piątek, 26 lipca 2013

Rozdział 5 - Szykują się kłopoty...



Pierwszą rzeczą, którą zauważyła po przebudzeniu, był kremowy sufit. Później doszły do tego biurko, regał z książkami, odznaki powieszone na ścianie, stoliczek ze szklanką wody i sofa, na której leżała. Delikatnie uniosła się na łokciach, ale po chwili znów opadła na miękkie obicie kanapy. Głowa bolała ją niemiłosiernie, a nogi i ręce odmawiały posłuszeństwa. Zmarszczyła brwi próbując sobie coś przypomnieć, ale nadaremno. W głowie miała jedną wielką pustkę. Gdzie ja jestem?  
Nagle dziewczyna usłyszała miękki, damski głos, który brzmiał znajomo…

- Znalazłam ją w opuszczonym mieszkaniu. Była cała blada i zmarznięta – głos stawał się coraz bardziej wyraźny. – Mówiła coś o dwóch mężczyznach – drzwi do pokoju otworzyły się i stanęła w nich niska, pulchna kobieta. Miała małe, niebieskie oczy, podkreślone zbyt dużą ilością tuszu do rzęs i jasnofioletowego cienia do powiek. Usta pomalowała obficie różową szminką, co dało dość komiczny efekt. Ubrana była w obcisłą, białą koszulę i elegancką spódnicę. Patrząc na nią widziało się pannę Piggy w postaci ludzkiej. Obok niej stał wysoki mężczyzna o groźnych rysach twarzy ubrany w mundur policyjny. – Myślałam, że maja…

- Proszę przestać – powiedział ostro policjant. – Obudziła się – dodał i podszedł do dziewczynki, która wlepiła w niego swoje niebieskie oczy. – Jak się czujesz?

- Dobrze – skłamała i z dużym wysiłkiem podniosła się do pozycji siedzącej. Sięgnęła po szklankę wody i aby odwrócić uwagę mężczyzny od trzęsących się dłoni, uśmiechnęła się.

- Ja jestem sierżant Jim, a to pani Samantha – powiedział już łagodniej, a niska kobietka podeszła 
bliżej i popatrzyła na dziewczynkę z troską. – A ty jak się nazywasz?

- Laura Owen – odparła cieniutkim głosem i dodała. – Gdzie jestem?

 - Na komisariacie policji, zostań tutaj, a ja coś sprawdzę – odciągnął Samanthę na bok i powiedział jej coś, ale dziewczynka nie usłyszała co. Pokiwała głową, a Jim wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. Kobieta już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale dziewczynka ją ubiegła.

- Mogę iść do toalety? – popatrzyła na kobietę błagającym wzrokiem. To spojrzenie zawsze działało i tym razem było tak samo.

- Oczywiście – westchnęła. – Idź prosto do poczekalni, a później skręć w prawo. Tylko się nie zgub! – krzyknęła gdy szczupła sylwetka dziewczynki zniknęła już z pola widzenia.

Laura szła powoli starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów. Komisariat urządzony był w stylu skromnym, ale schludnym. Mijała mnóstwo jednakowych drzwi, prowadzących do różnych gabinetów. Nagle jej uwagę przykuły drzwi, które wyróżniały się na tle innych. Były innego koloru niż pozostałe i widniała na nich duża, lśniąca tabliczka z napisem Christopher Freachman. Na pierwszy rzut oka wyglądały zwyczajnie, ale dziewczyna zauważyła w nich coś dziwnego. Nie potrafiła jednak określić co to było. Nawet nie wiedziała ile wpatruje się w ich gładką powierzchnię, gdy usłyszała w oddali głos sierżanta Jima. Oderwała wzrok od drzwi i szybko omiotła wzrokiem korytarz. Głos stawał się coraz bardziej wyraźny, więc szybkim krokiem ruszyła w stronę poczekalni. 

Gdy wreszcie doszła do celu, zamurowało ją. Na krześle siedział mężczyzna z burzą czarnych włosów i charakterystycznymi okularami. Ten sam, którego widziała w mieście. Obok niego rudowłosy mężczyzna przykładał lód do podbitego oka i mówił  coś do towarzysza. Dziewczynka minęła ludzi siedzących w poczekalni i znalazła miejsce 6 siedzeń dalej od mężczyzn. Wzięła ze stolika gazetę i udając, że czyta słuchała ich rozmowy.

- Ile ta baba może załatwiać formalności?! – rudowłosy mężczyzna nie krył swojego oburzenia. – Mam ciekawsze sprawy niż siedzenie na komisariacie – dodał i zaczął pieczołowicie oglądać swoje ręce w poszukiwaniu obrażeń.

- Ron, uspokój się – odparł ten drugi. – Za chwilę powinna przyjść, trochę cierpliwości – ziewnął i przetarł zmęczoną twarz.

Mężczyźni zakończyli krótką konwersację i każdy z nich zajął się własnymi myślami. Laura również. To, że spotkała tego mężczyznę nie było przypadkiem. Muszę z nim porozmawiać. Jednak oznaczało to ucieczkę z komisariatu i bycie poszukiwaną… I tak nie mam nic do stracenia. Po prostu wyjdę i będę ich śledzić, może nikt nie zauważy.

- Przepraszam, że tak długo – z zamyślenia wyrwał ją słodziutki głos recepcjonistki w obcisłym stroju, która uśmiechnęła się kokieteryjnie do mężczyzn i wręczyła im jakieś papiery. – Mamy dziś urwanie głowy – zachichotała, po czym odeszła kręcąc ponętnie biodrami.

- Chodź Ron, zmywamy się – mruknął czarnowłosy szturchając, gapiącego się na kobietę, kolegę. Ten skrzywił się oburzony, ale zabrał swoje rzeczy i po chwili oboje zniknęli za drzwiami.

Dziewczyna ostrożnie odłożyła gazetę i rozejrzała się. Otaczający ją ludzie nie zwracali na nią uwagi, a recepcjonistka prowadziła żywą dyskusję z sekretarką. Łatwizna. Nie zwlekając podniosła się i ruszyła w stronę wyjścia. Odetchnęła głęboko i ruszyła za oddalającymi się sylwetkami mężczyzn układając w głowie plan rozmowy. To na pewno nie jest przypadek. Uśmiechnęła się do siebie czując, że ma rację.

***

- NIE INTERESUJE MNIE TO! – mężczyzna wrzasnął zwracając na siebie uwagę osób dookoła. Jedną ręką trzymał telefon komórkowy, a drugą potrząsał gniewnie. – Nie możecie pisnąć ani słówka o tych porwaniach – dodał ściszając głos.

- Panie ministrze, plotki już się rozeszły – odpowiedział głos po drugiej stronie linii. Był to głos mężczyzny, lekko ochrypnięty i z nutką irytacji. – Nie pisząc o tym pozwolimy na rozprzestrzenianie się różnych głupich teorii…

- Nie! – twarz Rufusa zrobiła się czerwona. – Jeśli dopuścisz do jakiejkolwiek wzmianki o tym w Proroku, obiecuję ci, że zostaniesz z niczym – syknął gniewnie. – Rozumiemy się?

- Tak, panie ministrze – odparł posłusznie mężczyzna.

- To wspaniale Rogerze – minister uspokoił się, a na jego twarzy pojawił się paskudny uśmieszek triumfu. – I takiego cię lubię – dodał wrednie, po czym rozłączył się i wsunął telefon do kieszeni marynarki. Poprawił drogi, bordowy krawat i ruszył w stronę gabinetu z tabliczką „Christopher Freechman”. Może to spotkanie poprawi mi humor. Przybrał charakterystyczny dla siebie kamienny wyraz twarzy i zapukał do drzwi.

***

- Jestem do bani – Leonard jęknął żałośnie i wypił duży łyk drinka stojącego na ladzie obskurnego baru. Skrzywił się. Drink był paskudny. Chciał wziąć wódkę, ale musiał jeszcze trochę powęszyć, a bycie pijanym nie pomagało w myśleniu. No, ale czego można się spodziewać po lokalu, w którym barman to łysy mężczyzna, który dopiero wyszedł z więzienia, a goście to bezzębni rybacy i grube gospodynie domowe?

- Oj, widzę, że coś pana trapi – odezwał się staruszek, który do tej pory zajęty był przyglądaniem się swojej szklance z ciepłym już piwem. – Może mógłbym pomóc?

- Nie sądzę… - nagle w oczach Leonarda coś błysnęło. – Chociaż tak. Widział pan może mężczyznę o platynowoblond włosach i szarych oczach? Jest wysoki i dobrze zbudowany, ubiera się w drogie rzeczy.

- Hmm… Niech no pomyślę… - staruszek podrapał się po zmarszczonym czole. Długo wpatrywał się w blat, aż nagle podskoczył uradowany. – O, mam! Widziałem ostatnio w lesie mężczyznę w czarnej szacie… Nie widziałem twarzy, ale spod kaptura wystawały mu blond włosy. To było obok starej leśniczówki – dodał i dopił złoty płyn ze szklanki. – No, ja muszę już iść – poklepał mocno Leo po plecach i szybkim, koślawym krokiem odszedł.

Uradowany wieściami szatyn postanowił nie marnować czasu i od razu ruszył w kierunku opuszczonej leśniczówki. Wędrówka nie należała do przyjemnych – ciemny i ponury las był całkowicie pusty, a prażące słońce w połączeniu z zapachem wilgoci sprawiało, że było w nim niezmiernie duszno. Leonard nie należał do osób strachliwych, ale mimo wszystko szedł szybkim krokiem. Po 30 minutach wędrówki krajobraz zmienił się, drzewa rosły tutaj rzadziej, co pozwoliło promieniom słońca oświetlić gęstwiny, a na miejscu ziemnej ścieżki pojawiła się żwirowa dróżka. Mężczyzna odetchnął z ulgą, choć nie przyznałby się do tego głośno. Teraz krzaki stawały się coraz rzadsze, zastępowała je wysoka trawa. Leo nie wiedział ile już idzie, ale czuł, że leśniczówka jest coraz bliżej, bo dróżka stawała się coraz bardziej wyraźna i szersza. 

Wreszcie dotarł pod ogromną, zardzewiałą już bramę z tabliczką „Nadleśnictwo Romborn”. Pchnął ją delikatnie, a ona uchyliła się z głośnym zgrzytem od którego dostał gęsiej skórki. Rozejrzał się dookoła. Leśniczówka była dość mała, cała zbudowana z drewna. Drzwi były wyrwane z zawiasów, ale jakimś cudem utrzymywały się jeszcze w ramie. Okna były popękane i pokryte warstwą pajęczyny oraz pyłu, a niektóre już dawno uległy całkowitemu zniszczeniu. Otaczająca domek roślinność robiła co chciała, bluszcz porastał gęsto południową ścianę, krzaki róży były wyschnięte na wiór, trawa sięgała kolosalnych rozmiarów, a drzewa nie miały ani jednego listka. Całość tworzyła widok jak z horroru, tylko w świetle dziennym. Czyżby to tutaj schował się Malfoy?

- Nie – zza pleców Leonarda rozległ się ironiczny śmiech. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie, jednak nie zobaczył nikogo.

- Kto tu jest? – spytał głupio starając się, aby jego głos brzmiał stanowczo.

- Oj, doskonale wiesz, kto – tym razem Leonard nie odwrócił się. – Nie bój się, nie ucieknę – dodał rozbawiony.

- Czego chcesz Malfoy? – szatyn powoli odwrócił się i zobaczył osobę, której nie chciał widzieć. Draco Malfoy stał oparty o ściankę leśniczówki i z charakterystycznym dla siebie uśmieszkiem palił papierosa.

- Czego ja od ciebie chcę? – uniósł brew. – Wydaje mi się, że to ty, Leonardzie, uganiałeś się po całym Londynie i przepytywałeś wszystkich, aby mnie znaleźć – blondyn zdawał się świetnie bawić. – Czyżbyś zatęsknił?

- Minister zatęsknił za jego wiernym pieskiem – odgryzł się Leonard, ale po chwili tego pożałował. Blondyn upuścił papierosa i po chwili już przykładał różdżkę do gardła szatyna.

- A ja myślałem, że się zmieniłeś – pokiwał głową z politowaniem. – Cóż, chciałem być miły – uśmiechnął się perfidnie i po chwili Leonard upadł na ziemię z krzykiem.

- Przestań… - wydusił z siebie. – P… PROSZĘ!

- Oj, nie rzuciłem jeszcze Cruccio, a ty już ryczysz jak malutka dziewczynka… - blondyn kopnął leżącego mężczyznę, a jego żebra złamały się z głośnym trzaskiem. – Masz szczęście, bo powinienem cię zabić za to, co zrobiłeś – wysyczał gniewnie i przerwał czar, po czym dodał – Ach, nie bój się, odwiedzę ministra – po tych słowach ruszył wolnym krokiem w stronę lasu.

Leonard obserwował zamglonym wzrokiem oddalającą się sylwetkę blondyna. Jego powieki opadały coraz bardziej, a jego myśli stawały się niewyraźne. Szanse na to, że ktokolwiek go odnajdzie były nikłe, ale w świecie czarodziei nic nie jest niemożliwe. Ostatkiem sił wyciągnął różdżkę i z wielkim wysiłkiem wyszeptał:

- Expecto patronum… - w jego głowie pojawił się obraz czarnowłosej dziewczyny leżącej bez ruchu wśród gruzu i popiołu. Na jej białej bluzce widniała ogromna plama krwi. Oczy miała zamknięte, a na jej twarzy widniał spokój. To ona była jego szczęśliwym wspomnieniem. Jego Elisabeth…

Po chwili z różdżki wystrzelił piękny, srebrny kocur i zniknął w odmętach gęstwin lasu…

***

W małym, schludnym gabinecie samotnie siedziała brązowowłosa kobieta uważnie czytając jakieś papiery. Jej chaotyczny kok był już dość zniszczony, więc pojedyncze pasemka opadały na bladą, zmęczoną twarz. Czekoladowe oczy czytały tekst w bardzo szybkim tempie nawet na chwilę się od niego nie odrywając. Kobieta była tak pochłonięta swoim zajęciem, że nie zauważyła, gdy do pokoju ktoś wszedł.

- Długo tutaj siedzisz? – zdziwiona brązowowłosa odwróciła się i zobaczyła stojącą w progu koleżankę.

- O, Gin – wymamrotała podnosząc kubek kawy i patrząc na zegar – była 22.30. – Po co przyszłaś?

- Chciałam z tobą pogadać – ruda popatrzyła na przyjaciółkę błagalnym wzrokiem. – Chyba mi się to należy po tylu latach…

- Dobrze, poczekaj tylko chwilkę – westchnęła zrezygnowana Hermiona. Skoro jej koleżanka przyszła specjalnie tutaj, nie było szansy na odmowę, a ona nie miała dzisiaj sił na kłótnie. Wstała i ściągnęła fartuch magomedyka, po czym zaczęła układać papiery na biurku. Gdy skończyła, założyła wiszący na stojaku płaszcz, zabrała torebkę i razem z Ginny wyszły ze szpitala św. Munga.

Wsiadły do taksówki, a ruda podała adres kawiarni, która znajdowała się niedaleko. Przez całą drogę siedziały w ciszy, co cieszyło Hermionę, a denerwowało Ginny. Po 20 minutach jazdy, samochód zaparkował pod niewielką, ale przytulną kawiarenką w spokojnej okolicy. Gdy weszły do środka, poczuły jak fala gorąca przyjemnie ogrzewa ich ciała. Szybko ściągnęły płaszcze i zajęły miejsce przy oknie, z którego rozciągał się widok na park.

- Jak się czuje Harry? – spytała beznamiętnym głosem Hermiona wpatrując się w plac zabaw.

- Dobrze – odparła ruda uważnie przyglądając się przyjaciółce. Hermiona faktycznie schudła, było to widać po jej zapadniętych policzkach. Bardzo martwił ją stan koleżanki, ale wiedziała, że ten temat jest dość ryzykowny. Postanowiła jednak zaryzykować. – Herm, czy ty w ogóle jesz? Albo śpisz? Wyglądasz okropnie… - urwała. – Martwię się…

- Nic mi nie jest – Hermiona uśmiechnęła się gorzko i spojrzała przyjaciółce w oczy. – Straciłam rodzinę, chłopaka, mam co noc koszmary, mieszkam samotnie… - w jej oczach zaszkliły się łzy, ale uśmieszek nie zniknął z jej twarzy. – Nie, Gin, nic mi nie jest.

- Herm, zawsze możesz na mnie liczyć…

- Możemy zmienić temat? – szatynka znów odwróciła wzrok nerwowo stukając palcami o blat. W jej tonie czuć było irytację.

- Oczywiście – niechętnie przytaknęła Ginny.

Reszta spotkania przebiegała według jednego schematu – Ginny zadawała pytanie, a Hermiona odpowiadała zdawkowo. Gdy wybiła 23.30, kobiety pożegnały się i każda ruszyła w swoją stronę. Rudowłosa proponowała koleżance, że ją odprowadzi, ale ta odmawiała mówiąc, że „nic się nie stanie”.  W efekcie szła teraz opustoszałymi uliczkami Londynu. Mijała właśnie Cross Street, gdy z tyłu dobiegł ją zachrypnięty głos:

- Zabawimy się, ślicznotko? – do jej uszu dobiegł obleśny śmiech i po chwili poczuła, jak mocne, spocone ręce chwytają ją w pasie. Pisnęła zaskoczona i po chwili poczuła mocny odór alkoholu, papierosów, taniej wody kolońskiej, brudu i potu. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Próbowała się wyrwać, jednak napastnik był silniejszy. Po chwili poczuła jak dłonie mężczyzny brutalnie ściskają jej piersi. Była przerażona i nie mogła nic zrobić. Poczuła, że do jej oczu napływają łzy…

I nagle oślepił ją blask czerwonego światła. Poczuła jak ręce pijaka odrywają się od niej, a ktoś łapie ją w silne ramiona i szepce coś do ucha. Powoli otworzyła oczy i spojrzała na wybawiciela. To, co zobaczyła, kompletnie ją zszokowało. Przed nią stała ostatnia osoba, jakiej by się spodziewała…

***

Klub The White Lion należał do ulubionych Amandy. Puszczali w nim fajną muzykę, drinki były pyszne, no i goście też niczego sobie. Kobieta odwiedzała go zawsze, gdy miała jakiś problem i chciała odpocząć. Tak też było dzisiaj. Siedziała przy barze sącząc powoli drinka i przyglądając się szalejącym na parkiecie ludziom. Widziała miny mężczyzn dookoła rozbierających ją wzrokiem, ale nie przeszkadzało jej to. W końcu nie bez powodu założyła czarną skórzaną sukienkę i czerwone, dziesięciocentymetrowe szpilki. Klasycznie, ale bardzo skutecznie. Uśmiechnęła się pod nosem. Uwielbiała być w centrum uwagi. No, ale dzisiaj nie znalazła jeszcze godnego partnera do tańca, więc zaczęła przeczesywać tłum wzrokiem w poszukiwaniu przystojnych sztuk.

- Nie słyszałaś o tym? Wszystkie sławne osoby zaczęły znikać! Najpierw Rita Skiteer, później Emily Forrester, Tony Pierce*… - z zamyślenia wyrwał ją głos kobiety siedzącej obok, która z wypiekami na twarzy mówiła coś swojej towarzyszce. – A to i tak nie wszyscy…

- Jak to? – zdziwiła się druga. – Kto miałby to robić? Przecież sama-wiesz-kogo już nie ma! – dodała cichym szeptem.

- Nie mam pojęcia – wzruszyła ramionami. – Sądzę, że jest więcej rzeczy, o których ministerstwo nie chce mówić. Oj, szykuje się coś złego… - pokiwała głową w zamyśleniu, po czym jak gdyby nigdy nic zajęła się obgadywaniem gości.

Amanda wstała i szybko zapłaciła barmanowi. Wyszła z klubu nocnego i w pośpiechu aportowała się do domu. Wpadła do środka i nie zapalając nawet światła napisała na świstku:

Musimy się jak najszybciej spotkać. Jutro o 6.00 u Ciebie. Jest źle.
A.C.

- Leć do Rufusa – szepnęła przyczepiając chaotycznie liścik do nogi puchacza, a gdy odleciał ona opadła z cichym jękiem na kanapę.

Szykują się kłopoty.



*Sławne osoby wymyślone przeze mnie.
 --------- 

Uff! Wreszcie skończyłam ten rozdział :D Bardzo długo się z nim męczyłam, prawie całe dwa dni pisałam, kasowałam, pisałam itd. No cóż, moja wena odmawia posłuszeństwa! Z początku nie jestem zadowolona, ale może Wam się spodoba. Ogólnie nie wiem co myśleć o tym rozdziale, jest... dziwny? :D Jak widzicie, akcja robi się coraz bardziej skomplikowana i muszę notować wszystkie postaci oraz wątki, żeby się nie pogubić :P Teraz wyjeżdżam do środy i nie sądzę, aby pojawił się jakiś rozdział, bo mam zamiar korzystać z uroków pogody :D W niedzielę czeka mnie 4 godzinny spływ Wieprzem (pomysł genialnego tatusia) i nie wiem jak to przeżyję :(
Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, to dla mnie bardzo ważne :*
No i dziękuję cioci Venik za reklamę ^^

Pozdrawiam wszystkich :D
Alicia*

poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział 4 - Rozkosz, ból i strach



Leonard Farewell uważał się, i był uważany, za najlepszego tajnego agenta w magicznym świecie. Zawsze rozwiązywał powierzone mu zadania szybko, dyskretnie i, co najważniejsze, skutecznie. Ale tym razem zaczął wątpić w swoje możliwości, a to wszystko za sprawą przebiegłego Dracona Malfoya. Osoby chwalące Leonarda mówiły „Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych!”… Niestety, szukanie osoby, która po prostu zniknęła zacierając dokładnie wszystkie ślady, była niemożliwa. Jak na profesjonalnego agenta przystało, Leo zaczął szukać jakichkolwiek poszlak u znajomych zaginionego, ale zakończyło się to totalnym fiaskiem. Blaise Zabini wyrzucił go ze swojego domu obsypując go dużą ilością przekleństw i grożąc mu, Parkinson nic nie wiedziała, Nott uśmiechnął się pod nosem i zaczął gadać coś o coraz głupszych tajnych agentach. Inni znajomi również nic nie wiedzieli, pozostała jedynie Astoria Greengrass, słodziutka idiotka i Leonard wątpił, aby cokolwiek wiedziała. Nie miał jednak wyboru, czasu było coraz mniej, a on stał w miejscu. Wpakowałem się w gówno. Tym optymistycznym akcentem zakończył swoje rozmyślania i wysiadł z taksówki, która zaparkowała pod ogromnym hotelem. Zapłacił kierowcy i z miną skazańca ruszył w stronę wejścia. Gdy pchnął drzwi, jego oczom ukazał się wielki, urządzony w bogatym stylu hol. Złote papeterie idealnie współgrały z ciemnym, nieskazitelnie czystym i lśniącym, parkietem. Na środku pomieszczenia stały białe kanapy z aksamitnego materiału, ustawione na drogim perskim dywanie. Po lewej stronie znajdowała się rozległa recepcja, za którą stał przystojny mężczyzna z krótkimi czarnymi włosami zaczesanymi na prawą stronę. Na jego twarzy widniał lekki zarost, podobnie jak u Leo. Uśmiechnął się sztucznie i mierząc wzrokiem spytał:

- Witamy w Cafe Royal Hotel, czy mogę w czymś pomóc? – jego głos był na pozór życzliwy, lecz kryła się w nim nutka znudzenia.

- Tak, jestem umówiony z panną Greengrass. Na którym piętrze znajduje się pokój 345?

- Na ostatnim piętrze – odparł recepcjonista i odetchnął z ulgą, gdy Leonard ruszył w stronę windy.

Podróż na najwyższe piętro dziesięciopoziomowego wieżowca była bardzo długa. Dodatkowo co chwilę ktoś nowy wsiadał do windy, co bardzo irytowało mężczyznę. Jakaś gruba kobieta ubrana w drogą suknię opowiadała mu właśnie o swoim mężu, będącym ministrem ochrony środowiska, gdy winda zatrzymała się na 7 piętrze, a ona niechętnie wygramoliła się ze środka. Leonard nie pofatygował się nawet, aby ją pożegnać. Wreszcie nadeszła upragniona chwila i szatyn ruszył korytarzem. Doszedł do drzwi z numerem 345 i zapukał delikatnie. Po chwili w drzwiach pojawiła się wysoka blondynka ubrana w skąpą, zieloną sukienkę podkreślającą jej wszystkie atuty. Jej włosy opadały pięknymi falami na nagie ramiona. Usta kobiety, podkreślone krwistoczerwoną szminką, ułożyły się w bardzo seksownym uśmiechu. Zmrużyła podkreślone czarną kredką oczy przyglądając się dokładnie Leonardowi.

- Och, pan Farewell – wyciągnęła smukłą dłoń i podała mężczyźnie. – Jestem Astoria Greengrass, miło mi pana poznać. Proszę wejść – otworzyła szerzej drzwi i zaprowadziła gościa do salonu, w którym panował półmrok. Usiadła na sofie i otworzyła butelkę wina, po czym nalała go do dwóch kieliszków i wręczyła jeden Leonardowi. – Więc co chciałby pan wiedzieć?

- Potrzebuję informacji na temat miejsca pobytu pana Dracona Malfoya – z grzeczności upił łyk, wyśmienitego zresztą, trunku. Wiedział do czego zmierza ta kobieta. Ubrała się jak na imprezę, a nie rozmowę, choć musiał przyznać, że była bardzo seksowna. To nawet dobrze. Od dawna nie miałem żadnej kobiety, a ta do łóżka nadaje się idealnie. Posłał jej swój czarujący uśmiech.

- Ach… - blondynka przygryzła filuternie wargę. – Tak się składa, że mam dość istotne informacje… Ale co za to dostanę? – przybliżyła się do mężczyzny, a ostatnie zdanie wyszeptała mu do ucha muskając lekko wargami jego płatek.

- Cóż, to zależy od wagi tej informacji – jej zaloty nie robiły na mężczyźnie żadnego wrażenia, ale postanowił grać. Jakby od niechcenia wziął w dłoń jej loka i zaczął się nim bawić patrząc jej w oczy. 

– Widzi pani , nie wszystko  jest warte nagrody… - źrenice kobiety rozszerzyły się.

- Moje informacje na pewno pana zainteresują… Słyszałam rozmowę Blaise’a Zabiniego z Malfoyem i wiem w jakiej okolicy znajduje się jego posiadłość… - odsunęła się od szatyna i podniosła brew. – Czy to zasługuje na nagrodę?

- Ooo, tak – mężczyzna zaczął namiętnie całować rozpaloną kobietę, a ta włożyła dłonie w jego włosy i oddała pocałunek. Leonard wstał i podniósł w biodrach Astorię, po czym zaczął iść w stronę sypialni. – Gdzie? – wyszeptał jej w usta przerywając na chwilę pocałunek.

- Obrzeża wschodniego Romborn – odparła i po chwili obydwoje zajęli się rozkoszą, jaką niósł ten wieczór.

***

Ron ciągnął ciężką walizkę z naburmuszoną miną. Był wściekły na wszystko. Na pogodę, na niewygodne siedzenia, drogie piwo, opóźniony przylot, na Harry’ego i, wreszcie, na Hermionę. Od czasów wojny najmłodszy Weasley bardzo się zmienił. O ile wcześniej kontrolował swoją złośliwość i zazdrość, teraz przestał nawet próbować. Stał się gorzki i wredny. Czy to nie jest dziwne? Największa fajtłapa, Ronald Weasley, którego wszyscy wyśmiewali, stał się okropny dla znajomych. Całkiem jakby złość z tych siedmiu lat upokorzeń skumulowała się i wybuchła, zmieniając jego charakter. Nie interesowały go błagania przyjaciół, mówiących, że zachowuje się okropnie i, że nic mu nie zrobili. A jak miałby się zachowywać?! Zrobili mu i to dużo! Zawsze żył w ich cieniu! Harry, zawsze idealny, przystojny, kochany przez wszystkich! Bo to w końcu WYBRANIEC! Albo Hermiona, wszystkowiedząca, chwalona przez wszystkich… No i piękna.  Po wojnie Ron był z Hermioną jeszcze przez pół roku i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie przyłapała go na zdradzie z sekretarką. Wciąż pamiętał ten dzień…

- Ron! – z zamyślenia wyrwał go głos Harry’ego. Rudzielec podniósł wzrok i zobaczył bruneta stojącego przed nim. Wyraz jego twarzy mówił „zabiję cię”. No pięknie. – Chodź, podwiozę cię.

- Dlaczego miałbyś to robić? – warknął Ron. – Jestem dorosły, nie potrzebuję twojej pomocy – dodał mijając mężczyznę. Miał zły humor i nie chciał rozmawiać z nikim. Wiedział, że to zdenerwuje Harry’ego, ale miał potrzebę wyżycia się na kimś.

- Ron do cholery jasnej! – krzyknął Potter i szarpnął kolegę za ramię. – Nie zachowuj się jak małe dziecko i wsiadaj do auta – wysyczał pokazując na auto stojące obok (znajdowali się na parkingu obok lotniska – przyp. autorki).

- Nie pojadę z tobą nigdzie! – wrzasnął Ron i wyrwał ramię z uścisku. – Jedź lepiej po tą dziwkę Granger! – w tym momencie Harry stracił nad sobą kontrolę. Z całej siły przywalił rudzielcowi w nos, z którego zaczęła lecieć krew. Zszokowany Weasley patrzył na przemian na Harry’ego i rękę, po której ściekała krew. W końcu zatrzymał swój wzrok na brunecie i wrzasnął – Pożałujesz tego!

Wtedy rozpętało się piekło. Ronald uderzył kolegę w brzuch, a ten złapał się za wpół, ale po chwili oddał mu kopniakiem w krocze. Rudy zawył żałośnie, ale jego pięść uderzyła twarz Harry’ego łamiąc mu okulary i podbijając oko. Szarpali się tak i bili, dopóki nie poczuli jak ktoś stanowczym, mocnym ruchem rozdziela ich. Usłyszeli wściekły głos:

- SPOKÓJ! – podnieśli wzrok, a ich oczom ukazał się funkcjonariusz policji. Po chwili podbiegł do nich drugi policjant, aby pomóc koledze. – Jedziecie z nami na komisariat! – warknął i pociągnął Harry’ego w stroną radiowozu, podczas gdy jego towarzysz zajmował się Ronem.

Godzinę później

- W co my się wpakowaliśmy? – mina wybrańca była żałosna. Przykładał lód do podbitego oka sycząc przy tym z niezadowoleniem.

- Nie wiem… - odparł Ron, który był w podobnym stanie do kolegi. Miał złamany nos, podrapany policzek, potłuczoną rękę i bolące krocze.  – Przepraszam Harry, ja przesadziłem… - wydusił z siebie z trudem.

- Przesadziłeś i to bardzo – pokiwał głową Potter. – Powinieneś przeprosić Hermionę – dodał po chwili.

- Prze… - rudzielec już miał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. Bił się przez chwilę z myślami, po czym dodał – Masz rację, przeproszę ją – opuścił głowę. Świetnie, muszę ją teraz przepraszać. Tylko tego mi brakowało.

***

- Czego chcesz Zabini? – dziedzic Malfoyów odebrał niechętnie telefon.

- Ach, poinformować Cię, że Leo połknął haczyk – głos Blaise’a był jak zwykle przepełniony ironią, 
lecz tym razem kryło się w nim również zadowolenie.

- Połknął haczyk? – blondyn zaciągnął się papierosem, by po chwili wypuścić biały obłoczek dymu. – Skąd wiesz, że nam się udało?

- Powiem ci, że mugole bywają przydatni – odparł tajemniczo czarnoskóry.

- Cholera, Diable, czy ty musisz mówić zagadkami?! – zirytował się Draco.

- Podsłuch – powiedział krótko, po czym zaśmiał się. – Oj, zaczynam współczuć Leonardowi…

- I dobrze – odparł Malfoy, a na jego twarzy pojawił się uśmieszek wypełniony ironią, chłodem, złośliwością i zadowoleniem. – Nie będzie to miłe spotkanie… Przynajmniej nie dla Leonarda.

- Nie wątpię – Zabini roześmiał się, po czym dodał. – Pa Smoku.

***

Blondwłosa dziewczyna biegła przez opustoszałe uliczki południowego Londynu. Była bardzo zmęczona, a nogi odmawiały jej posłuszeństwa, ale biegła dalej. Zimny wiatr bezlitośnie chlastał jej drobną twarzyczkę pokrytą dużymi rumieńcami. Zachodzące słońce stawało się z minuty na minutę coraz mniej widoczne. Dziewczynka była przerażona. Znajdowała się w obcej części Londynu, było zimno i ciemno, no i gonili ją dwaj mężczyźni. Skręciła właśnie w pustą uliczkę, którą wypełniał jej szybki oddech i tupot stóp. Nagle zauważyła lekko uchylone drzwi przystawione kontenerem na śmieci. Podbiegła do nich i zaczęła pchać kontener.

Raz...

Usłyszała tupot stóp w oddali. Kontener przesunął się nieznacznie.

Dwa...

Tupot był coraz głośniejszy. Jej ręce drżały, a serce waliło mocno. Kontener znów przesunął się tylko odrobinkę.

Trzy...

Usłyszała głosy tych mężczyzn krzyczących do siebie. W akcie rozpaczy pchnęła kontener ostatkiem sił.

Cztery...

Kontener ustąpił, a ona na drżących nogach wpadła do pomieszczenia za drzwiami.

Jedyne co później pamiętała to wilgotna podłoga, zapach stęchlizny, ciemność, oddalające się kroki i miękki kobiecy głos. Były to krótkie urywki przebłysków świadomości. Później odpłynęła w słodką, bezpieczną krainę snów…

----------

Witam po przerwie :) Obiecałam, że dodam rozdział tuż po wyjeździe i oto jest :) Powiem Wam, że nawet mnie zadowala. Na początku zajęłam się dokładniejszym opisem Leonarda, bo jest to postać wymyślona przeze mnie i bardzo ją lubię. Greengrass jest u mnie przedstawiona tak, jak w większości blogów, czyli jako słodziutka idiotka :D Ron jest jaki jest, ale obiecuję, że zaskoczy Was nie jeden raz... Póki co wątki opisywane są jeszcze osobno, ale z czasem zaczną się łączyć i tworzyć całość :D Pomysłów mam mnóstwo, oby były dobre, więc kolejny rozdział już za niedługo - max. 4 dni. 
Pozdrawiam wszystkich komentujących, no i ciocię Venik, której wena umarła :P Mam nadzieję, że szybko do niej wróci :)

Pozdrawiam cieplutko
Alicia*

Rozdział 3 - Monotonia

Ciemność. Głucha cisza wypełniająca wąski korytarz pachnący stęchlizną. Stukanie butów o parkiet. Ciemne włosy przyjaciela idącego przed nią. To wszystko składające się na scenerię rodem z horroru. Nagle z nieokreślonego miejsca zaczęła płynąć muzyka. Ciarki przeszły jej po plecach. Pieprzony sukinsyn. Wszystko zaplanował. Mimo tego, że Hermiona nie należała do osób strachliwych, miała ochotę się stąd jak najszybciej wydostać. Pomimo tego, że stawiała kroki ostrożnie, potknęła się. Upadła i poczuła, że jej ręce dotykają czegoś mokrego. Podniosła ostrożnie głowę i wyszeptała:

- Harry… - odpowiedziała jej tylko głucha cisza.

Kobieta podniosła się i zaczęła panicznie rozglądać na wszystkie strony. Jej towarzysza nigdzie nie było. Zaczęła go wołać. Bez skutku. Jej przerażony głos odbijał się echem od ścian. Ręce zaczęły jej drżeć, więc ścisnęła mocniej różdżkę. Nagle w oddali pojawiło się światełko rozświetlając ciemne ściany korytarza. Hermiona zaczęła iść w jego stronę w nadziei, że to jej przyjaciel je wyczarował. Jednak zbliżała się coraz bardziej, a światło oddalało się. Zaczęła biec. Nogi trzęsące się ze strachu odmawiały posłuszeństwa, więc potykała się, aż w końcu upadła ponownie. Leżała na zimnej posadzce skulona i trzęsąca się ze strachu. I nagle zdarzyło się coś, co zmroziło jej krew w żyłach. Światło wypełniło cały korytarz, a ona podniosła zaszklone oczy ku niemu. Wtedy to zobaczyła… Nadzy ludzie zwisający z sufitu patrzyli na nią zimnym, bezlitosnym wzrokiem. Ich ciała były zmasakrowane. Przerażona cofnęła się będąc wciąż na podłodze. Wtedy z oddali rozległ się demoniczny śmiech.
- Jesteś słaba Hermiono Granger – lodowaty ton sprawił, że ciało dziewczyny pokryły ciarki, a ona sama cofnęła się jeszcze bardziej. – Zawsze byłaś. A teraz patrz na tych, którzy przez ciebie zginęli…

***
- Nie! – kobieta obudziła się i z krzykiem podniosła na łóżku. Zegarek stojący na szafce nocnej tykał cicho, co było jedynym odgłosem wypełniającym skromną sypialnię. Spojrzała na godzinę – była 4.30.

Uspokajając szybko bijące serce Hermiona wstała i ruszyła w stronę łazienki. Który już ranek z rzędu tak wyglądał? Nie wiedziała. Straciła rachubę ile razy budziła się z okropnego koszmaru. Nie liczyła poranków wyglądających tak samo – zimny prysznic, ubranie się w pierwsze lepsze rzeczy, kilka filiżanek mocnej kawy i wpatrywanie się w widok za oknem. Nie była nawet w stanie czytać. Za każdym razem, gdy próbowała usiąść do lektury, oczy błądziły po kartkach nie rejestrując niczego. Wolała więc usiąść na parapecie i sącząc którąś z rzędu espresso, czym zastępowała jedzenie, patrzyć się tępym wzrokiem w horyzont. Monotonia. Uśmiechnęła się słabo. Tak wygląda moje idealne życie. Brawo Hermiono. Nie tak to sobie wyobrażałam. Pomimo tego, że samotność dokuczała jej, a ona sama widziała jak chudnie i stacza się na dno, nie mogła tego zmienić. Przyjaciele wielokrotnie oferowali jej pomoc, a ona? Odrzucała ją. Westchnęła odstawiając czwartą pustą filiżankę po kawie.

Może ja nie chcę pomocy?

A może na nią nie zasługuję?

***
Ronald Weasley leżał właśnie w ogromnym łóżku szepcząc do ucha pięknej blondynki czułe słówka, gdy jego telefon zaczął głośno domagać się uwagi. Westchnął i pocałował kobietę krótko, po czym owijając gołe ciało ręcznikiem wyszedł na taras.

- Halo? – mruknął zapalając papierosa, by po chwili zaciągnąć się mocno i wypuścić biały obłoczek dymu. Zauważył, że blondynka puszcza do niego zalotne oczko, więc pomachał jej.
- Ron, koniec urlopu – poinformował Harry zimnym głosem.

- Jak to koniec? – zirytowany rudowłosy usiadł naprzeciwko przestronnego okna podziwiając jak kochanka filuternie zakłada kolejne ubrania.

- Koniec, masz natychmiast wrócić do Anglii – warknął mężczyzna. – Co ty sobie kurwa wyobrażałeś? Że teraz, gdy mamy tę sprawę, ty uciekniesz sobie do Grecji, będziesz flirtował z dziwkami i opalał się na plaży? – w jego tonie słychać było pretensję.

- Uspokój się – syknął Ron gasząc niedopałek papierosa i dając szybkiego buziaka kobiecie, która przyszła się pożegnać. – Co się stało?
- Co się stało? –zironizował Harry. – To się stało, że Scrimgeour wysłał Herm zamiast Ciebie.

- I? – spytał od niechcenia Weasley jeszcze bardziej denerwując przyjaciela.

- Widzieliśmy rzeczy, na widok których ty zesrałbyś się w gacie! – wrzasnął wkurzony Potter. – Hermiona nie wytrzymuje psychicznie – dodał nieco spokojniej. – Ona nie jest aurorem, ty nim jesteś. Więc dzisiaj wsiadasz do pierwszego samolotu i lecisz do Anglii, rozumiesz?

- Tak – mruknął mężczyzna słysząc, że ton kolego nie toleruje sprzeciwu. – Idę się spakować. Pa. – rozłączył się i cisnął telefonem o podłogę tak, że ten rozpadł się na drobne kawałeczki.  Jak ja nienawidzę Hermiony.

*** 

 - Czyli od zakończenia szkoły nie widziałaś Dracona Malfoya? – spytał rzeczowym tonem szatyn wpatrując się w mopsowatą twarz kobiety siedzącej naprzeciwko. Pansy Parkinson niewiele się zmieniła. Jej czarne włosy były nieco krótsze i lepiej ścięte, ale rysy twarzy wciąż paskudne.
- A co powiedziałam? – mruknęła wyraźnie niezadowolona obecnością przystojnego mężczyzny Pansy. – Widywałam go przez jakieś pół roku, gdy czekał na rozprawę ojca. Mieszkał wtedy w Malfoy Mannor, a później zniknął – westchnęła upijając łyk z zimnej już cappuccino.

- Znasz kogoś, kto mógłby wiedzieć, gdzie on mieszka? – zlustrował kobietę ciemnobrązowymi oczami, lecz ona odpowiedziała mu tylko znudzonym wzrokiem.

- Zabini, ale pewnie już u niego węszyłeś. A poza nim nikt z naszego rocznika nie wie. Greengrass, Nott, Crabbe, Goyle… No chyba, że aurorzy mają na niego namiary, ale gdyby tak było, nie rozmawiałabym z tobą – uśmiechnęła się złośliwie, po czym dodała. – Nie bój się, on nie gryzie. No… Chyba, że odrobinkę – mówiąc to wstała i zapłaciła rachunek, po czym zostawiła zdziwionego Leonarda samego.

*** 

- Co masz zamiar zrobić? – młoda kobieta pochyliła się nad mahoniowym biurkiem, a jej długie blond włosy opadły łagodnie na smukłą twarz. Przyglądnęła się kopercie leżącej na gładkiej powierzchni blatu i ujęła ją w wąskie palce.
 - Nie wiem Amando – mężczyzna o szpakowatych włosach stanowczym ruchem wyciągnął list z dłoni towarzyszki wywołując tym oburzenie na jej twarzy.  – Liczyłem, że ty mi powiesz.

- Mam za ciebie podejmować decyzje? – spytała kąśliwie. – Kim ty jesteś, Rufusie, małym dzieckiem czy ministrem magii? – uśmiechnęła się złośliwie. Wiedziała, że to zdenerwuje mężczyznę, ale nie mogła się powstrzymać. Uwielbiała to robić.

- Amando, nie zaczynaj – warknął groźnie, po czym odetchnął i dodał cicho. – Wiesz, że potrzebuję twojej rady – spojrzał jej prosto w oczy. Patrzył  na nią z rezygnacją, czyli czymś, co nigdy nie było u niego spotykane.

-  Wiem Rufusie – usiadła w głębokim fotelu i sięgnęła po szklankę zimnej wody. Gdy upiła łyk, myśli stały się klarowne. – Nie możesz się zgodzić – stwierdziła nagle nie odrywając wzroku od płynu.

- Ale nie mogę też odmówić. Czytałaś…

- Tak, tak… - zamyśliła się. – Daj trochę czasu tej Granger. Może zaczekasz na powrót Leonarda? – uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie Leonarda. Ooo tak, to jest prawdziwy mężczyzna. Przypomniały jej się wszystkie upojne noce spędzone sam na sam z nim. Był wspaniały. Ale niedostępny. Mimo wszystko nie żałowała krótkiego romansu z nim. Nikt by nie żałował.

­- Skoro tak radzisz Amando – minister pokiwał w zamyśleniu głową i po chwili on też zajęty był swoimi myślami. A niektóre były bardzo brudne.

***
Teatr Wielki w Londynie otoczony był licznymi radiowozami, dziennikarzami i zwykłymi gapiami, którzy musieli wiedzieć co się stało. Teren budynku otoczony został taśmami policyjnymi, lecz gdy i to nie wystarczyło, poustawiano barierki. Każdy mieszkaniec Londynu słyszał o wybitnie okrutnym morderstwie, które niedawno miało tu miejsce. W tłumie panował hałas i gwar. Niektórzy próbowali dostać się bliżej budynku, jednak pilnujący porządku funkcjonariusze szybko wyłapywali takich „śmiałków”. Wśród licznych głosów wyróżnić można było lamenty osób, których bliscy byli jednymi z zamordowanych. No i byli jeszcze dziennikarze. Oni nie przejmowali się losem osób, które zginęły. Nie, oni nie współczuli rodzinom ofiar. Można by powiedzieć, że ich cieszyły wydarzenia sprzed dwóch dni.  

Do takich osób należała Rita Skiteer. Jej bujne, blond loki były jak zwykle idealnie ułożone. Nikt nie wiedział, jakim cudem pozostają one niezniszczone bez względu na warunki pogodowe. Na twarzy widniał precyzyjnie zrobiony makijaż składający się z dużej warstwy fluidu, pudru, różu, tuszu do rzęs, kredki do oczu i na koniec krwistoczerwonej szminki podkreślającej wykrzywione w grymasie niezadowolenia usta. Dlaczego była niezadowolona? Przebywanie wśród takiej liczby mugoli obrzydzało ją. Nienawidziła ludzi niemagicznego pochodzenia, co zresztą było widoczne w jej artykułach. Niestety, musiała napisać artykuł o wydarzeniu nazwanym Masakra w Teatrze Wielkim. Przeciskała się więc trzymając w dłoniach zaczarowany aparat wyglądający jak zwykła lustrzanka.  Nie zwracała uwagi na krzyki ludzi, których staranowała, lepsze zdjęcia oznaczały więcej premii. Gdy wreszcie dotarła do strefy odgrodzonej przez policję, odetchnęła z ulgą i pokazała załatwioną przez ministra magii przepustkę. Z gracją przeszła przez barierkę i po chwili mogła już w spokoju robić zdjęcia.

- Proszę pani – poczuła jak ktoś ciągnie jej żakiet i odwróciła się. Zobaczyła dziewczynkę mającą około 7 lat z jasnoblond włosami.

- Czego chcesz? – warknęła niezbyt uprzejmie, lecz dziecko zdawało się tym nie przejmować.

- Powie mi pani co się tutaj stało? – utkwiła swoje duże, niebieskie oczy na twarzy kobiety sprawiając, że dziennikarka odwróciła szybko wzrok i wydęła usta z zaciekawieniem.

- A dlaczego miałabym ci mówić smarkulo? Jestem w pracy, nie widzisz? – uśmiechnęła się wrednie i strzepnęła drobną dłoń dziewczynki, która wciąż trzymała jej żakiet.

- Bo widziałam jak jeden chłopiec wychodzi z tego budynku i zastanawia mnie jak on tam wszedł – odparła rozmarzonym głosem mała.

- Zaczekaj… - oczy Rity rozszerzyły się gwałtownie i błysnęły groźnie. – Mogłabyś mnie do niego zaprowadzić? – spytała jak najbardziej słodkim tonem

- Oczywiście – blondynka złapała dłoń kobiety i dodała. – Powie mi pani w drodze.

Nie wiedziały, że już nigdy nie wrócą. Przynajmniej nie we dwie.

----------

 Kolejny rozdział dodaję trochę wcześniej, ale to dlatego, że źle kliknęłam :P Jest to ostatni rozdział, który miałam w zapasie, więc kolejny dopiero po 21. Wyjazd jest bardzo fajny, mam co prawda mnóstwo siniaków, obolały tyłek, obtarte ręce... :D Ale nie jest źle. Pogoda też mogłaby być lepsza. :/ Mam nadzieję, że Wy też miło spędzacie wakacje ;)

Alicia*

środa, 10 lipca 2013

Rozdział 2 - Co się stało z Hermioną Granger?

Chuda, brązowowłosa kobieta cisnęła gazetą o biurko stojące w olbrzymim gabinecie.

- Proszę – syknęła mściwie patrząc na siwego już mężczyznę siedzącego w fotelu – masz to, czego chciałeś.

- Panno Granger proszę nie zapominać z kim ma pani do czynienia – uśmiechnął się złośliwie.

- Pieprzę to! – podniosła głos kobieta. Odgarnęła nerwowo loki odsłaniając tym samym oczy, wypełnione złością. – Jak mogłeś…

- Herm, uspokój się – mruknął  mężczyzna stojący obok niej. Popatrzył swoimi zielonymi oczami na ministra magii rozwijającego leniwie gazetę leżącą na mahoniowym biurku.

MASAKRA W TEATRZE WIELKIM

Dnia 02.02.2002r. w Teatrze Wielkim w Londynie zabitych zostało około 300 osób pochodzenia mugolskiego. Tego dnia o godzinie 20.00 miał się odbyć specjalny pokaz iluzjonistyczny przygotowany przez grupę The Magicians. Z zaufanego źródła wiemy, że grupa zaginęła w tajemniczych okolicznościach i nie dotarła na występ, jednak organizatorzy nie zostali o tym powiadomieni. Osoby przebywające tamtego dnia w teatrze zostały zamordowane w brutalny sposób, jednakże nie wszystkie ciała zostały odnalezione. Ministerstwo nie ma wątpliwości, że sprawca jest czarodziejem, nie ma jednak dokładnych informacji o nim. Wydarzenie to wywołało ogromny szok w społeczeństwie niemagicznym i z pewnością nie będzie łatwe do wyjaśnienia. W kolejnym numerze ujawnimy więcej informacji na ten temat.

Mark Seetle

  
Mężczyzna odłożył gazetę i popatrzył zimnym wzrokiem na czarnowłosego aurora stojącego przed nim.
- Panie Potter proszę mi zrelacjonować akcję. Pani Granger niech w tym czasie usiądzie i będzie cicho – jego ton był beznamiętny, ale stanowczy. Kobieta z rezygnacją opadła na krzesło obite miękkim materiałem.

- Przybyliśmy na miejsce o godzinie 20.05 i udaliśmy się do drzwi głównych, które były zamknięte. Próbowaliśmy wszystkiego – Alohomory, Solvite*, Sufflabo*, ale nic nie działało. Wtedy zauważyłem drzwi dla służby i weszliśmy przez nie. Na korytarzu zgaszono światła, a garderoby były opuszczone, wtedy…

- Tak, to dziecko… - mruknął minister do siebie przerywając aurorowi. – Panno Granger, teraz pani – nie zauważył mrożącego spojrzenia, którym go zmierzyła.

- Ono… Nie było normalne – głos szatynki zadrżał. – To znaczy najpierw mówił głosem przerażonego dziecka, a później… - urwała i spojrzała w dal. – Później stał się nieobecny. Miał głos dorosłego mężczyzny. Sądzę, że sprawca, kimkolwiek był, zrobił to specjalnie. To znaczy on chciał, żebyśmy trafili na to dziecko. Nie powinniśmy go ignorować. On może być niebezpieczny – szepnęła, a Rufus skinął głową na znak, że zrozumiał.

- A o której godzinie weszliście do środka? – zwrócił głowę w stronę Harry’ego.

- O jakiejś 20.20. Po drodze zastawił dużo pułapek, więc nie było tak łatwo się dostać do Sali głównej. No i pozamykał drzwi tak, że musieliśmy iść jedyną możliwą drogą – czarnowłosy spojrzał na towarzyszkę, która natychmiast zbladła. – Drogą, którą dla nas przygotował…

- Proszę mówić dalej – powiedział stanowczym głosem minister, gdy zobaczył, że Harry przerwał.

- Tam były porozwieszane różne części ciała, ludzie…  - wspomnienia pojawiły mu się przed oczami, a głos załamał. Pomimo tego, że był aurorem od 5 lat, nigdy nie widział czegoś równie okropnego. – Zwisali z sufitu, głowy porozwieszane na ścianach, a na ścianie był napis z krwi. „Jeżeli chcecie ocalić resztę, wiecie co robić.” – oczy ministra błysnęły dziwnie. Ale nikt tego nie zauważył. Nikt nie podejrzewał bowiem, że ten człowiek może mieć tyle tajemnic.

A chował ich naprawdę wiele.

***
Gdy wyszli z gabinetu, Hermiona szarpnęła towarzysza tak, że patrzył jej prosto w oczy. Zmierzyła go wściekłym spojrzeniem tak, że ten aż zadrżał.

- Dzwonisz do Rona i mówisz mu, żeby ruszył to swoje dupsko i wracał z cieplutkiej Grecji do Anglii – syknęła.

- Ale Herm…

- Nie ma żadnego ale! – wrzasnęła ściągając na siebie ciekawskie spojrzenia sekretarek leniwie popijających kawę. Puściła ramię mężczyzny i odetchnęła. – Harry, przez jego urlop musiałam tam wczoraj iść i widzieć te okropne rzeczy! Teraz nie będę mogła zasnąć ze świadomością, że tam zginęli niewinni ludzie! Odkąd skończyła się wojna mam koszmary, śpię po 3, może 4 godziny. Nie po to wybrałam bycie magomedykiem, żeby teraz znów to przeżywać! – jej oczy zaszkliły się. – Przepraszam, ale ja naprawdę nie mogę – wyszeptała, a przyjaciel przytulił ją.

- Herm, rozumiem Cię – powiedział uspokajającym głosem gładząc ją po włosach. – Przecież mówiłem ci, że możesz u nas zamieszkać, dlaczego tego nie zrobisz? Mieszkając samotnie bardziej sobie szkodzisz – odsunął ją od siebie i popatrzył na nią pytająco.
- Ja… Ja po prostu chcę być sama, Harry. Przykro mi – powiedziała krótko i zostawiła mężczyznę samego znikając w windzie.

***
Zabójczo przystojny mężczyzna siedział nonszalancko w fotelu wpatrując się intensywnie w ogień palący się w kominku. Jego platynoweblond włosy były ułożone w nieładzie i idealnie komponowały się z bladą cerą. Twarz nie wyrażała żadnych uczuć, była jak kamienna maska. Jedynie w stalowoszarych oczach widać było chłód. Przystawił szklankę z bursztynowym płynem do ust i upił duży łyk. Wreszcie cisza i spokój. Odstawił szklankę na stolik i przeciągnął się, sprawiając, że miękki fotel zapadł się jeszcze bardziej. Nagle wstał i podszedł do pięknie zdobionego kredensu, na którym leżała sterta książek i jedno zdjęcie. Nad kredensem wisiało duże, oprawione w złotą ramę lustro. Spojrzał w swoje odbicie. Cienie pod oczami były efektem długiego braku słów. Zapadnięte policzki – nerwów i dużej ilości ognistej whisky. Mężczyzna wykrzywił usta w ironicznym uśmieszku i spojrzał na obraz.

- Popatrz kim się stałem – szepnął wpatrując się w osobę patrzącą na niego ze zdjęcia. Nie odpowiedziała. Nic dziwnego, przecież to zdjęcie.

Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi.

- Wejść – mruknął, po czym znów usiadł w fotelu.

Do pomieszczenia wszedł służący i kłaniając się nisko oznajmił służbowym tonem:

- Pan Zabini prosi o spotkanie. Mówi, że to pilne – wyprostował się i cierpliwie czekał na odpowiedź.

- Wpuść go – oznajmił blondwłosy, po czym przygotował drugą szklankę i zaczął nalewać do nich trunek z karafki. Po chwili ujrzał wchodzącego czarnoskórego mężczyznę.

- Smoku – przyjaciele przywitali się i zasiedli naprzeciwko siebie.

- Co cię do mnie sprowadza Zabini? – zaczął ironicznym tonem gospodarz. – Z tego co słyszałem masz mało czasu.

- Może i mało, ale dla ciebie zawsze się trochę znajdzie – odparł z uśmiechem Blaise. – Poza tym mam informacje, które mogą cię zainteresować…
- Informacje? – blondyn podniósł brew i spojrzał na towarzysza – Jakie informacje?

- Wiedziałem, że cię zainteresują – Diabeł uśmiechnął się wrednie. – Ale niekoniecznie ucieszą… 

- Przestan chrzanić i przejdź do rzeczy – zirytował się.
- Dobrze, dobrze. Ministerstwo zaczęło węszyć, byli wczoraj u mnie. 

- Czego chcieli? – Malfoy ożywił się nagle.

- Chciał – sprecyzował czarnoskóry uśmiechając się tajemniczo. – Nasz przyjaciel Leonard chciał wiedzieć, gdzie jesteś. Rozkaz ministra.
- Tylko tyle wiesz? – zmierzył wzrokiem kolegę siedzącego naprzeciwko.

- Chyba nie wierzysz w moje możliwości – Zabini pokiwał głową z politowaniem. – Potrzebują twojej pomocy przy sprawie nazwanej ILUZJA. Słyszałeś o tym?
- ILUZJA? Nie, pierwsze słyszę – zamyślił się i zmarszczył brwi. – O co chodzi?

- Ach, w Teatrze Wielkim w Londynie jakiś czarodziej wyrżnął 300 mugolaków. Potter i Granger mieli go powstrzymać, ale…

- Granger? – przerwał mu Draco. – Ona nie jest magomedykiem?

- Jest, ale Wiewiór pojechał na urlop i musieli poprosić ją o pomoc – uśmiechnął się pod nosem. – Ponoć zrobiła mu o to niezłą aferę.

- I niby chcą mojej pomocy? – mruknął.

- Taa, mają za mało aurorów. Albo za słabych – przyjrzał się nic nie zdradzającej twarzy przyjaciela i dodał. – Co zrobisz?
- W końcu mnie znajdzie. Mógłbym uciekać, ale mi się nie chce. – zamyślił się. – Mógłbym też zabić Leonarda, ale to bez sensu… Pogadam z nimi – mruknął zrezygnowany.

- Załatwić ci spotkanie z ministrem? – Zabini podniósł się z fotela.

- Nie, pobawię się nieco z Leonardem – uśmiechnął się mściwie i wymienił porozumiewawcze spojrzenie z przyjacielem.

- Ooo tak, zabawy nigdy za wiele. Tylko nie rób niczego głupiego. – powiedział sarkastycznie, po czym wyciągnął z kieszeni gazetę i cisnął ją na stolik. – A tu masz lekturę na wieczór. Pa smoku.

***
Harry wszedł do domu i ściągając płaszcz odetchnął. Wreszcie koniec misji. Wreszcie w domu. Usłyszał kroki dochodzące ze schodów, a po chwili przed nim pojawiła się Ginny.

- Och, jak dobrze, że jesteś – pocałowała go czule i pomogła odwiązać szalik. – Martwiłam się.

- Wiem – uśmiechnął się do niej. – Ale teraz tu jestem – pogładził jej włosy.

- Chodź, napijemy się czegoś – rudowłosa pociągnęła go w stronę salonu, gdzie nalała wina do kieliszków i usiadła na kanapie wtulając się w tors męża. – Czytałam Proroka…
- Ach, no tak – westchnął, po czym opowiedział jej całą misję.

Ginny słuchała uważnie cały czas wpatrując się w obraz wiszący nad kominkiem. Gdy Harry skończył opowieść, zapadła cisza.
- Jak się trzyma Hermiona? – spytała wreszcie.

- Źle. I to bardzo – wiedział, że żona niepokoi się o los przyjaciółki. Wiedział też, że taka odpowiedź ją zmartwi, ale nie chciał kłamać. – Bardzo schudła, prawie widać jej żebra. No i mało śpi, bo ma cienie pod oczami. Do tego zamartwia się wojną, a ta misja… - podrapał się po głowie. – Ta misja ją dobiła. Szczególnie to, co zobaczyliśmy.

Ruda jęknęła cicho i spojrzała w oczy męża. Patrzyła na niego z żalem i współczuciem. Po chwili wyszeptała:

- Co się stało z naszą Hermioną? – zapadła głucha cisza.

Nikt nie wiedział. Nawet ona sama.
*Solvite, Sufflabo - są to zaklęcia wymyślone przeze mnie na potrzeby bloga, niszczą daną rzecz (są po łacińsku)
----------
Oto jestem i przybywam z samego rana, aby dodać kolejny rozdział :) Mam nadzieję, że się podoba pomimo braku akcji. W tej historii wymyśliłam bardzo dużo wątków i dopiero później zaczną się łączyć. Trzeci rozdział mam już napisany, ale nie wiem czy dodać go wieczorem. :/ Chyba jeszcze przemyślę tę kwestię, bo jutro wyjeżdżam na dość długo. Chciałam podziękować za 2 komentarze, co może nie jest rekordową liczbą, ale bardzo mnie cieszy :) Mam nadzieję, że jest bez większych błędów, bo sama sobie betowałam, ale jeżeli zauważycie coś, pisać śmiało ;)
Alicia*