nie wyszedł cało. Pozostał więc Steve, Anthony i Scorpius, który, o dziwo, świetnie sobie radził z miotłą. Nawet tą beznadziejną ze składziku. Do meczu zostało pół godziny, a ja myślałam już jakim sposobem mam wylosować szukającego i marzyłam o cieplutkiej kawie, gdy Sam poderwał się z miejsca i krzyknął:

- Scorpius! – wytężyłam wzrok i zauważyłam małego blondyna mknącego za złotą kropeczką. Odruchowo wstrzymałam oddech. Chłopiec wyciągnął rękę do przodu… Znicz był coraz bliżej i bliżej…  - ZŁAPAŁ GO! – wrzasnął Sam, a ja wypuściłam z ulgą powietrze.

***

- Panie i panowie, witamy na pierwszym w tym roku, i najbardziej emocjonującym spotkaniu, w tym roku! – Lee Jordan postanowił kontynuować tradycję i wciąż przyjeżdżał na mecze Quddicha, aby je komentować. – Dziś na boisku niewątpliwie zrobi się gorąco, ponieważ wspaniali Gryfoni zagrają z tymi pokrakami…

- Lee! – głos Minerwy wywołał falę śmiechu na trybunach.

- Yyy… Świetnie przygotowanymi Ślizgonami, pani dyrektor – czarnoskóry uśmiechnął się rozbrajająco, co wywołało kolejną salwę śmiechu. Ja stałam przy wejściu na boisko, a za mną ustawiona w rządku drużyna, już w komplecie.

Obserwowałam trybuny, wyłowiłam nawet rude włosy Gin, gdy nagle poczułam, że ktoś ciągnie mnie za rękaw. Odwróciłam się i zobaczyłam małego Scorpiusa ubranego w zbyt dużą szatę.

- Mogłaby pani napisać do taty? – spytał, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt… smutku? – On byłby bardzo szczęśliwy, gdyby wiedział… - uciął i wlepił wzrok w buty.

- Nie sądzę, żeby twój tatuś zdążył przyjechać od razu… - starałam się jak najdelikatniej odmówić, ale wtedy zobaczyłam, że oczy chłopaka się zaszkliły. – Ale mogę wysłać sowę – dodałam szybko, po czym poklepałam go po ramieniu. – Idźcie już.

***

Zgodnie z prośbą małego wysłałam sowę do Malfoya, jednak napisałam krótki i bardzo suchy liścik, a pod spodem napisałam jedynie swoje inicjały. Mecz trwał już ponad godzinę i prowadzili ślizgoni, grający wyjątkowo brutalnie, 70:40. Nigdy nie emocjonowałam się tą grą, ale miałam cichą nadzieję, że moi podopieczni utrą nosa tym wrednym ślizgonom… Założyłam się zresztą z Ginny o czekoladę, że Scorpius złapie znicza i wygramy. Niestety, pałkarze domu węża ustawili sobie chyba za cel wykończenie małego, bo co chwilę osaczali go i próbowali poturbować, albo nasyłali na niego  tłuczki.

Byłam właśnie pogrążona pogawędką z Luną, która wpadła w odwiedziny, gdy na trybunach zawrzało. Odwróciłam głowę i spojrzałam zdezorientowana na boisko. Zastał mnie niezbyt miły widok, Scorpius ściśnięty był pomiędzy dwoma pałkarzami i z przerażeniem w oczach starał się uwolnić. Niestety, przy jego posturze było to niemożliwe, a dwaj ślizgoni zaczęli go szturchać! Fuknęłam z oburzenia i nie patrząc na nic ruszyłam w stronę pani Hooch. Nie mogłam pozwolić na to, by coś mu się stało!

- Rolando! – krzyknęłam, żeby zwrócić na siebie uwagę sędziny, która żywo dyskutowała z jakimś mężczyzną. Nie było to łatwe szczególnie, że otaczał mnie ogromny, rozwrzeszczany tłum. – ROLANDO!

Kobieta usłyszała to i spojrzała na mnie, a ja mocniej przecisnęłam się przez tłum. Byłam już blisko, gdy mężczyzna, z którym prowadziła dyskusję odwrócił się i zobaczyłam jego twarz. Przede mną stał Draco Malfoy.

- Co się stało Hermiono? – spytała po chwili pani Hooch, a ja wpatrywałam się w te szare oczy, niegdyś pełne pogardy… A teraz? Zobaczyłam coś na kształt troski, ciepła i… smutku. – Hermiono! – krzyknęła, a ja oderwałam wzrok od blondyna.

- Przerwij grę Rolando, oni zabiją nam szukającego – na twarzy mojej koleżanki pojawił się dziwny grymas.

- Nie mogę, Herm – odpowiedziała wolno. – Faule w quiddichu to rzecz normalna, tłumaczyłam to już Draconowi – dodała ciszej.

- Jak to nie możesz?! – mój gryfoński temperament dał o sobie znać. – On ma jedenaście lat do cholery jasnej! – krzyknęłam przyciągając spojrzenia kibiców. – Nie pozwolę skrzywdzić mojego podopiecznego, Rolando.

- A ja mojego syna – wycedził stojący obok mnie Malfoy. Dopiero teraz zauważyłam, że ubrany był w zwykłe jeansy, koszulkę z krótkim rękawem i marynarkę, zakrywającą lewe przedramię. Zauważył moje spojrzenie i natychmiast poprawił rękaw, a mi zrobiło się niezwykle głupio. On się tego wstydził. Mrocznego znaku nie dało się usunąć, jedyne osoby zdolne do tego, Dumbledore i Voldemort, już dawno nie żyły. Dlatego wszyscy, którzy zostali zmuszeni do służby w szeregach Czarnego Pana, musieli teraz żyć w cieniu.

- Kiedy ja naprawdę nie mogę nic zrobić! – jęknęła żałośnie pani Hooch.

- A kto może? – spytałam krótko.

- Minerwa, jest po drugiej stronie.

Blondyn rzucił mi krótkie spojrzenie, po czym odwrócił się i zniknął w tłumie. Ja zaczęłam się modlić, żeby to trwało jak najkrócej.

***

Minęło 15 minut, a ja wciąż stałam w tym samym miejscu wpatrując się w trybuny naprzeciwko. Malfoy jeszcze nie dotarł na miejsce, co mnie niepokoiło, gdyż gra ślizgonów była coraz bardziej brutalna. Zerkałam więc na przemian, to na Minerwę, to na boisko. Nagle zauważyłam jakiś ruch naprzeciwko i gdzieś w tłumie błysnęły mi blond włosy. Odetchnęłam z ulgą, ale nie na długo.

Z tyłu usłyszałam pisk jakiejś dziewczyny, a tłum zaczął wrzeszczeć jeszcze głośniej. Czułam się jak w amoku, nie miałam pojęcia co się dzieje. I wtedy całe trybuny zamilkły. Nastała cisza wypełniona oczekiwaniem i przerażeniem. I wtedy to zobaczyłam. Mała sylwetka chłopca lecąca w dół z ogromnej wysokości. Bezwiednie chwyciłam za różdżkę i rzuciłam Slovatio, a po chwili już przedzierałam się w dół trybun.

Kolejne wydarzenia przelatywały mi przed oczami w zwolnionym tempie. Gwizdek pani Hooch, mój bieg na dół, głos Minerwy krzyczący coś,  ja pochylająca się nad Scorpiusem, pani Pomufrey i Padma i czyjaś dłoń na moim ramieniu…
 

05.12.2003r. – Niedziela


Odkąd Scorpius trafił do skrzydła szpitalnego minęło dziesięć dni. Dowiedziałam się od Ginny, że po meczu wpadłam w szał i odjęłam Slytherinowi 100 punktów, a co dziwniejsze, Damien Chooks, ich opiekun, nie protestował. Dał im nawet szlaban do końca roku. Malfoy zjawiał się w zamku codziennie i odwiedzał swojego syna po ciszy nocnej, ale nikt mu nie zabraniał. Mały był w dużo gorszym stanie niż Harry, gdy miał podobny wypadek. Teraz był w śpiączce, pani Pomufrey powiedziała, że wkrótce się wybudzi. Ja odwiedziłam go tylko raz, natłok obowiązków nie pozwolił mi na więcej. Dlatego dziś, w niedzielę, postanowiłam zajrzeć do skrzydła.

Szłam korytarzem prowadzącym na trzecie piętro*, w duchu ciesząc się, że dziś wypadała wycieczka do Homesdage. Zamek był praktycznie pusty, wszyscy chcieli skorzystać z ostatnich, bezśnieżnych dni. Neville zgodził się zabrać mój dyżur, więc miałam dziś wolne. Skręciłam w wąską odnogę za starą zbroją, korzystając ze skrótu. Już po dwóch minutach byłam u celu. Cicho wślizgnęłam się do środka, gdzie zastał mnie wzruszający widok. Draco Malfoy trzymał swojego synka za rękę i spał na krześle. Zauważyłam, że ma cienie pod oczami, musiał tutaj czuwać całą noc…

Najciszej jak mogłam podeszłam do łóżka i przysunęłam sobie drugie krzesło. Usiadłam na nim i wpatrzyłam się w twarz Malfoya. Bardzo się zmienił od czasów wojny. Nie był już młodzianem, jego rysy stały się bardziej dojrzałe, a wyraz twarzy nabrał życiowej mądrości. Teraz, gdy spał wyglądał beztrosko i spokojnie, zupełnie inaczej niż ten człowiek, którego niegdyś znałam. Jak on mógł zostać śmierciożercą? – spytałam sama siebie. Jak człowiek, który siedzi całą noc przy synku mógł kiedyś mordować ludzi?

- Długo tutaj jesteś? – głos mężczyzny wyrwał mnie z zamyślenia. Otworzył leniwie powieki i ziewnął przeciągle, po czym wbił we mnie wzrok.

- Dopiero przyszłam – odpowiedziałam cicho zdziwiona, że w jego tonie nie było nawet odrobiny złośliwości.

- Aha – puścił dłoń syna i nerwowo poprawił lekko podwinięty rękaw koszuli. Przyglądałam się temu z zainteresowaniem. – Dziękuję – wyszeptał i popatrzył mi w oczy. Siedzieliśmy po przeciwnych stronach łóżka, ale idealnie widziałam małą, czarną plamkę w rogu jego tęczówki.

- Za co? – spytałam również szeptem. Spotykam go po dziesięciu latach, a on mi dziękuje?

- Za uratowanie mojego syna – odpowiedział i odwrócił wzrok. – Nie wiem, co bym bez niego zrobił… - jego oczy zaszkliły się, a ja poczułam się jakby ktoś rzucił we mnie Petryficusem. On naprawdę ma uczucia? – I przepraszam za te wszystkie lata – dodał patrząc na mnie żałośnie. – Za te wszystkie wyzwiska i poniżenia. Nigdy nie uważałem cię za kogoś niższego ode mnie, Hermiono – tutaj urwał, a ja zdębiałam. Po raz pierwszy usłyszałam swoje imię z jego ust. Po raz pierwszy odezwał się do mnie z szacunkiem. – Wręcz przeciwnie, zawsze podziwiałem twoją inteligencję i zazdrościłem ci normalnej, kochającej rodziny, przyjaciół trzymających się z tobą nie ze względu na pieniądze i tego, że byłaś postrzegana jako bohaterka. Jako mały dzieciak miałem wyprany mózg, patrzyłem z zachwytem na mojego ojca, ale gdy po raz pierwszy zobaczyłem ludzką śmierć, zmieniłem się. Od wtedy grałem. Grałem zimnego, wrednego arystokratę otaczając się tymi, którzy naprawdę tacy byli Zrozumiem jeśli mi nie wybaczysz, ja do dziś nie mogę patrzeć na siebie w lustro, ale chciałem, żebyś wiedziała, że wszystko, co powiedziałem nie było prawdą – po jego policzku poleciała łza, ale szybko ją starł. – To wszystko było tylko grą.

 Zapadła okrutna cisza. W mojej głowie zawrzało od myśli. Wierzyłam mu. Patrząc mu w oczy wtedy, na boisku quiddicha, wiedziałam, że się zmienił. I gdy stał teraz przede mną trzęsąc się od emocji, wiedziałam, że wszystko co powiedział było prawdą. Nie wiedziałam jednak co zrobić. Pozwolić mu odejść i wciąż obwiniać się za błędy z przeszłości? Powiedzieć, że wybaczyłam, mając nadzieję, że słowa mu wystarczą? Nie, nie mogłam na to pozwolić. On otworzył się przede mną, był szczery, a ja nie mogłam patrzyć na jego cierpienie. Wstałam i wolnym krokiem podeszłam do niego. Stał przy oknie wpatrując się w horyzont. Stanęłam tuż obok i patrząc na niego wyszeptałam:

- Draco…

Skutek był natychmiastowy. Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na mnie zaszklonymi oczami, a ja zrobiłam coś, czego nikt by się nie spodziewał.

Przytuliłam go.

Chciałam mu w ten sposób pokazać, że widzę w nim człowieka, a nie potwora. Kogoś zdolnego do współczucia, miłości i innych uczuć, a nie zwykłą maszynę do zabijania. Słowa są puste, tym gestem przekazałam mu wszystkie moje myśli. Poczułam jego ciepło, bicie jego serca, spokojny, miarowy oddech… Nie wiem ile tak staliśmy, ale oboje nie chcieliśmy tego przerwać. Ja, bo chciałam go pocieszyć, on, spragniony bliskości drugiego człowieka. Złapał mnie kurczowo w pasie, jakby bał się, że ucieknę. Ale ja nie miałam zamiaru uciekać.

- Dziękuję ci, Hermiono – wyszeptał mi do ucha i pocałował mnie w policzek. Odsunęliśmy się od siebie. Uśmiechnął się słabo, a ja odpowiedziałam tym samym.

Do końca dnia nie rozmawialiśmy zbyt wiele, słowa nie były nam potrzebne. Czułam, że tego dnia pękła jakaś bariera, ale nie wiedziałam jeszcze jak to się dalej potoczy.

22.12.2003r. - Wtorek


Tego roku zima przyszła późno, ale była wyjątkowo piękna. Nie było zimno, temperatura sięgała maksymalnie -5 stopni, a śnieg delikatnie spadał pokrywając ziemię i drzewa ślicznym, białym puchem. Obserwowałam z okna mojego gabinetu błonia, uwielbiałam to robić. Przypominałam sobie wtedy beztroskie czasy, gdy z Harrym, Ronem, Ginny i bliźniakami biegaliśmy po śniegu i urządzaliśmy bitwy na śnieżki. Kiedyś Fred i George ulepili bałwana w kształcie trolla i nazwali go Snape… Były to miłe wspomnienia i nawet te z wojny nie mogły ich zniszczyć. Dużo przeszłam, ale w ciągu dziesięciu lat nauczyłam się nie rozpamiętywać smutnych wydarzeń. Owszem, pierwsze lata po wojnie były istną torturą, budziłam się w środku nocy zlana potem słysząc sadystyczny krzyk Bellatrix „Jesteś nic nie wartą szlamą! Takie jak ty nie mają prawa żyć!”, lub widząc martwe twarze przyjaciół…

Ciche pukanie do szyby wyrwało mnie z zamyślenia. Zauważyłam małą, czarną sówkę z przywiązanym do łapki liścikiem. Uchyliłam okienko i wpuściłam ją do środka. Delikatnie rozwiązałam pięknie zawiązaną szkarłatną wstążkę i rozłożyłam kawałek pergaminu. Gdy tylko zobaczyłam podpis, uśmiechnęłam się do siebie.

To był list od Draco.


Droga Hermiono!

W Hogwarcie nie ma chyba zbyt ciekawych rozrywek, a szczególnie dla osób tak młodych jak Ty. Jeśli nie masz jakichś planów, chciałbym Cię zaprosić do siebie na święta. Odkąd rozstałem się z Astorią, spędzam je sam ze Scorpiusem. Pomyślałem, że byłaby to miła odmiana, Scorpius byłby bardzo szczęśliwy.

Jeśli jednak masz inne plany, zrozumiem i nie będę nalegał. Odpisz szybko!

Twój Draco


Wciąż z uśmiechem na ustach sięgnęłam po pergamin i niespiesznie zaczęłam pisać odpowiedź. 

Zapowiadały się ciekawe święta.

***

Draco odebrał mnie w Homesdage o 19.00, gdy wszyscy uczniowie już wyjechali. Teleportowaliśmy się do jego posiadłości w północnej Anglii, tuż nad morzem. Okazało się, że Malfoy Manor zostało spalone tuż po wojnie, mężczyzna nie chciał mieszkać w miejscu, w którym zamordowano tyle osób. Teraz kupił niewielki domek na klifie z trzema sypialniami, dużym salonem i drugim, mniejszym, kuchnią, czterema łazienkami i biblioteczką. Z zewnątrz domek ozdobiony był drewnianymi panelami i kamiennymi wstawkami, a w oknach zawieszone były doniczki z kwiatami. Za domem znajdował się niewielki ogródek, a w nim fontanna i ławeczka. Draco powiedział mi, że z Astorią mieli mieszkanie w samym centrum Londynu, ale nienawidził tego ciągłego zgiełku, więc przeniósł się tutaj. Resztę dnia spędziliśmy na rozmowach o tym, co działo się przez te dziesięć lat. On słuchał uważnie gdy opowiadałam mu o moim związku z Ronem, o tym jak rozstaliśmy się gdy objęłam stanowisko nauczyciela w Hogwarcie, i o mojej codziennej pracy. Ja zaś poznałam całą historię jego związku z Astorią, samotne wychowanie Scorpiusa i jego problemy. Nie było ani chwili, żebyśmy się nudzili. Gdy wybiła północ, pożegnaliśmy się i poszliśmy spać.

24.12.2003r. - Sobota


Dni w posiadłości Dracona mijały bardzo miło. Poznałam go od tej strony, o której nikt nie miał pojęcia. Gdy opowiadał mi o swoim dawnym życiu w Malfoy Manor, o wszystkich torturach przez które przechodził i o rzeczach, które widział, coraz bardziej mu współczułam. Staliśmy się przyjaciółmi, co było dziwne zważając na lata naszej nienawiści. Mówiłam mu wszystkie moje sekrety i zawsze mogłam liczyć na to, że mnie wysłucha. Dziś obudziłam się w świetnym nastroju, w końcu była Wigilia!

Spojrzałam na zegarek, była 7.00, więc wszyscy pewnie jeszcze spali. Powoli zwlekłam się z łóżka i wyciągnęłam z szafy czarne jeansy i kremowy sweterek. Weszłam do pięknie urządzonej łazienki i wzięłam gorący prysznic, ubrałam się i nałożyłam lekki makijaż (w końcu nie chcę wyglądać jak Parkinson!). Włosy spięłam zaklęciem w warkocza francuskiego, którego uwielbiam. Gdy byłam już gotowa, wyszłam z pokoju i zeszłam na dół, do kuchni. Jako, że była wczesna pora, zrobiłam sobie cappuccino z ekspresu i usiadłam przy oknie.

- Oszalałaś z tym wstawaniem? – Draco wślizgnął się do kuchni tak cicho, że na dźwięk jego głosu podskoczyłam rozlewając kawę. Odwróciłam się i zobaczyłam, że ubrany jest w jeansy i rozpiętą koszulę odsłaniającą jego pięknie wyrzeźbiony tors. Nagle zrobiło mi się gorąco. – Są święta – roześmiał się głośno i usiadł obok mnie, a ja odpowiedziałam tym samym.

- Jakie plany na dziś? – spytałam czyszcząc sweterek różdżką.

- Idziemy na zakupy – uśmiechnął się chytrze i wbił we mnie wzrok. Nienawidziłam gdy przyglądał mi się w ten sposób. Zawsze się wtedy rumieniłam.

- Zakupy? – zmarszczyłam ze zdziwieniem brwi. – Po co?

- A po co się chodzi na zakupy? – roześmiał się głośno, a ja pokręciłam tylko głową.

***

Okazało się, że poszliśmy na Oxford Street, gdzie odwiedziliśmy wszystkie sklepy. Draco upierał się, że zasponsoruje mi wszystko tak mocno, że nie miałam sił się sprzeczać. Gdyby poprzestał na ubraniach, nie byłoby tak źle, lecz on kupił mi też cholernie drogi naszyjnik… Próbowałam odmówić, ale wziął mnie na litość. Później poszliśmy na lunch do uroczej kawiarni. Teraz spacerowaliśmy po parku.

- Wyglądasz pięknie Hermiono – powiedział nagle Draco, a ja znów się zarumieniłam. Jego ciągłe komplementy wprowadzały mnie w zakłopotanie.

- Przestań mi słodzić – roześmiałam się cicho i spojrzałam na niego kątem oka. – Te babeczki były wystarczająco słodkie – dodałam, a on wybuchnął głośnym śmiechem.

- Chciałbym, ale nie mogę – spoważniał nagle i spojrzał mi w oczy. – Dzięki tobie czuję się jak człowiek, a nie nic nie warty śmieć – dodał ze smutkiem w głosie, a mi przypomniała się sytuacja ze skrzydła szpitalnego. Wtedy patrzył na mnie jak mały, zagubiony chłopiec.

- Draco, ty jesteś człowiekiem – złapałam go za rękę i ścisnęłam ją. Staliśmy nad niewielkim oczkiem wodnym. – Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej – dodałam cicho, a on przybliżył się do mnie. Poczułam, jak serce zaczyna mi bić coraz szybciej.

- Dziękuję ci Hermiono – wyszeptał, gdy dzieliło nas kilka centymetrów. Poczułam jego ciepły oddech na moich wargach, a serce biło jak oszalałe.

- Za co? – wydukałam resztką sił wbijając wzrok w jego piękne oczy.

- Za to, że jesteś – odpowiedział i po chwili nasze usta złączyły się w długim, czułym pocałunku. Nie liczyło się nic poza tą chwilą. Niespiesznie pieściliśmy się językami, wkładając w pocałunek wszystkie nasze emocje. Wsunęłam dłoń w jego włosy, a on objął mnie w pasie. Gdy oderwaliśmy się od siebie, upojeni szczęściem, zapytał – Hermiono Granger, czy zostaniesz moją żoną?

24.12.2005r. - Piątek


Od naszego ślubu minęły już dwa lata, dwa wspaniałe lata u boku Draco. Życie uwielbia płatać nam psikusy, a to, że zakochałam się w moim dawnym wrogu z pewnością jest jednym z nich. Może to zabrzmi dziwnie, lecz u jego boku jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd. Każdy dzień przynosi nowe niespodzianki, każdego dnia poznajemy się na nowo. W naszym związku nie ma miejsca na nudę, a kłótnie w ogóle nie istnieją. Kiedyś myślałam, że prawdziwa miłość nie istnieje, ale tak naprawdę nie miałam okazji jej doświadczyć.

Tak, ja, Hermiona Granger, kocham tego arystokratycznego dupka, tę fretkę, Draco Malfoya.

I zostanę z nim dopóki śmierć nas nie rozłączy.



*Prawo Murphy'ego - Jeśli myjesz auto, zaczyna padać deszcz itp.
*Umieściłam skrzydło szpitalne na 3 piętrze
 ----------
No witam! ^^ Nie ma rozdziału, będzie jutro, ale jest ta dłuuuuga miniaturka! Jestem z niej bardzo zadowolona, naprawdę :) Widzę, że wszyscy czytelnicy głosowali na 18+, która się pojawi, ale nie wiem kiedy. Będzie to moje pierwsze spotkanie z pisaniem takich scen, więc nie chcę się śpieszyć :) Ta miniaturka jest słodka, może nawet za bardzo, ale miło mi się ją pisało :) Mam nadzieję, że Wam się podoba.
Nie jestem zadowolona z Waszego komentowania, wyświetleń przybywa, a komentarzy nie... Coś jest nie tak? :/

Buziaki! :*
Alicia*

Ps. Przepraszam za wszystkie błędy!