Hej wszystkim!
Cieszę się, że wróciłam i jest tam wciąż te 'kilka' osób, które czytają.
Ostatnio dość sporo się działo i widzę jak zmienił mi się styl pisania. Dlatego postanowiłam zrobić ogromną, poprawioną i odnowioną wersję pdf z poprzednimi rozdziałami :) Ma to też służyć przypomnieniu sobie, jak się pisze (tak, muszę się rozruszać...), ale jeśli ktoś byłby zainteresowany otrzymaniem takiej wersji - napiszę, gdy będzie gotowa, a wtedy każdy kto poprosi mailowo/przez gg/w komentarzu dostanie ją bez problemu :)
Kolejna sprawa - miniaturka 'Lepsze życie'. Proponowałam 18+, prawda? Wtedy uważałam to za dobry pomysł. Ale zgadzam się ze słowami 'Abstynent nigdy nie powinien pisać o piciu' i dlatego wybaczcie, ale takiej sceny nie będzie, a jeśli wyjdzie taka konieczność to bardzo... uboga.
Mam też pomysł na kolejną miniaturkę, jest ona inspirowana prawdziwą historią, ale trudno mi to przelać na Dramione. Dlatego potrzebuję trochę czasu.
A na koniec zapowiedź czegoś, co bardzo, ale to bardzo chciałabym zrobić. Otóż sprawdziłam daty i za niedługo mija rocznica zaczęcia bloga. Nic wielkiego, tym bardziej, że miałam przerwy itd., ale postaram się coś dla was napisać na tę okazję :) Jakieś propozycję/prośby?
No i wesołych wakacji ode mnie. Cieszycie się, nie możecie doczekać wyjazdów?
Piszcie co sądzicie o tej plątaninie myśli, to naprawdę pomaga :) A ja chętnie czytam.
Buziaki,
Alicia*
piątek, 27 czerwca 2014
niedziela, 22 czerwca 2014
Miniaturka 3 - Połączyła nas znienacka...
To wszystko zaczęło się pewnego dnia w piątej klasie, gdy przez przypadek znalazłam się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Wszystkie kolejne wydarzenia jedynie wszystko komplikowały. Sekrety chowane przed przyjaciółmi mnożyły się. A ja stawałam się coraz bardziej rozdarta.
Poznajcie opowieść o pewnej osobie, która wiele dla mnie poświęciła, choć nie miała ku temu najmniejszego powodu. O osobie, która znienawidzona przez wszystkich i przekreślona, mnie wydała się inna. O osobie, która stała się dla mnie ważniejsza niż ktokolwiek inny.
***
Po tragicznym wydarzeniu pod koniec Turnieju Trójmagicznego większość czarodziei, czy tego chciała, czy nie, musiała pogodzić się z myślą, że Voldemort żyje. I że okropne wydarzenia sprzed parenastu lat powtórzą się, a historia zatoczy koło.
Sama też nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli, ale za każdym razem gdy kwestionowałam sens walki, mówiłam do siebie: “Nie możesz zostawić przyjaciół i wszystkich czarodziei walczących o wolność. Nie możesz się tak po prostu poddać.” i powtarzałam to jak mantrę dopóki nie nabrałam z powrotem sił. I gdyby nie to, najprawdopodobniej nie przetrwałabym piątej klasy. Ciągła walka z Umbridge, działanie w Armii Dubledore’a, nauka i pomaganie młodszym uczniom, których terror Różowej Damy dotknął bardzo mocno, były wykańczające. Ale pod koniec każdego dnia kładłam się spać z uśmiechem na ustach, wierząc, że damy radę coś zmienić. Musimy coś zmienić.
Gdy nadszedł grudzień wszystkich pocieszyła wizja spędzenia choć tygodnia z rodziną. Święta były takim momentem, gdy na chwilę zapominaliśmy, że Voldemort śmieje się z nas głośno za plecami. I to było w nich właśnie cudowne - udawanie, że wszystko jest dobrze.
Wydarzenie, w którym nie powinnam była uczestniczyć, miało miejsce tuż po powrocie z ferii świątecznych. Tamtego dnia, zdenerwowana kolejnym pokazem władzy Umbridge, wymknęłam się z zamku. Błonia wyglądały tego dnia pięknie. Drzewa, całe pokryte śniegiem, uginały swoje gałęzie i pochylały się w stronę jeziora, jakby składały hołd. Pożyczyłam pelerynę niewidkę Harry’ego i już miałam ją ściągać po odejściu na bezpieczną odległość, gdy zobaczyłam męską sylwetkę siedzącą na oblodzonym kamieniu nad brzegiem wody. Coś mówiło mi, żeby odpuścić i wracać do środka, ale zanim zdążyłam się zastanowić, stałam już w odległości bliskiej na tyle, by widzieć postać wyraźnie. Był to Draco Malfoy. Bez Zabiniego, Crabbe’a, Goyle’a, ani Pansy, którzy wszędzie za nim chodzili. Tylko on.
Muszę przyznać, było coś fascynującego w tym melancholijnym, a zarazem żałosnym obliczu Malfoya. Włosy i ubrania chłopaka były całe przemoknięte od padającego puchu i wyraźnie marzł. Nie rzucił nawet czaru na pokryty grubą warstwą kamień. W niczym nie przypominał chłopaka, który paradował, bo tak to się tylko dało określić, korytarzami tej szkoły. Nie mogłam zdecydować co czułam. Nie cierpiałam go, ale teraz czułam się jak intruz. Zobaczyłam coś, czego nie powinnam. Naruszyłam jego intymność oglądając tę scenę załamania. Czułam nienawiść i gorycz wszystkich obelg, które padły z jego ust, ale gdy widziałam cierpienie w jego oczach, byłam prawie skłonna wszystko mu wybaczyć. A na dodatek brzydziło mnie moje uprzedzenie do niego, a ono nie chciało zniknąć. I tak moje uczucia zataczały koło i wracały do punktu wyjścia.
Nie było mowy o ujawnianiu się. Jakkolwiek bardzo blondyn pragnąłby towarzystwa, wiedziałam, że odrzuciłby mnie. I wstydził się tego, co widziałam. Nie zrozumiałby, że ta scena pokazała mi jego ludzką twarz. I nie musiał, bo nie miałam zamiaru tego wykorzystywać.
Jego sylwetka zniknęła dopiero po północy.
***
- A temu co się stało? - Harry pomasował ramię i zmrużył ze złością oczy wbijając je w sylwetkę blondyna oddalającego się powoli.
- To Malfoy, przecież wiesz Harry... - powiedziałam cicho, starając się nadać temu obojętny wydźwięk. Od wydarzenia nad jeziorem minął rok. Nikt nie wiedział.
- A ty wiesz o co mi chodzi, Hermiono - odparował szeptem brunet. - Siniaki? Rozcięcie na twarzy? - chłopak pokręcił głową. - Wygląda jak sprawka śmierciożerców...
- Dość tego, Harry! - tupnęłam ze złością. - Cały czas zajmujesz się szukaniem drugiego dna! Jego ojcem jest, do cholery jasnej, Lucjusz Malfoy! Wyciągnij logiczne wnioski! - poprawiłam pasek torby na ramieniu i z furią ruszyłam do toalety Jęczącej Marty.
Odchodząc, czułam na sobie zaskoczony wzrok przyjaciół. Wiedziałam, że wymieniają spojrzenia mniej więcej wtedy, gdy mijałam salę historii magii. Ale nie zatrzymałam się nawet, gdy usłyszałam Rona mówiącego:
- Czy ona powiedziała ‘cholera jasna’?
***
Mój wybuch na korytarzu był wystarczająco ostry, żeby Harry i Ron przestali wyciągać temat Malfoya. Przynajmniej przy mnie.
Bal Bożonarodzeniowy u Slughorna był dla mnie torturą. Harry łasił się do profesora eliksirów jak kot proszący o przymak, a ja połowę zabawy spędziłam chowając się przed Cormaciem. Gniew na Rona przeszedł mi już dawno, a z perspektywy czasu nie potrafiłam zrozumieć dlaczego tak bardzo mi na nim zależało, że chciałam wzbudzić w nim zazdrość. I teraz za to płaciłam.
Wymknęłam się przed toastem, zaraz po krótkiej pogawędce z Nevillem. Zdradził mi, że Cormac mówił coś o eliksirze w moim kieliszku i jego zniewalającym uroku osobistym. Wystarczyło, żebym cicho opuściła imprezę. I znów znalazłam się w nieodpowiednim miejscu.
- Ja muszę to zrobić! On wybrał mnie! - drżący głos wyrażał czystą desperację. Chłopak oddychał ciężko i zaciskał łzy z gniewem. Kątem oka dostrzegłam, jak podciąga rękaw koszuli odsłaniając czarną plamę w kształcie czaszki...
Gdy dotarło do mnie, co przed chwilą zobaczyłam, wciągnęłam głośno powietrze i przycisnęłam mocniej plecy do ściany.
- Wiesz, że nie dasz rady, Draco! - syk Snape’a sprawił, że podskoczyłam w miejscu. On nie zauważył, ale w oczach blondyna coś błysnęło. Tylko na sekundę.
Natychmiast się wycofałam. Ostrożnie stawaiając kroki ruszyłam do pokoju wspólnego Gryfonów. Nie zdążyłam dojść nawet na 4 piętro, gdy nagle ktoś pociągnął mnie do pustej klasy. W ostatniej chwili zdusiłam okrzyk, ale i tak poczułam dłoń na ustach. Męską dłoń.
- Tylko nie uciekaj jak idiotka, Granger - cichy syk za uchem nie wydawał mi się specjalnie groźny, ale i tak podskoczyłam w miejscu.
- Nie będę, Malfoy - odpowiedziałam, gdy ucisk dłoni zelżał. Odwróciłam się powoli i przybrałam spokojną minę. Nie chciałam udawać, że jestem teraz górą, ani tym bardziej, że ta sytuacja mnie cieszy.
Moja torba upadła cicho na podłgę. Książki, które postanowiłam schować ‘na wszelki wypadek’, schowane przy użyciu zaklęcia zmniejszająco-zwiększającego, zagrzechotały gdzieś na dnie. Blondyn nie skrzywił się, jak to miał w zwyczaju, ani nie rzucił kąśliwej uwagi. Ręce mu drżały, ale wysoko podniósł podbródek. Bał się mnie - pomyślałam. Bał się, że doniosę o tym, co słyszałam. Cały czas patrząc mu w oczy wyciągnęłam różdżkę i odłożyłam ją na zakurzonym stole.
- Co słyszałaś? - jego głos był dużo wyższy niż zwykle.
- Coś, czego nie powinnam - odpowiedziałam. Złapałam się na patrzeniu mu prosto w oczy, które wyjątkowo nie kipiały nienawiścią do mnie. Dziś ich szarość rozjaśniła się trochę. Zauważyłam szybko podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową chłopaka, a także drżące dłonie, które zacisnął w pięści.
Nie odwzajemnił wzroku, odwrócił się i podszedł do brudnego okna. Oparł się o parapet milcząc. Poczułam się winna.
- Nikomu nie powiem.
Te trzy słowa wydawały się uderzyć w blondyna niczym piorun. Oderwał się od parapetu i kierując czujny wzrok na mnie spytał:
- Dlaczego? Masz każdy możliwy powód, żeby mnie nienawidzić!
Zrozumiałam. Nie ufał mi i teraz myślał, że próbuję go oszukać. Był jak zwierzę złapane w sidła - bezradny, przerażony i zagubiony.
Tyle, że ja nie chciałam być myśliwym.
- Owszem, ale to twoje życie, Draco.
Na dźwięk swojego imienia źrenice chłopaka poszerzyły się gwałtownie. Nic nie powiedział.
- I twoje decyzje - dodałam, schylając się i podnosząc torbę. Podniosłam też różdżkę i schowałam ją do kieszeni.
Byłam już przy drzwiach, gdy usłyszałam głos chłopaka:
- Dlaczego to robisz?
Odwróciłam się przez ramię i pokręciłam głową.
- Bo wierzę, że gdzieś tam w środku, choćby nie wiem jak głęboko, jesteś człowiekiem - odpowiedziałam krótko.
I uciekłam.
***
Dni w kryjówce zakonu feniksa wlekły się niemiłosiernie. Każda kolejna sekunda, minuta, godzina przyprawiały zebranych w małym budynku czarodziei o jeszcze większą frustrację. Po prawie roku chowania się przyszedł moment, kiedy wszyscy byli gotowi do walki, chcieli walczyć, ale nie mogli.
Większość z nich nie znała przyczyny, dla której zarząd, a w tym ja, postanowił wciąż czekać. Dlatego chodziłam teraz między zebranymi w pokoju głównym ludźmi i starałam się dodać im otuchy. Jedynie to mogłam im oferować.
- Susan, już lepiej z twoją ręką? - zwróciłam się do rudowłosej, a ona odpowiedziała mi słabym, ale prawdziwym uśmiechem.
- Tak Hermiono, świetnie ją opatrzyłaś - odpowiedziała puchonka. Byłam wobec niej pełna podziwu. Nie przypominała już w niczym Susan Bones, która w pierwszej klasie bała się tiary przydziału. Bardzo schudła, nabrała teraz kobiecych rysów twarzy. Ale największą przemianę przeszła pod względem charakteru - w akcji odzyskiwania pojmanych przez śmierciożerców mugoli ryzykowała własne życie, aby ratować będącego z nią partnera. Resztkami sił wywlekła go z płomieni i teleportowała się. Do kryjówki dotarła ze zmasakrowaną na wskutek jakiegoś paskudnego zaklęcia ręką. A gdy mogła już chodzić od razu pobiegła pomagać innym rannym.
- Hermiono, zebranie w gabinecie Minerwy - cichy szept Rona zmusił mnie do posłania Susan przepraszającego uśmiechu.
Szybkim krokiem szliśmy do głównego miejsca spotkań zarządu. Gdy weszliśmy, zauważyłam, że wszyscy już byli w środku - Ginny, Harry, Neville, Luna, Snape, państwo Weasley i inni.
- O, dobrze, że już jesteście - powiedziała McGonaggal, której głos wydawał się być dziwnie zaniepokojnony. - Severusie, możesz zacząć.
Harry posłał mi dziwne spojrzenie, którego nie mogłam rozgryźć. Neville nie patrzył na mnie wcale, a Ginny błyszczały oczy. W pomieszczeniu panowała dziwna atmosfera.
Severus Snape wyszedł na środek i omiótł wszystkich wzrokiem.
- Zaatakują Hogwart dziś wieczorem - oznajmił, co wywołało gorączkowe szepty. - A my im przeszkodzimy.
***
- Jesteś pewna, że dasz radę sama? - uśmiechnęłam się do Ginny, która kolejny raz zadawała mi to pytanie. W oddali co chwilę błyskały zaklęcia i słychać było odgłosy walki, a my stałyśmy na skraju zakazanego lasu i rozmawiałyśmy, być może po raz ostatni.
- Tak, Gin. Poradzę sobie - odpowiedziałam zatrzymując łzy. Nie chciałam pokazywać jej, że tak naprawdę boję się jak diabli. Że pogodziłam się już ze śmiercią.
Ruda również zdusiła szlochnięcie, widziałam, jak niespokojnie drży jej klatka piersiowa. W końcu nie wytrzymała i już po chwili obejmowała mnie mocno. Za to ją kochałam, rozumiała mnie jak siostra. I teraz, w środku Bitwy o Hogwart, wiedziała, że potrzebuję tego uścisku.
- Obiecaj, że wrócisz cało - wyszeptała przez łzy.
Uśmiechnęłam się smutno i skrzyżowałam palce za jej plecami, ale ona tego nie widziała.
- Obiecuję.
***
Wyobrażałam sobie tę chwilę od bardzo dawna, ale dopiero teraz miałam okazję zobaczyć jak mylne były moje przewidywania. Wiedziałam, że otaczać mnie będą krzyki ofiar i oprawców. Huk potężnych zaklęć zderzających się na jednej linii. Łomot gruzów, kiedyś części Hogwartu, odpadających od nadmiaru magii. Jednak w wyobrażeniach to wszystko było tylko nazwami, pustymi frazesami.
Idąc przez Zakazany Las na samotną misję poczułam, co oznacza wojna. Każdy krzyk, każda złamana gałąź sprawiała, że zamierałam, a moje myśli natychmiast płynęły ku Dumbledore’owi i innych zmarłych. Bałam się śmierci. Nie mogłam sobie wyobrazić, że ot tak światło zgaśnie, a Hermiona Jean Granger będzie już jedynie imieniem na nagrobku.
Mimo, iż znajdowałam się z daleka od głównych walk, śmierć wisiała w powietrzu. Czułam ją każdym centymetrem drżącego ciała. Zadarłam głowę do góry i zacisnęłam mocniej dłoń na różdżce. Do mojego celu było już niedaleko.
Obóz szmalcowników widoczny był już z daleka. Według Snape’a mieli być puszczeni do walki dopiero przy drugiej fali, więc Zakon postanowił zdusić ich jeszcze w zarodku. Jako, że pierwsza fala była bardzo brutalna, a szmalcownicy, będący grupą przypadkowo zebranych huliganów i zafascynowanych Voldemortem idiotów, postanowiono nie tracić na nich wiele sił. I takim oto sposobem, uzbrojona w kilka bomb ogniowych i gazowych oraz różdżkę, szłam teraz do ich obozu.
Zgodnie ze słowami Severusa przebywali oni na otwartej polanie, ukucnęłam więc w gąszczu krzaków i ukryłam się za drzewem skąd miałam idealny punkt obserwacyjny. Rozbito trzy namioty, potraktowane zapewne zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym, więc pomieścić mogły około 30 szmalcowników. Kolejnych pięciu siedziało przy ognisku. Oceniając odległość i ich przewagę liczebną nie miałam najmniejszych szans, ale element zaskoczenia działał tutaj na moją korzyść. Założyłam pelerynę niewidkę, po czym zaczęłam zakradać się do miejsc, w których położyć miałam bomby.
Po kilkunastu minutach pozostała mi już ostatnia bomba. Zgodnie z planem rzuciłam w stronę lasu zaklęcie, skąd po chwili rozległ się głośny trzask.
- Ej, co to... - jeden z wartowników zerwał się budząc przy tym drzemiącego obok kolegę.
- Uspokój się, jesteśmy w końcu w lesie - mruknął ten drugi, a ja umieściłam ostatnią bombę na miejscu.
To był ten moment. Mogłam zaczynać.
Rzuciłam zaklęcie aktywujące praktycznie nie odwracając się. Biegłam jak najdalej, aby nie dosięgnęła mnie fala uderzeniowa. Usłyszałam kolejno: wybuch bomb gazowych, krzyki wartowników, wybuch bomb ogniowych i krzyki szmalcowników uwięzionych w namiotach. Zrzuciłam z siebie pelerynę niewidkę i zaczęłam rzucać na niedobitków zaklęcia. Plan zakładał unieszkodliwienie ich, ale z jak najmiejszą liczbą ofiar. Rzuciłam więc zaklęcie na namioty tak, że skurczyły się, a wejścia scaliły. Siedzący w środku szmalcownicy mieli być uwięzieni na tyle długo, aby gaz zaczął działać i pozbawił ich przytomności na co najmniej dobę.
I wtedy stało się coś, czego nie przewidywaliśmy w planie. Z małej ścieżki za obozem wybiegać zaczęła cała grupa szmalcowników. Widzieli mnie. I zamierzali mnie zabić.
Instynktownie zaczęłam biec w głąb lasu, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że w ten sposób ściągnę ich tylko do Hogwartu. Skręciłam ostro w prawo nie zwalniając tempa. Rzucałam za siebie zaklęcia nawet nie patrząc, czy kogoś trafiły. Nie wiedziałam, ile trwał pościg, ale w pewnym momencie zapadła cisza. Z bijącym mocno sercem przykucnęłam za dużym głazem i czekałam.
Głośny trzask gałęzi i paskudny śmiech mężczyzny sprawiły, że w końcu zrozumiałam.
Byłam w pułapce.
Kolejne wydarzenia były tak szybkie, że pamiętałam tylko niewielkie przebłyski świadomości. Najpierw oślepiający, czerwony błysk i mój krzyk odbijający się echem od drzew. Niebieski promień uderzający z którejś strony. Szmalcownicy uciekający we wszystkie strony. I postać w czarnym kapturze, spod którego wystawały blond pasemka.
Zapach leśnej ściółki mieszający się z drogimi perfumami otumaniał mnie. Klatkę piersiową przeszywał rozdzierający ból paraliżujący wszystko. Już na skraju przytomności poczułam dotyk silnych, męskich dłoni.
- Jesteś moim aniołem? - wymamrotałam w amoku.
- Tak. I zawsze będę - odpowiedział mężczyzna głosem, który skądś znałam.
Zanim jego słowa zdążyły do mnie dotrzeć, ciemność ogarnęła mnie ze wszystkich stron.
***
Obudziłam się na wąskim łóżku polowym w ciemnym pomieszczeniu. Nie widziałam nic poza wąskim snopem światła padającym na obdrapaną ścianę. Czułam zapach wilgoci i zgnilizny.
Próbowałam unieść się na ramionach, ale ból w klatce piersiowej zapłonął na nowo i pchnął mnie brutalnie w dół. Z mojego gardła wyrwał się cichy jęk, który i tak kosztował mnie dużo sił.
Kompletnie nie wiedziałam co się stało.
Udało mi się dojść do kilku pocieszających wniosków. Żyłam. Cokolwiek stało się w Zakazanym Lesie, ktoś zdołał mnie uratować i przenieść tutaj. Byłam więc jako tako bezpieczna.
Musiałam tylko nie panikować i wydostać się z budynku, a później znaleźć drogę do Hogwartu. Nie wiedziałam jednak jak wstać, a o chodzeniu nie było już mowy, zaczęłam więc szukać różdżki w kieszeni.
Gdy tylko poczułam gładką olchę, serce zwolniło rytm, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Miałam ogromne szczęście. Już po chwili myślałam o moich rodzicach, a z końca różdżki wypłynęła niebieska chmura formująca się powoli w kota.
- Znajdź pomoc, kochany - wyszeptałam, a zwierzę pokiwało łepkiem i z gracją ruszyło w dal.
Poświata, którą za sobą zostawiało, pozwoliła mi przyjrzeć się pomieszczeniu dokładniej. Była to niewielka piwniczka, światło wpadało tu jedynie przez niewielkie lufciki znajdujące się tuż przy ziemi. Nie mogłam jednak wychwycić żadnych szczegółów na zewnątrz, które pomogłyby mi zlokalizować miejsce, w które ktoś mnie przeniósł. Zgadywałam jedynie, że wciąż znajdowałam się na terenie Zakazanego Lasu, najprawdopodobniej w jednym z podziemnych skrytek zbudowanych w myśli o gajowych, którzy zmuszani byli czasem do nocowania z dala od zamku.
Dziękuję Batildo Bagshot - zaśmiałam się w duchu.
- Chłopaki, zdawało mi się, że widziałem patronusa - głos mężczyzny dobiegał z daleka. Poznałam go od razu, to był Seamus.
- Halo, tu jestem - krzyknęłam najgłośniej jak umiałam, co wywołało atak okropnego kaszlu. Natychmiast zganiłam się w myślach za głupotę i zaczęłam strzelać różnymi zaklęciami.
Poskutkowało. Już po chwili oślepiły mnie światła czterech różdżek, a ja opadłam spokojnie na posłanie.
- Hermiona? - zdziwiony chłopak dał reszcie grupy znak, że teren jest bezpieczny. Tamci natychmiast podbiegli do mnie i zaczęli rzucać zaklęcia sprawdzające, czy coś mi się stało, i ochronne. - Dasz radę wstać? - spytał, gdy zauważył, że mam problemy z uniesieniem ręki.
Pokiwałam jedynie głową na znak, że nie. Nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek była tak słaba.
- Greg, Loyd, pójdziecie przodem i będziecie nas osłaniać. Ja i Tom będziemy nieść Hermionę, okej?
Nikt nie zaprotestował. Już po chwili poczułam, jak Seamus podnosi mnie i delikatnie przerzuca przez ramię.
Podróż mijała spokojnie, szybkie i rytmiczne kroki Seamusa kołysały mnie tak, że śniłam na jawie. Wydawało mi się, że widzę jednorożce przebiegające przez polanę. Nieco dalej, że słyszę demoniczny chichot Bellatrix. Nagle zatrzymaliśmy się. Seamus i Tom rozmawiali. Szybko i cicho. Po chwili poczułam, jak ktoś owija mnie w koc, a ktoś inny bierze w ramiona. Było mi gorąco i czułam pot spływający mi po twarzy, ale trzęsłam się z zimna. Powieki przymykały mi się coraz bardziej.
Ciemność ogarnęła mnie ponownie.
***
- Hermiono...
Skąd w Zakazanym Lesie zapach wanilii i truskawki?
- Hermiono, halo...
Od kiedy Seamus ma tak delikatne dłonie?
- Hermiono, słyszysz mnie?
Przyzwyczajenie się do światła zajęło mi chwilę. Wciąż zdezorientowana, zobaczyłam parę intensywnie zielonych oczu. I burzę rudych loków.
- Na merlina, Hermiono! - Ginny przytuliła mnie mocno. A ja, nie wiedząc jak, zaśmiałam się cicho.
Przyjaciółka puściła mnie w końcu, pozwalając mi tym samym na podniesienie się. Udało mi się usiąść bez wywołania fali kaszlu. A ból w klatce piersiowej był już tylko znośny.
- Martwiliśmy się - ruda uśmiechnęła się do mnie z ulgą i pomogła wstać. Wtedy zauważyłam stojących obok Neville’a i Lunę, trzymających się za ręce.
- Co się stało... ? - wychrypiłam, a chłopak, ku mojej uldze, podsunął mi butelkę wody. Zaczęłam łapczywie pić.
- Seamus i jego oddział cię tu przynieśli - zaczęła tłumaczyć Ginny. - Byłaś w okropnym stanie. Trzęsłaś się, nie byłaś w stanie ruszyć palcem, a w dodatku majaczyłaś. Najprawdopodobniej trafiono cię jakąś paskudną klątwą... - urwała, patrząc na Neville’a.
- Hermiono, pamiętasz, co stało się w Zakazanym Lesie? - spytał cicho chłopak.
Oderwałam się od butelki wody i zmrużyłam oczy próbując przywołać wspomnienia.
- Wiem, że wysadziłam obóz zgodnie z planem... Ale wtedy kolejna grupa wybiegła z przeciwnej strony i zaczęłam uciekać - każde kolejne słowo przychodziło mi z trudem, ale nikt nie naciskał. - Otoczyli mnie... Dałam się nabrać. Ich przywódca mnie trafił - urwałam, gdyż przed oczami pojawiła mi się paskudna gęba szmalcownika wykrzywiona w uśmiechu. Po plecach przeszły mi ciarki.
Zobaczyłam, jak ruda daje niemy znak Neville’owi, a on oddala się w stronę pani Pomufrey opatrującej rannych. Luna, wyraźnie czymś zaniepokojona, pobiegła w stronę drzwi wejściowych.
- Posłuchaj, Herm - Ginny zniżyła głos do szeptu. - Gdy rozstałyśmy się przy Zakazanym Lesie, dołączył do mnie Harry. Usłyszał o twojej samotnej misji i nieźle się wkurzył, ale poszedł ze mną walczyć na zamku. Wtedy ktoś zauważył dym, i ogień, i doniósł nam o tym. Ale kiedy nie wracałaś... - dziewczyna pokręciła głową. - Harry był gotów biec do ciebie natychmiast, ja tak samo. Ale pierwsza fala była zbyt mocna, nie byliśmy w stanie przedrzeć się nawet do drugiego końca zamku, a co dopiero z niego wyjść... - czułam w jej głosie wyrzuty sumienia. Ścisnęłam jej tylko dłoń na znak, że rozumiem. - Później Ron się dowiedział. Chciał iść, ale wtedy znikąd pojawił się Snape i mu zabronił. Zamiast tego wysłaliśmy Seamusa. On dotarł na miejsce, gdzie cię otoczyli, udało mu się wyłapać niedobitków, ale po tobie nie było ani śladu - urwała, gdy Neville powrócił z niewielką buteleczką w dłoni i jej ją podał. Skinęła głową i kontynuowała - Idąc z powrotem natknął się na Toma i resztę, którzy robili za zwiadowców. A dalszą część znasz sama...
Wlepiła we mnie wzrok, a ja wciąż analizowałam to, czego przed chwilą się dowiedziałam.
- Hermiono... - wniosek, który sformułowałam w głowie wypływał właśnie z ust rudej. - Kto uratował cię przed szmalcownikami? I dlaczego nie odniósł wprost do nas, tylko schował w kryjówce?
Zapadła krótka cisza. Intensywnie przeszukiwałam zakamarki pamięci szukając odpowiedzi na nurtujące zarówno ją, jak i mnie, pytanie. Jedyne, co mogłam sobie przypomnieć to...
- Miał czarny kaptur - powiedziałam wreszcie, a źrenice Ginny rozszerzyły się. - I... Czułam perfumy. Drogie - dodałam, jakby to miało jakieś znaczenie.
Przyjaciółka nie skomentowała tego, pokiwała jedynie w zamyśleniu głową. Tożsamość mojego wybawiciela była faktycznie nurtująca, ale nie najważniejsza.
- To połączenie eliksiru uspokajającego i wzmacniającego - z wdzięcznością przyjęłam od niej buteleczkę. - Chodź do reszty, sporo cię ominęło gdy spałaś.
***
Spotkanie z przyjaciółmi było szybkie i raczej niespokojne. W drodze do gabinetu dyrektora, w którym aktualnie naradzał się zarząd Zakonu Feniksa, dowiedziałam się, że Voldemort postanowił zwlekać i ‘miłosiernie’ dał nam czas na wyleczenie ran. Główny szpital zebrał się w Wielkiej Sali. Idąc przez nią uświadomiłam sobie, jak duże żniwo zebrało postawienie się tyranowi. Widziałam kolegów ciężko rannych, w żałobie, a co najgorsze - martwych. Pomimo dużej liczby zebranych osób panowała tam, o ironio, grobowa cisza.
Wracałam już sama, miałam odszukać gdzieś Rona i przekazać wiadomości z zakonu. Postanowiłam pójść korytarzem w lochach, które przetrwały atak prawie nietknięte, a później wyjść na powierzchnię i przez błonia dojść do drugiego wejścia wieży astronomicznej.
Rzadko kiedy przebywałam w tej części Hogwartu, zazwyczaj zarezerwowana była ona dla ślizgonów. Drogę znałam tylko teoretycznie, ale ufałam swojemu instynktowi. I to właśnie przez instynkt skręciłam w prawo tam, gdzie powinnam była iść prosto.
Najpierw usłyszałam kroki, a później zobaczyłam postać w czarnej szacie idącą szybkim krokiem prosto przede mną. Serce zaczęło mi bić mocniej i przyspieszyłam, aby dogonić tajemniczego mężczyznę.
- Przepraszam, poczekaj! - krzyknęłam cicho, gdy zauważyłam, że postać przyspieszyła.
Słowa te dały przeciwny skutek, mężczyzna zaczął biec, a ja za nim. Nie rozumiałam, dlaczego pragnął pozostać anonimowy. I nie mogłam znieść tej niewiedzy.
- Zaczekaj, błagam! - krzyknęłam ponownie, tym razem mój głos miał żałosny wydźwięk. Nagle poczułam, jak pod wpływem wysiłku siły, nieodzyskane jeszcze w pełni po ataku, opuszczają mnie, a przed oczami ciemnieje.
Podłoga wydała mi się nagle dziwnie bliska. Było chwilowe osłabienie, niegroźne, ale wystarczyło, aby postać odwróciła się.
Patrzyłam mu prosto w oczy. Ich szarość była dziś wyjątkowo smutna.
Zanim się obejrzałam, mężczyzny już nie było. Pozostałam sama z eksplozją myśli w głowie.
I rozdartym sumieniem.
***
- Panie i panowie! W tym specjalnym dniu pragnęłabym powitać troje ludzi, dzięki którym stoimy tu i świętujemy - głos Minerwy McGonaggal wypełnił Wielką Salę, która dzisiaj przeszła dramatyczną transformację w salę balową. Ściany pokryte zostały specjalnymi czarami, dzięki którym zmieniały one swój kolor w zależności od potrzeby. Teraz były płynnym połączeniem pomiędzy czterema barwami domów Hogwartu, które bez magii byłoby nie do uzyskania. Miało to symbolizować jedność, którą wszyscy czarodzieje, bez względu na pochodzenie, stali się w obliczu ataku Voldemorta. - Ludzi, którzy zaryzykowali wszystkim i własnymi siłami odnaleźli wszystkie horkruksy, i znaleźli sposób na ostateczne pokonanie Voldemorta.
Taras, na którym znajdowałam się wraz z Harrym i Ronem rozbłysnął światłami, a zgromadzeni ludzie zaczęli entuzjastycznie klaskać. Ich euforia udzieliła się i mnie, roześmiałam się cicho i mocniej ścisnęłam dłonie Harry’ego i Rona.
- Harry Potterze, chłopcu, który przeżył... - zaczęła na nowo kobieta. - Dziękujemy, że nie poddałeś się do ostatniej chwili. Że gotów byłeś poświęcić własne życie dla nas, jak i przyszłych pokoleń.
Oklaski rozbrzmiały na nowo, słychać było również liczne okrzyki. Harry wystąpił do przodu i dygnął skromnie. Był przytłoczony sławą, która spadła na niego po Bitwie o Hogwart.
- Ronaldzie Weasley, dziękujemy, że byłeś wiernym przyjacielem do samego końca i nawet, gdy emocje sięgnęły zenitu, wykazałeś się ogromną odwagą na polu walki.
Teraz to Ron wyszedł do przodu i również dygnął nieśmiało. Cały promieniał, ale zasługiwał na to. Jako jedna z nielicznych wiedziałam na jak wiele prób wystawiła go wojna i jak wielką metamorfozę przeszedł.
Gdy tłum uspokoił się, poczułam ucisk w brzuchu.
- I na koniec, pannie Hermionie Granger, jednej z najwspanialszych uczennic i najmądrzejszej z czarownic, dziękujemy za pokazanie, że wiedza i spryt potrafią być kluczowe na polu bitwy - zauważyłam, jak kobieta posyła mi uśmiech.
Oklaski rozbrzmiały na nowo, a ja na drżących nogach wystąpiłam do przodu i ukłoniłam się delikatnie.
- A teraz bawmy się! - Minerwa klasnęła w dłonie sprawiając tym samym, że światła zgasły, a ściany zmieniły kolor na hipnotyzujący turkus. Rozległy się liczne okrzyki zachwytu.
Piosenka, która zaczęła lecieć nosiła tytuł ‘You’ll always stay in my mind’.
Zaśmiałam się ironicznie i dałam porwać szałowi nocy.
***
Nie miałam pojęcia, kto wpadł na pomysł balu maskowego, ale byłam mu bardzo wdzięczna.
Jednym machnięciem różdżki przywróciłam mojej sukni pierwotny kolor, a po założeniu maski byłam incognito, co okazało się bardzo wygodne.
Na ten wieczór chciałam wyglądać naprawdę specjalnie. Sukni szukałam przez pare miesięcy, aż w końcu trafiłam na tę jedyną w niewielkim butiku w Londynie. Była czarna z refleksami srebra. Ginny, która pomagała mi w wyborze nie była przekonana do tego koloru, uważała, że jest zbyt smutny. Nie wiedziała jednak, że głęboko w moim sercu siedział cierń, którego nie mogłam wyciągnąć.
Szukałam go wszędzie, ale po Bitwie o Hogwart dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Tuż po zakończeniu wojny spędziłam dwa tygodnie w zamknięciu w obawie, że mógł zginąć, a ja nie miałam nawet szansy mu podziękować. Jednak gdy pojawił się raport z imionami wszystkich ofiar, jego imię i nazwisko na niej nie figurowało.
To tchnęło we mnie nadzieję, której starczyło na trzymiesięczne poszukiwania. Wszystko robiłam cicho i w tajemnicy, na próżno. Poddałam się dopiero tydzień przed balem, ale i to przyszło mi z trudem.
- Czy mogę prosić do tańca? - usłyszałam aksamitny męski głos, a po chwili ujrzałam wyciągniętą do mnie dłoń.
Ujęłam ją bez słowa wpatrując się intensywnie w twarz nieznajomego. Próbowałam dostrzec jakikolwiek szczegół, ale ciemność panująca na sali skutecznie mi w tym przeszkadzała.
- Samotna? - spytał, gdy obrócił mnie w piruecie i opierałam się o jego klatkę piersiową.
- Sama - odpowiedziałam zalotnie i usłyszałam cichy śmiech towarzysza.
- Czyli jestem szczęściarzem? - drążył.
Muzyka przyspieszała, a my wraz z nią. Nasze oddechy stawały się coraz szybsze, a ja poczułam się jak w jakimś transie. Nie umiałam wytłumaczyć co się dzieje.
- Tylko jednym z wielu - rzuciłam niby obojętnym głosem. - Poza tym to tylko jeden taniec - dodałam.
Nagle poczułam jak mężczyzna odwraca mnie z powrotem. Gwałtownie, ale bardzo delikatnie przyciągnął mnie bliżej, na odległość kilkunastu centymetrów. Gdzieś w oddali błysnęło światło, tylko na ułamek sekundy, ale zdążyłam ujrzeć parę szarych oczu wpatrujących się we mnie z pożądaniem.
- Skoro to tylko jeden taniec... - wyszeptał nachylając się do mnie - to dlaczego tańczymy już od 15 minut?
Mój mózg zdawał się działać bez kontroli, już po chwili poczułam, jak chwytam jego twarz w dłonie. On uśmiechnął się tak, jak to miał w zwyczaju - ironicznie i pociągająco.
- Dziękuję, Draco... - wyszeptałam, ale zanim zdążyłam skończyć on uciszył mnie namiętnym pocałunkiem.
Rozkoszowaliśmy się swoją obecnością, miłością, która połączyła nas znienacka, i do której tak długo nie chcieliśmy się przyznać.
Nie potrzebowaliśmy słów. To, co działo się między nami było wystarczającycm przypieczętowaniem uczuć, które eksplodowały.
Już po chwili poczułam, jak chłopak unosi mnie i idzie w bliżej nieokreślonym kierunku, nie odrywając swoich spragnionych pieszczot ust od moich. Nie wiedziałam gdzie się znajdujemy, ani co się dzieje, jego bliskość była jak narkotyk, a ja go potrzebowałam.
Gdy przerwał pocałunek, otrzeźwiałam nieco, zauważyłam, że znajdujemy się w opuszczonej sali, a on patrzy na mnie i z czułością gładzi mój policzek.
- Miałabyś coś przeciwko opuszczeniu tej imprezy? - spytał, a ja zaśmiałam się tylko.
Po chwili teleportowaliśmy się, aby spełnić upojną noc.
Noc, która wynagrodzić nam miała kilka straconych lat.
***
Obudziły mnie promienie słoneczne wpadające przez szerokie okno do pokoju.
Poruszyłam się niespokojnie na łóżku, ale natychmiast zatrzymała mnie ręka Dracona. Przyciągnął mnie do siebie zdecydowanym ruchem i wyszeptał:
- Nie uciekniesz, Granger.
Zaśmiałam się przypominając sobie sytuację w klasie, kiedy mówił to zupełnie innym głosem. Odwróciłam się, aby wreszcie móc zobaczyć go w pełnym świetle i upewnić się, czy to się dzieje naprawdę.
Leżał z przymkniętymi powiekami i oddychał miarowo. Jego włosy potargane były we wszystkie strony, zapewne przeze mnie, co dodawało mu łobuzerskiego wyglądu. Miał szczupły, nagi tors, na którym zauważyłam pojedynczą bliznę ciągnącą się po lini żeber aż do pasa achillesa. Dotknęłam jej opuszkiem palca zwracając tym samym na siebie pytający wzrok blondyna.
- Ach, to - stwierdził krótko, ale w końcu ugiął się. - Pamiątka po cioci Bellatrix - mruknął, a ja już nie naciskałam.
- Wiesz, Hermiono... - ujął jeden z moich loków między palce i powoli zaczął się nim bawić. - Gdy znalazłem cię w Zakazanym Lesie poczułem coś, czego wtedy nie mogłem opisać... - urwał, a ja zauważyłam ból w jego oczach. - Trzymałem cię w ramionach, byłaś taka słaba, cała drżałaś... I wtedy coś we mnie wstąpiło, zacząłem ciskać zaklęciami we wszystkie strony, a oni tylko padali jeden po drugim. Widziałem, jak cierpisz i to łamało mi serce. Ale nie mogłem z tobą zostać, ludzie z Zakonu nie zaakceptowaliby mnie...
Po jego twarzy pociekła samotna łza. Uniósł rękę, aby ją zetrzeć, ale zatrzymałam go i pogładziłam policzek.
- Nie wstydź się łez, Draco - szepnęłam.
- Pamiętasz, o co mnie zapytałaś? Tam, w lesie?
- Czy jesteś moim aniołem - odpowiedziałam cicho. Przestrzeń między nami wypełniona była emocjami i otoczona aurą intymności.
- A ja odpowiedziałem, że zawsze będę. A później uciekłem jak tchórz...
Wiedziałam, do czego zmierza, ale nie mogłam mu na to pozwolić.
- Nie, Draco. Uciekłeś, bo nie byłeś gotowy. A teraz jesteś tu, i sprawiasz, że jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Blondyn otworzył jeszcze usta, jakby chciał zaprzeczyć, ale nic nie powiedział. Rozejrzał się po pokoju, a gdy jego wzrok padł na wejście do pokoju, mruknął:
- Szkoda sukienki...
Zaśmiałam się i pocałowałam go jeszcze raz.
Znalazłam mojego anioła, i nie miałam zamiaru się nim dzielić.
----------
Halo, halo...
Jest tam kto? :)
Powróciłam z martwych.
I na prośbę pewnej osóbki publikuję tę gigantyczną miniaturkę.
Niczego póki co nie obiecuję, ale postaram się rozruszać, okej? :)
Dajcie mi tylko trochę czasu i miłości.
Alicia*
Jest tam kto? :)
Powróciłam z martwych.
I na prośbę pewnej osóbki publikuję tę gigantyczną miniaturkę.
Niczego póki co nie obiecuję, ale postaram się rozruszać, okej? :)
Dajcie mi tylko trochę czasu i miłości.
Alicia*
Subskrybuj:
Posty (Atom)