Pierwszą rzeczą, którą zauważyła po przebudzeniu, był
kremowy sufit. Później doszły do tego biurko, regał z książkami, odznaki
powieszone na ścianie, stoliczek ze szklanką wody i sofa, na której leżała.
Delikatnie uniosła się na łokciach, ale po chwili znów opadła na miękkie obicie
kanapy. Głowa bolała ją niemiłosiernie, a nogi i ręce odmawiały posłuszeństwa.
Zmarszczyła brwi próbując sobie coś przypomnieć, ale nadaremno. W głowie miała
jedną wielką pustkę. Gdzie ja jestem?
Nagle dziewczyna usłyszała miękki, damski głos, który
brzmiał znajomo…
- Znalazłam ją w opuszczonym mieszkaniu. Była cała blada i
zmarznięta – głos stawał się coraz bardziej wyraźny. – Mówiła coś o dwóch
mężczyznach – drzwi do pokoju otworzyły się i stanęła w nich niska, pulchna
kobieta. Miała małe, niebieskie oczy, podkreślone zbyt dużą ilością tuszu do
rzęs i jasnofioletowego cienia do powiek. Usta pomalowała obficie różową
szminką, co dało dość komiczny efekt. Ubrana była w obcisłą, białą koszulę i
elegancką spódnicę. Patrząc na nią widziało się pannę Piggy w postaci ludzkiej.
Obok niej stał wysoki mężczyzna o groźnych rysach twarzy ubrany w mundur
policyjny. – Myślałam, że maja…
- Proszę przestać – powiedział ostro policjant. – Obudziła
się – dodał i podszedł do dziewczynki, która wlepiła w niego swoje niebieskie
oczy. – Jak się czujesz?
- Dobrze – skłamała i z dużym wysiłkiem podniosła się do
pozycji siedzącej. Sięgnęła po szklankę wody i aby odwrócić uwagę mężczyzny od
trzęsących się dłoni, uśmiechnęła się.
- Ja jestem sierżant Jim, a to pani Samantha – powiedział
już łagodniej, a niska kobietka podeszła
bliżej i popatrzyła na dziewczynkę z
troską. – A ty jak się nazywasz?
- Laura Owen – odparła cieniutkim głosem i dodała. – Gdzie
jestem?
- Na komisariacie policji, zostań tutaj, a ja coś sprawdzę –
odciągnął Samanthę na bok i powiedział jej coś, ale dziewczynka nie usłyszała
co. Pokiwała głową, a Jim wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. Kobieta już
otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale dziewczynka ją ubiegła.
- Mogę iść do toalety? – popatrzyła na kobietę błagającym
wzrokiem. To spojrzenie zawsze działało i tym razem było tak samo.
- Oczywiście – westchnęła. – Idź prosto do poczekalni, a
później skręć w prawo. Tylko się nie zgub! – krzyknęła gdy szczupła sylwetka
dziewczynki zniknęła już z pola widzenia.
Laura szła powoli starając się zauważyć jak najwięcej
szczegółów. Komisariat urządzony był w stylu skromnym, ale schludnym. Mijała
mnóstwo jednakowych drzwi, prowadzących do różnych gabinetów. Nagle jej uwagę
przykuły drzwi, które wyróżniały się na tle innych. Były innego koloru niż
pozostałe i widniała na nich duża, lśniąca tabliczka z napisem Christopher
Freachman. Na pierwszy rzut oka wyglądały zwyczajnie, ale dziewczyna zauważyła
w nich coś dziwnego. Nie potrafiła jednak określić co to było. Nawet nie
wiedziała ile wpatruje się w ich gładką powierzchnię, gdy usłyszała w oddali
głos sierżanta Jima. Oderwała wzrok od drzwi i szybko omiotła wzrokiem
korytarz. Głos stawał się coraz bardziej wyraźny, więc szybkim krokiem ruszyła
w stronę poczekalni.
Gdy wreszcie doszła do celu, zamurowało ją. Na krześle
siedział mężczyzna z burzą czarnych włosów i charakterystycznymi okularami. Ten
sam, którego widziała w mieście. Obok niego rudowłosy mężczyzna przykładał lód
do podbitego oka i mówił coś do
towarzysza. Dziewczynka minęła ludzi siedzących w poczekalni i znalazła miejsce
6 siedzeń dalej od mężczyzn. Wzięła ze stolika gazetę i udając, że czyta
słuchała ich rozmowy.
- Ile ta baba może załatwiać formalności?! – rudowłosy
mężczyzna nie krył swojego oburzenia. – Mam ciekawsze sprawy niż siedzenie na
komisariacie – dodał i zaczął pieczołowicie oglądać swoje ręce w poszukiwaniu
obrażeń.
- Ron, uspokój się – odparł ten drugi. – Za chwilę powinna
przyjść, trochę cierpliwości – ziewnął i przetarł zmęczoną twarz.
Mężczyźni zakończyli krótką konwersację i każdy z nich zajął
się własnymi myślami. Laura również. To, że spotkała tego mężczyznę nie było
przypadkiem. Muszę z nim porozmawiać. Jednak
oznaczało to ucieczkę z komisariatu i bycie poszukiwaną… I tak nie mam nic do stracenia. Po prostu wyjdę i będę ich śledzić,
może nikt nie zauważy.
- Przepraszam, że tak długo – z zamyślenia wyrwał ją
słodziutki głos recepcjonistki w obcisłym stroju, która uśmiechnęła się
kokieteryjnie do mężczyzn i wręczyła im jakieś papiery. – Mamy dziś urwanie
głowy – zachichotała, po czym odeszła kręcąc ponętnie biodrami.
- Chodź Ron, zmywamy się – mruknął czarnowłosy szturchając,
gapiącego się na kobietę, kolegę. Ten skrzywił się oburzony, ale zabrał swoje
rzeczy i po chwili oboje zniknęli za drzwiami.
Dziewczyna ostrożnie odłożyła gazetę i rozejrzała się.
Otaczający ją ludzie nie zwracali na nią uwagi, a recepcjonistka prowadziła
żywą dyskusję z sekretarką. Łatwizna. Nie
zwlekając podniosła się i ruszyła w stronę wyjścia. Odetchnęła głęboko i
ruszyła za oddalającymi się sylwetkami mężczyzn układając w głowie plan
rozmowy. To na pewno nie jest przypadek.
Uśmiechnęła się do siebie czując, że ma rację.
***
- NIE INTERESUJE MNIE TO! – mężczyzna wrzasnął zwracając na
siebie uwagę osób dookoła. Jedną ręką trzymał telefon komórkowy, a drugą
potrząsał gniewnie. – Nie możecie pisnąć ani słówka o tych porwaniach – dodał ściszając
głos.
- Panie ministrze, plotki już się rozeszły – odpowiedział głos
po drugiej stronie linii. Był to głos mężczyzny, lekko ochrypnięty i z nutką
irytacji. – Nie pisząc o tym pozwolimy na rozprzestrzenianie się różnych
głupich teorii…
- Nie! – twarz Rufusa zrobiła się czerwona. – Jeśli dopuścisz
do jakiejkolwiek wzmianki o tym w Proroku, obiecuję ci, że zostaniesz z niczym –
syknął gniewnie. – Rozumiemy się?
- Tak, panie ministrze – odparł posłusznie mężczyzna.
- To wspaniale Rogerze – minister uspokoił się, a na jego
twarzy pojawił się paskudny uśmieszek triumfu. – I takiego cię lubię – dodał wrednie,
po czym rozłączył się i wsunął telefon do kieszeni marynarki. Poprawił drogi,
bordowy krawat i ruszył w stronę gabinetu z tabliczką „Christopher Freechman”. Może to spotkanie poprawi mi humor. Przybrał
charakterystyczny dla siebie kamienny wyraz twarzy i zapukał do drzwi.
***
- Jestem do bani – Leonard jęknął żałośnie i wypił duży łyk drinka
stojącego na ladzie obskurnego baru. Skrzywił się. Drink był paskudny. Chciał
wziąć wódkę, ale musiał jeszcze trochę powęszyć, a bycie pijanym nie pomagało w
myśleniu. No, ale czego można się spodziewać po lokalu, w którym barman to łysy
mężczyzna, który dopiero wyszedł z więzienia, a goście to bezzębni rybacy i
grube gospodynie domowe?
- Oj, widzę, że coś pana trapi – odezwał się staruszek,
który do tej pory zajęty był przyglądaniem się swojej szklance z ciepłym już
piwem. – Może mógłbym pomóc?
- Nie sądzę… - nagle w oczach Leonarda coś błysnęło. –
Chociaż tak. Widział pan może mężczyznę o platynowoblond włosach i szarych
oczach? Jest wysoki i dobrze zbudowany, ubiera się w drogie rzeczy.
- Hmm… Niech no pomyślę… - staruszek podrapał się po
zmarszczonym czole. Długo wpatrywał się w blat, aż nagle podskoczył uradowany. –
O, mam! Widziałem ostatnio w lesie mężczyznę w czarnej szacie… Nie widziałem
twarzy, ale spod kaptura wystawały mu blond włosy. To było obok starej
leśniczówki – dodał i dopił złoty płyn ze szklanki. – No, ja muszę już iść –
poklepał mocno Leo po plecach i szybkim, koślawym krokiem odszedł.
Uradowany wieściami szatyn postanowił nie marnować czasu i
od razu ruszył w kierunku opuszczonej leśniczówki. Wędrówka nie należała do
przyjemnych – ciemny i ponury las był całkowicie pusty, a prażące słońce w
połączeniu z zapachem wilgoci sprawiało, że było w nim niezmiernie duszno.
Leonard nie należał do osób strachliwych, ale mimo wszystko szedł szybkim
krokiem. Po 30 minutach wędrówki krajobraz zmienił się, drzewa rosły tutaj
rzadziej, co pozwoliło promieniom słońca oświetlić gęstwiny, a na miejscu ziemnej
ścieżki pojawiła się żwirowa dróżka. Mężczyzna odetchnął z ulgą, choć nie
przyznałby się do tego głośno. Teraz krzaki stawały się coraz rzadsze,
zastępowała je wysoka trawa. Leo nie wiedział ile już idzie, ale czuł, że
leśniczówka jest coraz bliżej, bo dróżka stawała się coraz bardziej wyraźna i
szersza.
Wreszcie dotarł pod ogromną, zardzewiałą już bramę z tabliczką „Nadleśnictwo
Romborn”. Pchnął ją delikatnie, a ona uchyliła się z głośnym zgrzytem od
którego dostał gęsiej skórki. Rozejrzał się dookoła. Leśniczówka była dość
mała, cała zbudowana z drewna. Drzwi były wyrwane z zawiasów, ale jakimś cudem
utrzymywały się jeszcze w ramie. Okna były popękane i pokryte warstwą pajęczyny
oraz pyłu, a niektóre już dawno uległy całkowitemu zniszczeniu. Otaczająca
domek roślinność robiła co chciała, bluszcz porastał gęsto południową ścianę,
krzaki róży były wyschnięte na wiór, trawa sięgała kolosalnych rozmiarów, a
drzewa nie miały ani jednego listka. Całość tworzyła widok jak z horroru, tylko
w świetle dziennym. Czyżby to tutaj
schował się Malfoy?
- Nie – zza pleców Leonarda rozległ się ironiczny śmiech.
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie, jednak nie zobaczył nikogo.
- Kto tu jest? – spytał głupio starając się, aby jego głos
brzmiał stanowczo.
- Oj, doskonale wiesz, kto – tym razem Leonard nie odwrócił
się. – Nie bój się, nie ucieknę – dodał rozbawiony.
- Czego chcesz Malfoy? – szatyn powoli odwrócił się i
zobaczył osobę, której nie chciał widzieć. Draco Malfoy stał oparty o ściankę
leśniczówki i z charakterystycznym dla siebie uśmieszkiem palił papierosa.
- Czego ja od
ciebie chcę? – uniósł brew. – Wydaje mi się, że to ty, Leonardzie, uganiałeś
się po całym Londynie i przepytywałeś wszystkich, aby mnie znaleźć – blondyn
zdawał się świetnie bawić. – Czyżbyś zatęsknił?
- Minister zatęsknił za jego wiernym pieskiem – odgryzł się Leonard,
ale po chwili tego pożałował. Blondyn upuścił papierosa i po chwili już
przykładał różdżkę do gardła szatyna.
- A ja myślałem, że się zmieniłeś – pokiwał głową z
politowaniem. – Cóż, chciałem być miły – uśmiechnął się perfidnie i po chwili
Leonard upadł na ziemię z krzykiem.
- Przestań… - wydusił z siebie. – P… PROSZĘ!
- Oj, nie rzuciłem jeszcze Cruccio, a ty już ryczysz jak
malutka dziewczynka… - blondyn kopnął leżącego mężczyznę, a jego żebra złamały
się z głośnym trzaskiem. – Masz szczęście, bo powinienem cię zabić za to, co
zrobiłeś – wysyczał gniewnie i przerwał czar, po czym dodał – Ach, nie bój się,
odwiedzę ministra – po tych słowach ruszył wolnym krokiem w stronę lasu.
Leonard obserwował zamglonym wzrokiem oddalającą się
sylwetkę blondyna. Jego powieki opadały coraz bardziej, a jego myśli stawały
się niewyraźne. Szanse na to, że ktokolwiek go odnajdzie były nikłe, ale w
świecie czarodziei nic nie jest niemożliwe. Ostatkiem sił wyciągnął różdżkę i z
wielkim wysiłkiem wyszeptał:
- Expecto patronum… - w jego głowie pojawił się obraz
czarnowłosej dziewczyny leżącej bez ruchu wśród gruzu i popiołu. Na jej białej
bluzce widniała ogromna plama krwi. Oczy miała zamknięte, a na jej twarzy
widniał spokój. To ona była jego
szczęśliwym wspomnieniem. Jego Elisabeth…
Po chwili z różdżki wystrzelił piękny, srebrny kocur i
zniknął w odmętach gęstwin lasu…
***
W małym, schludnym gabinecie samotnie siedziała brązowowłosa
kobieta uważnie czytając jakieś papiery. Jej chaotyczny kok był już dość
zniszczony, więc pojedyncze pasemka opadały na bladą, zmęczoną twarz.
Czekoladowe oczy czytały tekst w bardzo szybkim tempie nawet na chwilę się od
niego nie odrywając. Kobieta była tak pochłonięta swoim zajęciem, że nie zauważyła,
gdy do pokoju ktoś wszedł.
- Długo tutaj siedzisz? – zdziwiona brązowowłosa odwróciła
się i zobaczyła stojącą w progu koleżankę.
- O, Gin – wymamrotała podnosząc kubek kawy i patrząc na
zegar – była 22.30. – Po co przyszłaś?
- Chciałam z tobą pogadać – ruda popatrzyła na przyjaciółkę
błagalnym wzrokiem. – Chyba mi się to należy po tylu latach…
- Dobrze, poczekaj tylko chwilkę – westchnęła zrezygnowana
Hermiona. Skoro jej koleżanka przyszła specjalnie tutaj, nie było szansy na
odmowę, a ona nie miała dzisiaj sił na kłótnie. Wstała i ściągnęła fartuch
magomedyka, po czym zaczęła układać papiery na biurku. Gdy skończyła, założyła
wiszący na stojaku płaszcz, zabrała torebkę i razem z Ginny wyszły ze szpitala
św. Munga.
Wsiadły do taksówki, a ruda podała adres kawiarni, która
znajdowała się niedaleko. Przez całą drogę siedziały w ciszy, co cieszyło
Hermionę, a denerwowało Ginny. Po 20 minutach jazdy, samochód zaparkował pod
niewielką, ale przytulną kawiarenką w spokojnej okolicy. Gdy weszły do środka, poczuły
jak fala gorąca przyjemnie ogrzewa ich ciała. Szybko ściągnęły płaszcze i
zajęły miejsce przy oknie, z którego rozciągał się widok na park.
- Jak się czuje Harry? – spytała beznamiętnym głosem
Hermiona wpatrując się w plac zabaw.
- Dobrze – odparła ruda uważnie przyglądając się
przyjaciółce. Hermiona faktycznie schudła, było to widać po jej zapadniętych
policzkach. Bardzo martwił ją stan koleżanki, ale wiedziała, że ten temat jest
dość ryzykowny. Postanowiła jednak zaryzykować. – Herm, czy ty w ogóle jesz?
Albo śpisz? Wyglądasz okropnie… - urwała. – Martwię się…
- Nic mi nie jest – Hermiona uśmiechnęła się gorzko i
spojrzała przyjaciółce w oczy. – Straciłam rodzinę, chłopaka, mam co noc
koszmary, mieszkam samotnie… - w jej oczach zaszkliły się łzy, ale uśmieszek
nie zniknął z jej twarzy. – Nie, Gin, nic mi nie jest.
- Herm, zawsze możesz na mnie liczyć…
- Możemy zmienić temat? – szatynka znów odwróciła wzrok
nerwowo stukając palcami o blat. W jej tonie czuć było irytację.
- Oczywiście – niechętnie przytaknęła Ginny.
Reszta spotkania przebiegała według jednego schematu – Ginny
zadawała pytanie, a Hermiona odpowiadała zdawkowo. Gdy wybiła 23.30, kobiety
pożegnały się i każda ruszyła w swoją stronę. Rudowłosa proponowała koleżance,
że ją odprowadzi, ale ta odmawiała mówiąc, że „nic się nie stanie”. W efekcie szła teraz opustoszałymi uliczkami
Londynu. Mijała właśnie Cross Street, gdy z tyłu dobiegł ją zachrypnięty głos:
- Zabawimy się, ślicznotko? – do jej uszu dobiegł obleśny
śmiech i po chwili poczuła, jak mocne, spocone ręce chwytają ją w pasie.
Pisnęła zaskoczona i po chwili poczuła mocny odór alkoholu, papierosów, taniej
wody kolońskiej, brudu i potu. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka.
Próbowała się wyrwać, jednak napastnik był silniejszy. Po chwili poczuła jak
dłonie mężczyzny brutalnie ściskają jej piersi. Była przerażona i nie mogła nic
zrobić. Poczuła, że do jej oczu napływają łzy…
I nagle oślepił ją blask czerwonego światła. Poczuła jak
ręce pijaka odrywają się od niej, a ktoś łapie ją w silne ramiona i szepce coś
do ucha. Powoli otworzyła oczy i spojrzała na wybawiciela. To, co zobaczyła,
kompletnie ją zszokowało. Przed nią stała ostatnia osoba, jakiej by się
spodziewała…
***
Klub The White Lion należał do ulubionych Amandy. Puszczali w nim fajną muzykę, drinki były pyszne, no i goście też niczego sobie. Kobieta odwiedzała go zawsze, gdy miała jakiś problem i chciała odpocząć. Tak też było dzisiaj. Siedziała przy barze sącząc powoli drinka i przyglądając się szalejącym na parkiecie ludziom. Widziała miny mężczyzn dookoła rozbierających ją wzrokiem, ale nie przeszkadzało jej to. W końcu nie bez powodu założyła czarną skórzaną sukienkę i czerwone, dziesięciocentymetrowe szpilki. Klasycznie, ale bardzo skutecznie. Uśmiechnęła się pod nosem. Uwielbiała być w centrum uwagi. No, ale dzisiaj nie znalazła jeszcze godnego partnera do tańca, więc zaczęła przeczesywać tłum wzrokiem w poszukiwaniu przystojnych sztuk.
- Nie słyszałaś o tym? Wszystkie sławne osoby zaczęły
znikać! Najpierw Rita Skiteer, później Emily Forrester, Tony Pierce*… - z
zamyślenia wyrwał ją głos kobiety siedzącej obok, która z wypiekami na twarzy mówiła
coś swojej towarzyszce. – A to i tak nie wszyscy…
- Jak to? – zdziwiła się druga. – Kto miałby to robić?
Przecież sama-wiesz-kogo już nie ma! – dodała cichym szeptem.
- Nie mam pojęcia – wzruszyła ramionami. – Sądzę, że jest
więcej rzeczy, o których ministerstwo nie chce mówić. Oj, szykuje się coś złego…
- pokiwała głową w zamyśleniu, po czym jak gdyby nigdy nic zajęła się
obgadywaniem gości.
Amanda wstała i szybko zapłaciła barmanowi. Wyszła z klubu
nocnego i w pośpiechu aportowała się do domu. Wpadła do środka i nie zapalając
nawet światła napisała na świstku:
Musimy się jak
najszybciej spotkać. Jutro o 6.00 u Ciebie. Jest źle.
A.C.
- Leć do Rufusa – szepnęła przyczepiając chaotycznie liścik
do nogi puchacza, a gdy odleciał ona opadła z cichym jękiem na kanapę.
Szykują się kłopoty.
*Sławne osoby wymyślone przeze mnie.
---------
Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, to dla mnie bardzo ważne :*
No i dziękuję cioci Venik za reklamę ^^
Pozdrawiam wszystkich :D
Alicia*