Hej wszystkim :) Odzywam się (znów) po długim czasie i (znów) mam moralnego kaca. Tak, nie napisałam jeszcze rozdziału. Na chwilę obecną mam 1 stronę napisaną, resztę gotową, ale tylko w głowie. Nie chodzi o to, że nie mam czasu, żeby przysiąść na godzinkę, dwie i go napisać, bo jakoś bym wygospodarowała tę chwilkę. Mam teraz naprawdę dużo na głowie (a należę do osób przyzwyczajonych do harowania), nie będę pisała tutaj jak wygląda mój typowy dzień, ale powiem tylko, że dwa konkursy, o których wspominałam, ciągną się dalej - drugi etap przede mną. Może dla niektórych z Was wyolbrzymiam, ale jestem naprawdę wykończona fizycznie i psychicznie.
Ale nie o użalanie się nad sobą chodzi. W napadach pesymizmu i depresji, myślę nad usunięciem bloga, ale gdy widzę wciąż rosnącą liczbę wejść, przypominam sobie siebie czekającą na kolejny rozdział innego Dramione. Teraz zaniedbałam czytanie blogów i raczej do niego nie wrócę (przepraszam wszystkich), no i nasuwa się pytanie - Czy usunąć bloga? Rozumiem, że takim postępowaniem zawiodłabym Was wszystkich, straciłam pewnie szacunek wielu osób no bo kto szanuje osobę wciąż powtarzającą, że rozdział się pojawi, a się nie pojawia? Dlatego przez ten tydzień postaram się zastanowić co dalej, i wstawić rozdział, lub informację o zawieszeniu/zamknięciu bloga.
Nie mówię, że zamknę bloga, chcę po prostu się zastanowić. Mam nadzieję, że to zrozumiecie, i że nie zniechęci Was to do ewentualnego czytania dalszych losów Hermiona/Draco.
No to tyle ode mnie :/ Niezbyt optymistycznie, ale co tam!
Buziaki! :*
Alicia*
środa, 23 października 2013
środa, 9 października 2013
Miniaturka 1 - Nowe życie cz. 2
- Nie wejdę tam Chris! – głośny krzyk Hermiony wypełnił
opustoszały korytarz świętego Munga. Kobieta stała oparta o ścianę, oddychając niespokojnie
i patrząc spode łba na mężczyznę naprzeciwko. On westchnął jedynie i pomasował
flegmatycznie skroń.
- Hermiono nie zachowuj się jak dziecko… - zaczął, ale
szatynka popatrzyła na niego z furią dając mu tym samym do zrozumienia, że
obrał złą taktykę. – Nie możesz tak długo chować do niego urazy… Cóż takiego
mógł ci zrobić? – rozłożył bezradnie ramiona mając nadzieję, że to przemówi
jakoś koleżance do rozumu, ale znów niefortunnie dobrał słowa. Kobieta
zaczerwieniła się ze złości i gwałtownie wyprostowała.
- Tak się składa Chris, że niewiele wiesz o moim życiu –
wysyczała głosem, który aż ociekał jadem, a mężczyzna zrozumiał, że przesadził.
– Draco Malfoy to arystokrata, sługa samego Voldemorta, który gardzi takimi szlamami
jak ja – wyszeptała patrząc na Chrisa beznamiętnie. Zapadła cisza,
która trwała pół minuty? pięć? Aż wreszcie kobieta odwróciła się i szybkim
krokiem ruszyła w głąb korytarza.
I mimo tego, że
cieniutki głosik w głębi duszy mówił jej, że Malfoy się zmienił, nie chciała
stanąć z nim oko w oko. Nie teraz. Nigdy.
***
Czuł się okropnie… Nie, okropnie to stanowczo zbyt słabe
określenie – do dupy to dużo lepsze określenie, ale i tak nie oddające
wszystkich uroków tego stanu. Precyzując,
głowa go bolała jakby wypił kilkanaście litrów ognistej, w klatce piersiowej
kłuło tysiąc igieł, ręka dziwnie mrowiła, a stopa… Właściwie to nie czuł stopy
i to go przerażało. Do tego doszła jeszcze ogromna suchość w gardle i totalny
zanik pamięci. Jedyne co sobie przypominał to kłótnia z matką i Astorią, ale i
to jakby przez mgłę.
Gdy przestał oglądać swoje obandażowane ciało rozejrzał się
wokoło. Leżał na pojedynczym, bardzo skromnym łóżku, z białą pościelą. W sali były
takie 4, jednak nikt inny na nich nie leżał. Ściany pomalowane były na kremowo
i widniały na nich całe sentencje po grecku i łacińsku, jednak mózg mężczyzny
nie dawał sobie rady z odczytywaniem liter, a sentencji już na pewno. Zgrabnie
namalowane literki dodawały jednak pustej sali uroku i wypełniały ją w pewien
sposób. Dopiero, gdy Draco zauważył szafkę stojącą obok i znajdujące się na
niej fiolki, płyny i różne kartki papieru, uświadomił sobie, że leży w
szpitalu.
- Cholera jasna! – zaklął podnosząc się na łokciach i
nerwowo rozglądając się po sali w
poszukiwaniu kogoś, kto mógłby mu powiedzieć co się stało. Jakby na komendę,
drzwi do pokoju otworzyły się i do środka wszedł wysoki, przystojny szatyn w
stroju magomedyka trzymający w dłoni plastikową magiczną kartę pacjenta (Draco
niejeden raz takie widywał).
- Och, widzę, że nasz uroczy pacjent się obudził! – zawołał z
udawaną radością lekarz i podszedł do szafki stojącej tuż obok łóżka
arystokraty, otworzył ją i zaczął w niej grzebać. Nie zważając na zdziwiony, i
morderczy zarazem, wzrok pacjenta, nieśpiesznie wyciągnął różnokolorowe fiolki,
po czym wyczarował sobie krzesełko i na nim usiadł. – Zanim zaczniesz
bombardować mnie serią pytań ostrzegam, że nic nie powiem jeśli nie przejdziesz
kontroli – uśmiechnął się z triumfem, ale Draco nie poddał się tak łatwo.
- A ja nie poddam się kontroli dopóki mi tego nie wyjaśnisz –
wymamrotał niewyraźnie, bo w głowie pulsował mu tępy ból. Ostatkiem sił zdobył
się na Malfoyowski uśmieszek „To ja tu jestem panem, zrozum to”, ale Chris
Palmer (tak przynajmniej było napisane na plakietce) pokiwał tylko głową z
politowaniem.
- Tyle, że mi nie zależy na tym, żebyś jak najszybciej
wyzdrowiał – powiedział patrząc na blondyna jak na dziecko z próchnicą, które prosi
mamę o lizaka. – Mogę stąd pójść i przysłać kogoś innego później, ty wciąż nie
będziesz nic wiedział i się źle czuł, a ja zyskam tylko dodatkowe 15 minut na
kawę – wzruszył teatralnie ramionami. – To co panie Malfoy, mogę zacząć… ?
Draco nie odpowiedział, zrobił jednak naburmuszoną minę
(jako Malfoy nienawidził przegrywać) i pokiwał w milczeniu głową. Magomedyk
uśmiechnął się i szepnął pod nosem coś, co brzmiało jak „Dobry chłopiec…”, a
następnie wziął się za odczytywanie długiej listy symptomów z plastikowej
karty.
- Nudności?
- Nie.
- Zawroty głowy?
- Cholerne.
- Suchość w gardle?
- Potworna.
- Krwawienie z… odbytu? – Chris uśmiechnął się niezręcznie.
- Proszę wybaczyć, ale nie sprawdzałem – odpowiedział zjadliwie
blondyn.
- Eee… Ból brzucha?
- Nie.
- Kłucie w klatce piersiowej?
- Taa.
Lista była bardzo długa, a Malfoy odpowiadał jedynie
zdawkowymi tak lub nie, co utwierdziło szatyna we wrażeniu,
że arystokrata faktycznie do milutkich nie należy. Gdy wreszcie skończyli,
lekarz podał Draconowi kilka fiolek i kazał je wypić, co mężczyzna (o dziwo!)
zrobił bez marudzenia. Gdy ostatnia fiolka zniknęła, blondyn otarł usta z
reszki płynu, jakby chcąc pozbyć się paskudnego smaku i spojrzał spode łba na
magomedyka.
- Co się stało? – spytał sucho nie mając zamiaru bawić się w
precyzowanie. Chciał dowiedzieć się wszystkiego, odbębnić badania i wyjść stąd
jak najszybciej.
- Cóż, przyjechałeś do nas
opłakanym stanie, połamane żebra, poważne uszkodzenia mózgu, złamana
ręka i zmiażdżona stopa i dużo, dużo więcej… - urwał na chwilę, żeby zebrać
myśli, ale arystokrata chrząknięciem dał mu do zrozumienia, że nie chce czekać.
– Powiedzieli nam, że miałeś wypadek samochodowy, wjechałeś sportowym autem
ponad 300km/h w mur i ktoś od razu wezwał nas. Miałeś szczęście, że pomagała mi
He… - odchrząknął nerwowo uświadamiając sobie, że koleżanka nie chciałaby, żeby
o niej wspominał - pani ordynator, bo sam nie dałbym rady – zakończył i w
niesamowicie szybkim tempie wstał z krzesła, które rozpłynęło się w powietrzu,
po czym udał się żwawym krokiem w stronę drzwi.
- Jaka pani ordynator? – z tyłu dobiegł go chłodny głos
pacjenta. – Jest tutaj?
- Pani ordynator… - Chris podrapał się po głowie w
poszukiwaniu wymówki. – Yyy… Ona ma teraz szkolenia, więc raczej nie jest
dostępna – widząc pełen niedowierzania wzrok blondyna. – No wiesz, nowe reformy
weszły i oprócz oprowadzania tej hołoty trzeba też zrobić tonę papierkowej
roboty… Protokoły, listy obecnych, przeglądanie CV, pisanie raportów… -
uśmiechnął się, żeby zamaskować kłamstwo, a gdy mężczyzna pokiwał głową na
znak, że zrozumiał, szybko opuścił tę salę.
***
Hermiona siedziała w pokoju wspólnym magomedyków rozmawiając
ze Stellą MacFrenk, nieco starszą koleżanką po fachu znajdującą się jednak na
niższym stanowisku, bo pielęgniarki. Wreszcie znalazła chwilę spokoju,
szkolenie młodych i przemądrzałych praktykantów nieźle dało jej w kość.
Sczególnie jeden dziewiętnastolatek, Robert Yellod, działał jej na nerwy. Był
to wysoki, szczupłej postury blondyn, mogący się pochwalić arystokratycznymi
francuskimi korzeniami czarodziej, który dopiero ukończył Bouxbotons. Przez
prawie całe zajęcia obsypywał ją komplementami, rzucał dwuznaczne propozycje, a
także „dyskretnie” obmacywał w nieodpowiednich miejscach… Gdy musnął jej udo,
przeżyła, lecz gdy jego dłoń przypadkiem zatrzymała się w okolicy biustu,
udzieliła mu ostrej reprymendy.
- Słuchaj, a co właściwie dzieje się z tym młodym Malfoyem? –
Stella zmarszczyła zabawnie zadarty nosek, a czarną grzywkę zmierzwiła tak, że
opadała teraz ona delikatnie na bok.
- Obudził się – odparła zdawkowo Hermiona mając nadzieję, że
koleżanka zaprzestanie dalszych pytań. Niestety, plotkarska dusza brunetki
miała teraz pole do popisu i zamierzała je wykorzystać.
- Wiesz, widziałam jego zdjęcia w Wizzzard World i nawet,
nawet niezłe z niego ciacho… - kobieta uśmiechnęła się filuternie. – Co ja
gadam, on jest po prostu boski! Poza tym ty to wiesz…
- Wiem? – spytała nieco zbyt szorstko Hermiona.
- No tak, chodziliście przecież razem do Hogwartu! –
pielęgniarka zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. – W artykule jak wół było
napisane, że chodził do Hogwartu ze świętą trójcą…
- Ach tak? – spytała bez cienia zainteresowania panna
Granger.
- Mhm – czarnowłosa pociągnęła spory łyk kawy i zapatrzyła
się na koleżankę jakby szukając czegoś w pamięci. – Reporterka pytała o wasze
relacje, o wojnę którą rzekomo z wami toczył. Powiedział, że pogodził się z
wami po wojnie, więc w sumie miło, że się spotykacie po tylu latach! Co nie? –
wykrzyknęła radośnie, a Hermiona pokiwała jedynie w zamyśleniu głową. – Szkoda tylko,
że w takich okolicznościach.
Nagle do drzwi rozległo się głośne pukanie i szatynka
zerwała się z fotela mając nadzieję, że ktoś wybawi ją od trajkotu miłej, ale
zbyt hałaśliwej koleżanki.
- O, tu pani jest! – do środka weszła ta sama
recepcjonistka, którą kilka dni wcześniej Blaise porządnie ochrzanił. – Pan Palmer
kazał to przekazać, mówi, że pilne – wręczyła szatynce świstek i wolnym krokiem
wróciła na recepcję.
Herm,
Wiem, że mnie
zabijesz, ale musisz to zrozumieć.
Wezwano mnie na akcję, jakąś wyjątkowo paskudną (4-6 rannych), muszę
natychmiast jechać. Nikt poza mną i tobą nie może wejść do uroczego pana
Malfoya, dyrektor nie chce, żeby jakaś napalona pielęgniarka pobiegła do
Proroka i nagadała bzdur, a on musi dostać leki. Proszę, wejdź tam, zrób co
musisz i wyjdź.
Przykro mi.
Przykro mi.
Chris
***
- Zabiję go… Zabiję, zabiję, zabiję… - Hermiona przemierzała
korytarz do pokoju numer 8 z pchanym wózkiem, na którym znajdował się obiad,
picie i leki dla Malfoya. Wiedziała, że nie może nie iść, ale sama myśl o
przebywaniu w tym samym pokoju, co ON przyprawiała ją o samobójcze myśli.
Chciała użyć zaklęcia zmieniającego wygląd, ale wtedy ktoś mógłby pomyśleć, że
niepowołana osoba wchodzi do sali...
Była w kropce.
A jakby tego było mało, zauważyła otwarte drzwi do pustej
sali, a w niej Roberta zachłannie całującego niewielką blondyneczkę w
okularach, a jego ręka wyraźnie szukała pokaźnych gabarytów praktykantki. No
pięknie, zboczeniec w grupie!
Powstrzymując się przed wtargnięciem do sali i przerwaniem
spotkania studentów, pchnęła dalej wózek i już po chwili stanęła przed
szerokimi drzwiami oznaczonymi wielką, tłustą ósemką.
Wejdź tam, zrób co
musisz i wyjdź.
No tak, gdyby to było takie łatwe!
Krótkie pchnięcie drzwi i już po chwili ogarnął ją zapach
klinicznej czystości.
***
Draco leżał w łóżku wpatrując się tępo drzwi, przez które
już dawno miał ktoś wejść. Miał nadzieję, że przyślą mu jakąś pielęgniareczkę z
serii takich, które robią się mokre już na jego widok, a są łatwe i
niebrzydkie. W końcu jest tylko facetem i tylko Malfoyem. Wyjątkowo znudzonym,
należy dodać.
Już stracił nadzieję na jakąkolwiek rozrywkę, gdy usłyszał
ciche skrzypnięcie i do środka weszła…
- GRANGER?! – jego wrzask wypełnił pomieszczenie i odbił się
z echem od ścian. Tuż przed nim stanęła Hermiona Granger w stroju magomedyka.
Zmieniła się nieco od czasów szkolnych, to fakt. Przede wszystkim była kobietą
i miała wszystko co kobieta powinna mieć. Jedyne co się nie zmieniło, to burza
loków, upięta w koka, czekoladowobrązowe oczy, patrzące na niego z rezerwą i
chłodem (czyli jak zawsze) i delikatne piegi na nosie. No i doszła plakietka z
napisem Hermiona Granger, ordynator.
- Miło cię widzieć w jednym kawałku, Malfoy… - ostatnie słowo wyrzuciła z siebie z czymś na kształt
obrzydzenia i zatrzymała wózek. Wtedy blondyn doznał olśnienia.
Skoro to ona jest
ordynatorką… Czy Granger mnie uratowała?
- Co ty tu robisz? – zapytał sucho świdrując grzebiącą w
fiolkach kobietę.
- Przyjechałam na wakacje – parsknęła marszcząc brwi w
zamyśleniu. Ignorowała go, a zarazem ostro ripostowała. Ignorancja zdenerwowała
Dracona, a cięty język… Podniecił i zaimponował.
- Ach, a gdzie rudzielec? – uśmiechnął się złośliwie mając
nadzieję, że kobieta choć na chwilę oderwie wzrok od starannie opisanych
etykietek i spojrzy na niego.
- Siedzi sobie w domu z Lavender i pewnie je obiad –
podniosła jedną z cieczy i uśmiechnęła się ze znużeniem. – Wypij to, później
pomarańczowe, zielone, niebieskie i połknij te 4 tabletki – wskazała na
niewielki spodeczek. – Później coś zjedz i zażyj resztę leków i wypełnij kartę
przebiegu choroby, a gdy skończysz, prześlę ją do siebie – zlustrowała go
szybko wzrokiem i westchnęła. – Rozumiesz?
- Nie zostaniesz przypilnować, żebym wziął odpowiednie
eliksiry w odpowiedniej kolejności? – blondyn uniósł znacząco brew i poklepał
krzesło obok siebie.
- Nie potrafisz zapamiętać kilku kolorów? – spytała kąśliwie.
– Biały, pomarańczowy, zielony, niebieski i tabletki, kolory chyba znasz –
zironizowała i odwróciła się, żeby wyjść.
- Ach, ale jeśli się przypadkiem
pomylę, mogę pozwać św. Munga o niekompetencję ich chluby, ordynatorki,
samej Hermiony Granger – uśmiechnął się złośliwie, w głębi duszy układając plan
działania. Kobieta odwróciła się powoli i wbiła w niego zabójczy wzrok.
- Dobrze więc – wysyczała. – Jako chluba św. Munga, ordynatorka Hermiona Granger, zostanę i
dopilnuję, żebyś ty niczego nie
pomylił – pochyliła się nad nim i wycedziła mu prosto w twarz ostatnie słowa,
po czym usiadła na krześle i wzięła kartę pacjenta do ręki.
A Draco w głębi duszy triumfował, miał bowiem plan, żeby
poskromić tę cholerną gryfonkę. Skoro on musi poślubić Astorię, chce
przynajmniej udowodnić sobie, że może zdobyć każdą. Nawet samą Hermionę
Granger.
---------
Hej wszystkim, wreszcie druga część (i nie ostatnia!) miniaturki :D Zebrałam się i ją napisałam, trochę późno - fakt, ale nie mogłam zasnąć :/ Jutro pewnie będę nieprzytomna i nie będę uważała na lekcjach, ale chrzanić to :)
Miniaturka miała wyglądać inaczej, ale... Mogę z niej zrobić 18+. Muszę jednak wiedzieć, czy taka Was ucieszy, więc koniecznie piszcie w komentarzach, co chcecie :)
Kolejny rozdział pojawi się naprawdę wkrótce, na usprawiedliwienie powiem tylko, że mam 2 konkursy przedmiotowe w tym tygodniu (traktuję je poważnie) i nie chcę ich zawalić :) Tak więc PROSZĘ trzymajcie kciuki w czwartek i piątek ^^
Jeśli są jakieś błędy, przepraszam, jest za późno i mózg nie funkcjonuje jak powinien ;)
Pytania na aska (link w Informacjach) :)
Buziaki! :*
Alicia*
Ps. Dzięki za ponad 10 000! Kocham Was! :*
Ps. Dzięki za ponad 10 000! Kocham Was! :*
poniedziałek, 23 września 2013
Rozdział 12 - Plan doskonały
Najpierw ogarnęła go
ciemność ze wszystkich stron. Głucha cisza i mrok – zestaw idealnie pasujący do
Snape’a. Ale nagle w głębi błysnęło światło i Draco usłyszał charakterystyczny
trzask towarzyszący aportacji. Światło nasilało się, do momentu, gdy mężczyzna
mógł zobaczyć pomieszczenie w pełnej okazałości. Był to niewielki gabinecik,
urządzony w dość chłodnym stylu. Jedynymi ozdobami były fiolki wypełnione
różnokolorowymi płynami poustawiane w idealnym porządku w dębowej gablotce.
Blondyn nie musiał się zbyt długo zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że właścicielem
pomieszczenia był Severus – siedzący przed biurkiem i uważnie lustrujący jakąś
księgę.
- Severusie, długo już
tak siedzisz? – pogodny głos Albusa Dumbledore’a podszyty był nieukrywaną
troską. Dopiero teraz Draco zorientował się, że to dyrektor Hogwartu aportował
się tu przed chwilą.
- Na tyle długo, żeby
dojść do wniosku, że jesteśmy w beznadziejnej sytuacji – wycedził wyraźnie
zirytowany Snape. – Nie ważne, czy pokonamy Voldemorta, i tak…
- Ach, Severusie –
staruszek zaśmiał się nerwowo i drżącymi dłońmi przewrócił stronice księgi. –
Jesteś niepoprawnym pesymistą, ja zaś muszę być wesoły za nas dwóch –
zmarszczył brwi przypatrując się jakiemuś wyjątkowo paskudnemu obrazkowi, ale
szybko zmienił stronę. Wreszcie odnalazł interesujący go fragment i przeleciał
go wzrokiem. – „Aby czarodziej ten mógł posiąść moc silniejszą od wszystkich
innych, potrzeba magii dużo potężniejszej od znanej nam wszystkim. Nawet najsilniejsze
klątwy czarnomagiczne nie mogą się równać z prastarą magią, która wedle legendy
spisana została na polecenie czterech założycieli Hogwartu – Godryka Gryffindora,
Roveny Ravenclaw, Helgi Huffelpuff i Salazara Slytherina i ukryta na zawsze w
czuleściach kaplicy w Ambersthox. Wielu śmiałków próbowało odnaleźć księgę
oprawioną w szczery diament, jednak nikomu się nie udało. Ten, kto pierwszy
odnajdzie zaginione klątwy, będzie niepokonany.”. Co o tym sądzisz Severusie? –
spytał po chwili milczenia Albus.
- Że jeśli to prawda
i, co gorsze, jeśli Voldemort nakazał swoim sługom poszukiwania tej księgi,
jesteśmy straceni – wymamrotał Snape nalewając do szklanki ognistej whiskey i
ignorując karcący wzrok starszego towarzysza.
- Obawiam się
Severusie, że to nie my jesteśmy straceni… - staruszek pokręcił w zamyśleniu
głową.
- Skoro nie my, to
kto?
- Wiesz, do końca
wojny zostało niewiele czasu – odparł po dłuższej chwili Albus. – Gdy mnie
zabijesz, będzie trwała maksymalnie rok – nie więcej. Voldemort nie będzie żył
wiecznie i nie sądzę, żeby to on chciał posiąść tę niewyobrażalną moc… Zostawi
to raczej swym następcom. Ale Ci, których niedawno uczyłeś składu eliksiru
wielosokowego – to na nich spadnie ten ciężar. Dlatego musimy już teraz się na
to przygotować. Oddasz to wspomnienie Minerwie, miejmy nadzieję, że jej uda się
przeżyć. A ona, gdy nadejdzie czas, pomoże tym, na których spadnie ten problem.
Nagle w oddali jakiś
gruby, męski głos krzyknął niewyraźną komendę, a inny mu odpowiedział. Severus
w pośpiechu schował księgę, a Dumbledore uśmiechnął się dobrodusznie i
powiedział:
- Gdybyś potrzebował
rady, mój przyjaciel, Arthur Stanley, mieszkający w Lackock chętnie ci pomoże.
Rozległ się głośny
trzask i postać dyrektora zniknęła z pola widzenia. Obraz zaczął się rozmywać,
aż w końcu Draco znalazł się w swoim pokoju.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Albus
mówiąc ostatnie zdanie patrzył na NIEGO. I to nie było tylko wrażenie, blondyn
był tego pewien jak niczego innego.
Czyżby czekała mnie
wycieczka do Lackock?
***
- Co się dzieje Rufusie?
- Nic.
- Widzę, że coś cię trapi.
- Źle widzisz.
- Znam cię od 10 lat, potrafię rozpoznać gdy coś jest nie
tak.
- Więc się mylisz.
- Ale…
- DO CHOLERY JASNEJ ZOSTAW MNIE W SPOKOJU!
Krzyk ministra magii wypełnił jego biuro wprawiając Amandę w
osłupienie. Ona próbowała mu pomóc, a on podnosi na nią głos? Pięknie, po
prostu pięknie. Nie czekając na reakcję mężczyzny podniosła swoją torebkę z
podłogi i pełnym gracji ruchem ruszyła do drzwi.
- Zabija zakładników – żałosny jęk mężczyzny sprawił, że
Amanda zatrzymała się, stała jednak tyłem do ministra. – Zbyt długo zwlekałem,
szukałem wszędzie rady, ale on teraz zabija zakładników. Muszę mu ich dać…
- Kogo? – kobieta odwróciła się gwałtownie i zmrużyła
groźnie swoje zielone oczy. Miała dość tych ciągłych tajemnic. Dość ukrywania
przed nią prawdy. Jeśli tym razem się nie dowie, Rufus rozmawiał z nią po raz
ostatni.
Mężczyzna popatrzył na nią zrezygnowany i głęboko westchnął.
Całkiem jakby czytał jej w myślach, otworzył szufladę pod biurkiem i wyciągnął
z niej kilka listów, po czym bez słowa położył je na biurku. Amanda nie
potrzebowała wyjaśnień, sięgnęła po pierwszy pergamin i zaczęła czytać. Ręce
drżące od nadmiaru emocji nie pomagały w utrzymaniu cienkiej kartki. Gdy
skończyła, podniosła skołowany wzrok na mężczyznę i wyszeptała:
- Czyli on będzie musiał…
- Tak.
To słowo zapadło niczym wyrok śmierci.
***
Ron krążył po mieścince (wsi tak naprawdę) od ponad godziny
i robił się coraz bardziej nerwowy.
Chodził od domku do domku w nadziei, że
ktokolwiek widział Harry’ego. Niestety, brunet dosłownie rozpłynął się w
powietrzu. Był i nagle zniknął. W świecie czarodziei nie byłoby w tym nic
dziwnego, gdyby nie fakt, że byli na tajnej misji, a Harry traktował pracę
bardzo poważnie.
- Co siem tak krencjisz Ronaldzje? – gruby głos Wadima
wyrwał go z zamyślenia.
- O, Wadim! – niemal z ulgą krzyknął rudy. – Widziałeś Harry’ego?
- Ach, widzjałem go za stodołą, nje wjem co robił –
mężczyzna wzruszył potężnymi barkami i poklepał go po plecach. – Nje martw się,
chodzmy na setkję, poprawi ci humor.
Setka nie poprawiła Ronowi humoru, ale sprawiła, że szybciej
zasnął. Nie poszedł za stodołę sprawdzić, co się stało z jego przyjacielem,
przez co nie zauważył odcisków butów prowadzących do lasu. A szkoda, bo gdyby
je zauważył, Harry mógłby nie być w niebezpieczeństwie…
***
- Co z Laurą? – Leonard przeżuwał leniwie tosta z dżemem
przyglądając się otworzonemu na pierwszej stronie Prorokowi Codziennemu. Był to
ostatni dzień, który miał spędzić u Hermiony i sama myśl o tym sprawiała mu
ból. No, ale nic co dobre nie trwa wiecznie, a on i tak zdecydowanie nadużył
gościnności gryfonki. Ostatnia rozmowa zbliżyła ich do siebie jeszcze bardziej,
więc ból był podwójny.
- Jest u Gin i ponoć bardzo zaprzyjaźniła się z Albusem –
wymamrotała brązowowłosa mocując się z jajkiem, które chciała wbić do masy
naleśnikowej. Nigdy nie umiała ich robić tak dobrze jak matka. – Chyba ją
zaadoptuję – powiedziała nagle wprowadzając mężczyznę w niemały szok.
- Zaadoptujesz? – wymamrotał cicho.
- Tak, nie mogłabym oddać ją do domu dziecka – kobieta cicho
westchnęła i odwróciła się, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy. Ona
pamiętała jak czuła się po stracie rodziców – przed oczami wciąż miała
uśmiechniętą twarz matki, której wyczyściła pamięć.
- Ach…
Zapadła nerwowa cisza. Kobieta uporała się z masą naleśnikową,
ale straciła apetyt, usiadła więc na kanapie. Leonard próbował ukryć swoje
zmieszanie czytając Proroka, ale bełkotliwe artykuły nie interesowały go ani
trochę.
- Pójdę się spakować – powiedział nagle i już po chwili
zniknął w pokoju gościnnym. Nie spieszył się, wręcz przeciwnie, starał się
zwlekać jak najbardziej tylko mógł. Wszystkie ubrania składał dokładnie w
kosteczkę, rozprostowując wszelkie zagniecenia. Wiedział, co go czeka po
powrocie do swojej luksusowej, ale pustej kawalerki. Mnóstwo pracy, stres,
przelotne romanse i brak JEJ. Pobyt u Hermiony, choć poprzedzony niemiłymi
wydarzeniami, wydawał mu się czymś w rodzaju sielanki.
Dopiero, gdy zegar na ścianie pokazał 21.15, Leonard
otrząsnął się z zamyślenia. Resztę rzeczy dopakował szybkim ruchem różdżki i
był już gotowy. Wolnym krokiem wyszedł z pokoju i ciągnąc za sobą walizkę z
miną skazańca doszedł do salonu. Hermiona jak zwykle czytała jakąś książkę, a
była nią tak pochłonięta, że nie zauważyła zbliżającego się do niej mężczyzny.
- Hermiono… - powiedział cicho z nutką niepokoju w głosie.
Szatynka podniosła wzrok znad lektury i uśmiechnęła się smutno.
- Nie widzimy się przecież po raz ostatni – jej czekoladowe
oczy patrzyły prosto w twarz Leonarda. Wiedziała, że jest smutny i przytuliła
go. Czuła jego miarowy oddech na swoim policzku, miarowo oddychającą klatkę
piersiową i silne ramiona obejmujące ją nieśmiało. Uśmiechnęła się mimowolnie. –
Wkrótce się gdzieś umówimy, nie martw się – posłała mu pocieszający uśmiech,
ale w głębi duszy coś mówiło jej, że to kłamstwo. Nie wiedziała dlaczego. Po
prostu jakiś cieniutki głosik szeptał jej złośliwie Nie zobaczycie się już nigdy… Nie rób mu nadziei!
- Masz rację – mężczyzna rzucił krótkie spojrzenie na swoje
bagaże. – Dziękuję za wszystko, Hermiono Granger.
Głośny trzask i już go nie było.
Hermiona sięgnęła po butelkę wina mając nadzieję, że to
wypędzi cienki głosik z głowy. Położyła się na kanapie i pogrążyła w myślach.
***
Szybkie kroki wypełniały opustoszałą uliczkę na obrzeżach
Londynu. Nie była to luksusowa część tego miasta, latarnie świeciły słabo
rzucając jedynie mgiełkę na czarną jak węgiel ulicę. Dodatkowo czarne chmury, z
których obficie lał się deszcz, sprawiały, że ulica wyglądała wyjątkowo
obskurnie. W zaułkach chowali się pijacy i bezdomni śpiący już dawno o tej
porze, a szkoda, bo widok przystojnego mężczyzny w garniturze idącego spokojnym
krokiem w tej części miasta to rzadkość. Oczywiście był to Draco Malfoy, a do
kompletu miał jeszcze papierosa, którym zaciągał się niemal z czułością. Nagle
mężczyzna stanął przed drzwiami do małej, ale zadbanej kamieniczki, zgasił
skrupulatnie papierosa i, rozglądnąwszy się uprzednio dookoła, aportował się do
środka.
Gdy tylko stanął w ciepło urządzonym salonie, na jego twarzy
pojawił się paskudny uśmieszek. Granger była sama, spała na kanapie, a ubrana
była w koszulkę na ramiączkach i szorty. Czego chcieć więcej? Niestety, blondyn
musiał działać szybko, ruszył więc do pokoju szatynki i niedbałym ruchem
różdżki przywołał wszystkie jej ubrania, zminimalizował i schował do zaczarowanego
plecaka podróżnego. Nie przyglądał się zbyt dokładnie wystrojowi, zauważył
jednak zdjęcie Hermiony i Kruma na półce. Szybki gest i po chwili Krum miał
twarz pokrytą pryszczami. Błahostka.
Teraz przyszedł czas na trudną część planu, która miała
polegać na podaniu Granger eliksiru usypiającego, a następnie aportowaniu się z
nią do posiadłości na drugiej części Anglii. Arystokrata podszedł do śpiącej
szatynki i mrużąc oczy przyjrzał się jej. Obok stała pusta butelka wina,
eliksir był chyba niepotrzebny. Kolejny paskudny uśmieszek. Draco położył na
stoliku karteczkę z wymownym „Pieprzcie się” napisanym niemal kaligraficznie i
uniósł kobietę na ręce.
Chwila skupienia i charakterystyczne szarpnięcie, a po chwili szum morza rozbijającego się o
klify. Zapach soli drażniąca nos i nareszcie… spokój.
***
Po powrocie do swojej kawalerki Leonard nie mógł usnąć. Cały
czas przed oczami miał Hermionę siedzącą na kanapie, robiącą naleśniki,
opatrującą mu rany… Wreszcie podjął decyzję. Nie zważając na późną porę
teleportował się do mieszkania i już na progu krzyknął Hermiono! Nie doczekał się jednak odpowiedzi, sprawdził więc
kolejno salon, sypialnię, pokój gościnny, kuchnię, jadalnię, łazienkę, a nawet
balkon, ale kobiety nie było ani śladu. Znalazł za to karteczkę z napisem Pieprzcie się napisaną znajomym pismem.
Tego wieczora w Leonarda wstąpił szał i mężczyzna obiecał
sobie, że uratuje Hermionę choćby nie wiem co.
A temu blond gogusiowi nogi z dupy powyrywa.
Choćby zaraz.
----------
Kto napisał rozdział? :D No kto?! Ja :D Hip hip - Hurra ^^ Nie wiem jak, ale mi się udało. Z góry przepraszam za błędy - nie mam siły sprawdzać, albowiem spałam 4 h :< A jutro sprawdzian z gegry na który nic nie umiem :/ Dobra, dzisiaj krótko ode mnie, ale jestem zmęczona.
Przepraszam za zwłokę, ale już postaram się dodawać częściej :)
Zapraszam na aska - tam możecie pytać kiedy nowe rozdziały itp :)
Rozdział dedykuję Sandrze :* Dzięki kochana!
niedziela, 15 września 2013
Nie zapomniałam o Was :)
Hej kochani, stwierdziłam, że trzeba się odezwać po dość długim milczeniu :) Nie zapomniałam o blogu, szczerze mówiąc martwi mnie to, że od tak dawna nic nie napisałam i rozumiem, że możecie się czuć zirytowani. Niestety, mam naprawdę dużo na głowie (wymienianie jest bez sensu), a nie mogę postawić bloga wyżej niż pewne rzeczy. Zastanawiałam się nawet nad zamknięciem bloga, ale napiszę tę historię do końca, choćbym miała to robić 2 lata :) Dlatego z góry przepraszam, ale notki będą się pojawiały nieregularnie, i raczej w dużych odstępach czasowych.
Naprawdę mi przykro.
Buziaki! :*
Alicia*
Naprawdę mi przykro.
Buziaki! :*
Alicia*
sobota, 7 września 2013
Miniaturka 2 - Dziękuję
01.09.2003r. - Poniedziałek
Pierwszy września to dzień
wyjątkowo chaotyczny, szczególnie dla mnie. To wtedy kończy się wolność i
zaczyna moja praca. Tak jak zawsze marzyłam, zostałam nauczycielką w Hogwarcie,
objęłam stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią tuż po skończeniu prac
remontowych. Z początku było ciężko, wydawałoby się, że profesorowie zajmują
się gnębieniem uczniów i popijaniem ognistej whisky w swoich prywatnych
pokojach, ale, niestety, to nie jest prawda. Do dziś pamiętam mój pierwszy
dzień pracy, dokładnie 10 lat temu, szczególnie zapisały mi się w pamięci miny
uczniów widzące kogoś tak młodego na tym stanowisku. Uczyłam przecież moich
znajomych z młodszych klas! Ale nie żałuję. Oprócz mnie, w Hogwarcie pracuje
również Neville, zajmuje się zielarstwem, i Padma Patil (dostała pierścionek
zaręczynowy od George’a!), pomagająca pani Pomufrey. Podczas meczów quiddicha
wpada też Harry z Ginny, aby szukać młodych talentów do nowo powstałych
Hogwardzkich Błyskawic. Organizujemy też spotkania absolwentów, więc wiem co
słychać u innych.
Ale dzisiaj stało się coś, co
bardzo mnie zszokowało, a uwierzcie, że po 10 latach pracy z dziećmi, mało co
wywiera na mnie wrażenie. Wszystko zaczęło się od typowego bałaganu – Minerwa
prowadziła nowych uczniów na ceremonię przydziału. Ja popijałam sobie spokojnie
sok dyniowy, gdy usłyszałam cichy szept Neville’a:
- Czy to nie jest syn Malfoya? –
szturchnął mnie lekko i skinął głową w stronę małego chłopca z platynowoblond
włosami i szarymi oczami. Wykapany tatuś
– pomyślałam z ironią i nagle coś do mnie dotarło. Przez te dziesięć lat
nie słyszałam żadnej wzmianki o Malfoyu! Nie pojawił się na żadnym spotkaniu,
nikt o nim nie wspominał… Jednym słowem zapadł się pod ziemię! Jak ja mogłam
tego nie zauważyć?!
- On ma dziecko? – spytałam, gdy
uporządkowałam już nieco chaos w mojej głowie, ale doskonale wiedziałam, że to
jest jego
syn. Nikt inny nie miał takiego koloru włosów…
- Taa, nazywa się Scorpius,
matką jest Astoria – do rozmowy wtrąciła się Padma. – Ponoć urodziła dziecko i
Malfoy od razu wniósł o rozwód. Wychowuje go samotnie… - ucięła, bo ceremonia
rozpoczęła się. Moje myśli odpłynęłyby zapewne bardzo daleko, gdyby nie
przemowa Minerwy, których zawsze słuchałam.
- Witam was wszystkich w Szkole
Magii i Czarodziejstwa Hogwart! – głos dyrektorki odbił się hukiem od ścian
wywołując przerażenie na twarzach nowych uczniów. Ja wpatrywałam się w twarz
małego Scorpiusa i coś mi nie grało… - Jak zapewne wiecie, nasza szkoła
podzielona jest na cztery domy założone przez legendarnych czarodziei –
Gryffindor, Ravenclaw, Huffelpuf i Slytherin. Naszą tradycją jest Ceremonia
Przydziału, która za chwilę będzie miała miejsce. Gdy wyczytam imię i nazwisko
jednego z was, podejdźcie do stołka i nałóżcie tiarę, która umieści was w
jednym z domów – wtedy Minerwa zaczęła wyczytywać po kolei uczniów, a mnie po
raz kolejny olśniło. Scorpius się uśmiechał! I to nie w Malfoyowskim stylu! Na
jego twarzy widniał szeroki, promienny uśmiech. Wyglądał jak mniejsza wersja
ojca, ale pozbawiona arogancji, złośliwości i tego chłodu.
Z mojego zamyślenia wyrwał mnie
dopiero nagły ruch chłopaka, i po chwili zorientowałam się, że został
wyczytany. Podszedł spokojnym krokiem do stołka i usiadł na nim. Widziałam, że
tiara mówiła coś do niego, ale nikt tego nie słyszał. Nagle całą salę wypełnił
jej krzyk:
- GRYFFINDOR!
***
- JAK TO W GRYFFINDORZE?! –
krzyk Ginny wypełnił moją prywatną komnatę. Po ceremonii odprowadziłam mój dom,
Gryffindor właśnie, i od razu napisałam list do przyjaciółki. Uwielbiała
plotki, a to była nie byle jaka wiadomość! Najmłodsza latorośl
arystokratycznego rodu w domu lwa?
- Też nie wiem jak to możliwe,
Gin – mruknęłam ciesząc się w duchu, że nałożyłam na komnatę Silencio. Głos Weasleyówny był nie
gorszy od jej matki. – Wiesz w ogóle co się dzieje z Malfoyem?
- Tata mi mówił, że pracuje w
biurze aurorów, wykonuje jakąś papierkową robotę – odparła już nieco
spokojniej. – Rozstał się z tą wywłoką, Greengrass tuż po wojnie. Czekał tylko,
aż urodzi dziecko… - nagle do drzwi rozległo się pukanie. Wstałam niechętnie z
kanapy i otworzyłam je. W progu stał Neville z Padmą i nową nauczycielką
astronomii, Clarie Meauxedos z Francji, która była w naszym wieku. Zauważyłam,
że mój kolega trzyma za plecami jakąś butelkę…
- Rok szkolny trzeba oblać! – na
twarz Padmy wpłynął szeroki uśmiech, ale Neville spojrzał na nią karcąco. – O,
hej Gin – dodała wchodząc do środka i wygodnie rozkładając się na mojej sofie.
Okazało się, że butelka trzymana
przez Neville’a, została zaczarowana i mieściło się w niej 5 litrów ognistej
whisky! Na szczęście było nas sporo, bo doszły jeszcze trzy osoby, a w szafce
miałam spory zapas eliksiru na kaca. Z czasem nasze rozmowy zeszły na błahe
tematy, ale szczególnie zapamiętałam słowa Padmy.
Czasy
się zmieniają, ludzie też. Rany po wojnie prawie się zagoiły, więc może to jest
początek zgody między domami?
11.10.2013r. – Wtorek
Młody Scorpius okazał się być
wyjątkowo bystrym dzieckiem. I niesamowicie spokojnym, jak na kogoś noszącego
nazwisko Malfoy. Odrabiał wszystkie prace domowe, dostawał najwyższe oceny, zawsze
odnosił się do mnie z szacunkiem i… życzliwością. Od razu go polubiłam, ale
zauważyłam, że uczniowie ze Slytherinu patrzą na niego z pogardą. Czułam, że na
ukradkowych spojrzeniach się nie kończy, ale nigdy nie przyłapałam ich na
gorącym uczynku…Dlatego postawiłam sobie za punkt honoru obserwować ich
zachowania. Było mi go bardzo szkoda, płacił za błędy swojego ojca, i to te sprzed
dziesięciu lat. Słyszałam, że Malfoy zrobił wszystko, żeby wymazać grzechy z
przeszłości, niestety, piętno w postaci nazwiska odcisnęło się na jego synku. I
on musiał o tym wiedzieć. Ale czy może coś zrobić?
26.11.2003r. – Czwartek
Ten dzień zapowiadał się
wyjątkowo spokojnie. Wstałam o 8.00 i niespiesznie zaczęłam się ubierać na
śniadanie. Dotarłam do Wielkiej Sali nie upominając nikogo (!), a na śniadaniu
wszyscy byli jacyś spokojni… Przeżuwałam leniwie tosta z dżemem malinowym, gdy
do Sali wbiegł Sam Cherey, piątoklasista z Grayffindoru, w stroju do quiddicha i ruszył w moją stronę.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie o meczu Gryffindor – Slytherin, który miał
się dzisiaj odbyć. Jak ja mogłam o tym zapomnieć?! Quiddich nigdy mnie zbytnio
nie interesował, ale nie wiedzieć o meczu swojego domu to wstyd.
- Pani… profesor… - wydyszał, a
ja spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem. Wyglądał na bardzo przejętego. –
Nasz szukający złamał nogę… - wychrypiał wreszcie, a ja zdębiałam. Dlaczego
musiał złamać nogę teraz?! Cholera jasna, miał całe dwa miesiące, mógł łamać ją
i leczyć, łamać, leczyć, łamać… Ale teraz, w ostatniej chwili, musiał złamać
nogę? Murphy, ty idioto.*
- Macie kogoś na zastępstwo? –
spytałam cicho patrząc na niego z przerażeniem. Wiedziałam ile ten mecz znaczy
dla moich podopiecznych i musiałam temu zaradzić.
- Nie, w tym roku pokłóciliśmy
się z Johnem i odszedł miesiąc temu – przeklęłam w myślach, ale szybko się
uspokoiłam. Do meczu pozostała godzina, a my nie mieliśmy szukającego. Damy radę - pomyślałam optymistycznie i, wciąż z tostem
w zębach, ruszyłam do stołu mojego domu.
Musiałam wyglądać naprawdę
dziwnie, ponieważ nagle wszyscy uczniowie domu lwa zamilkli i wytrzeszczyli
oczy. Poprawiłam szatę i zwróciłam się do Sama:
- Wymień wszystkich, którzy
dobrze grają – poleciłam, a uczniowie jeszcze szerzej otworzyli oczy. Chłopak
popatrzył na mnie ze zdziwieniem. – No, szybciej – ponagliłam.
- Yyy… Anthony Cell, Max Derey,
Ella Herts, Steve Igg i… - urwał na chwilę. – Scorpius Malfoy – powiedział
prawie szeptem.
- Dobra, wymienione osoby wstają
i idą za mną – zarządziłam i nie czekając na nikogo ruszyłam szybkim krokiem na
boisko quiddicha. Wyszłam na błonie i poczułam chłodny powiew powietrza
smagający mnie po twarzy. Pogoda też postanowiła zrobić psikusa i padała
dzisiaj mżawka, a wiatr był mocny i, co gorsze, zimny. Po chwili dogonili mnie
wymienieni i kątem oka zauważyłam, że trzęsą się z zimna. – Od czego wy macie
różdżki? – zganiłam ich i szybko rzuciłam na nas wszystkich zaklęcie
osłaniające. Jeszcze tego brakuje, żeby ktoś zachorował!
- Pani profesor, gdzie my
idziemy? – usłyszałam piskliwy głosik Elli Herts, chodzącej na czwarty rok.
- Ella, rusz mózgiem – mruknęłam
zdenerwowana. Dziewczyna przeraziła się, więc nieco łagodniej dodałam – Na
boisko quiddicha, nie mamy szukającego – nagle dziewczyna zarumieniła się, a ja
zmarszczyłam brwi. – Co się dzieje?
- No bo… Ja… Yyy… - Ella jąkała
się, ale spojrzałam na nią surowo. – Jestem niedysponowalna – wydusiła
wreszcie, a ja westchnęłam cicho.
- Wracaj do środka –
powiedziałam i przyspieszyłam krok, bo czasu było coraz mniej. Wreszcie
dotarliśmy do celu.
Ustawiłam wszystkich w rzędzie i
dałam im jakieś zapasowe miotły znalezione w składziku. Wytłumaczyłam, że
wypuszczę jednego znicza, a osoba, która pierwsza go złapie, zostaje
szukającym. Upewniłam się jeszcze, że wszyscy mają na sobie czar ogrzewający,
po czym krzyknęłam „Start!”.
Minuty ciągnęły się
nieubłaganie, a nikt nawet nie zbliżył się do znicza. Najciekawszą akcją było
zderzenie Maxa i Steve’a, z którego ten pierwszy nie wyszedł cało. Pozostał
więc Steve, Anthony i Scorpius, który, o dziwo, świetnie sobie radził z miotłą.
Nawet tą beznadziejną ze składziku. Do meczu zostało pół godziny, a ja myślałam
już jakim sposobem mam wylosować szukającego i marzyłam o cieplutkiej kawie,
gdy Sam poderwał się z miejsca i krzyknął:
- Scorpius! – wytężyłam wzrok i
zauważyłam małego blondyna mknącego za złotą kropeczką. Odruchowo wstrzymałam
oddech. Chłopiec wyciągnął rękę do przodu… Znicz był coraz bliżej i
bliżej… - ZŁAPAŁ GO! – wrzasnął Sam, a
ja wypuściłam z ulgą powietrze.
***
- Panie i panowie, witamy na
pierwszym w tym roku, i najbardziej emocjonującym spotkaniu, w tym roku! – Lee
Jordan postanowił kontynuować tradycję i wciąż przyjeżdżał na mecze Quddicha,
aby je komentować. – Dziś na boisku niewątpliwie zrobi się gorąco, ponieważ
wspaniali Gryfoni zagrają z tymi pokrakami…
- Lee! – głos Minerwy wywołał
falę śmiechu na trybunach.
- Yyy… Świetnie przygotowanymi
Ślizgonami, pani dyrektor – czarnoskóry uśmiechnął się rozbrajająco, co
wywołało kolejną salwę śmiechu. Ja stałam przy wejściu na boisko, a za mną
ustawiona w rządku drużyna, już w komplecie.
Obserwowałam trybuny, wyłowiłam
nawet rude włosy Gin, gdy nagle poczułam, że ktoś ciągnie mnie za rękaw.
Odwróciłam się i zobaczyłam małego Scorpiusa ubranego w zbyt dużą szatę.
- Mogłaby pani napisać do taty?
– spytał, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt… smutku? – On byłby
bardzo szczęśliwy, gdyby wiedział… - uciął i wlepił wzrok w buty.
- Nie sądzę, żeby twój tatuś
zdążył przyjechać od razu… - starałam się jak najdelikatniej odmówić, ale wtedy
zobaczyłam, że oczy chłopaka się zaszkliły. – Ale mogę wysłać sowę – dodałam
szybko, po czym poklepałam go po ramieniu. – Idźcie już.
***
Zgodnie z prośbą małego wysłałam
sowę do Malfoya, jednak napisałam krótki i bardzo suchy liścik, a pod spodem
napisałam jedynie swoje inicjały. Mecz trwał już ponad godzinę i prowadzili
ślizgoni, grający wyjątkowo brutalnie, 70:40. Nigdy nie emocjonowałam się tą
grą, ale miałam cichą nadzieję, że moi podopieczni utrą nosa tym wrednym
ślizgonom… Założyłam się zresztą z Ginny o czekoladę, że Scorpius złapie znicza
i wygramy. Niestety, pałkarze domu węża ustawili sobie chyba za cel wykończenie
małego, bo co chwilę osaczali go i próbowali poturbować, albo nasyłali na niego tłuczki.
Byłam właśnie pogrążona
pogawędką z Luną, która wpadła w odwiedziny, gdy na trybunach zawrzało.
Odwróciłam głowę i spojrzałam zdezorientowana na boisko. Zastał mnie niezbyt
miły widok, Scorpius ściśnięty był pomiędzy dwoma pałkarzami i z przerażeniem w
oczach starał się uwolnić. Niestety, przy jego posturze było to niemożliwe, a
dwaj ślizgoni zaczęli go szturchać! Fuknęłam z oburzenia i nie patrząc na nic
ruszyłam w stronę pani Hooch. Nie mogłam pozwolić na to, by coś mu się stało!
- Rolando! – krzyknęłam, żeby
zwrócić na siebie uwagę sędziny, która żywo dyskutowała z jakimś mężczyzną. Nie
było to łatwe szczególnie, że otaczał mnie ogromny, rozwrzeszczany tłum. –
ROLANDO!
Kobieta usłyszała to i spojrzała
na mnie, a ja mocniej przecisnęłam się przez tłum. Byłam już blisko, gdy
mężczyzna, z którym prowadziła dyskusję odwrócił się i zobaczyłam jego twarz.
Przede mną stał Draco Malfoy.
- Co się stało Hermiono? –
spytała po chwili pani Hooch, a ja wpatrywałam się w te szare oczy, niegdyś
pełne pogardy… A teraz? Zobaczyłam coś na kształt troski, ciepła i… smutku. –
Hermiono! – krzyknęła, a ja oderwałam wzrok od blondyna.
- Przerwij grę Rolando, oni
zabiją nam szukającego – na twarzy mojej koleżanki pojawił się dziwny grymas.
- Nie mogę, Herm – odpowiedziała
wolno. – Faule w quiddichu to rzecz normalna, tłumaczyłam to już Draconowi –
dodała ciszej.
- Jak to nie możesz?! – mój gryfoński
temperament dał o sobie znać. – On ma jedenaście lat do cholery jasnej! –
krzyknęłam przyciągając spojrzenia kibiców. – Nie pozwolę skrzywdzić mojego
podopiecznego, Rolando.
- A ja mojego syna – wycedził stojący
obok mnie Malfoy. Dopiero teraz zauważyłam, że ubrany był w zwykłe jeansy,
koszulkę z krótkim rękawem i marynarkę, zakrywającą lewe przedramię. Zauważył
moje spojrzenie i natychmiast poprawił rękaw, a mi zrobiło się niezwykle
głupio. On się tego wstydził. Mrocznego znaku nie dało się usunąć, jedyne osoby
zdolne do tego, Dumbledore i Voldemort, już dawno nie żyły. Dlatego wszyscy,
którzy zostali zmuszeni do służby w szeregach Czarnego Pana, musieli teraz żyć
w cieniu.
- Kiedy ja naprawdę nie mogę nic
zrobić! – jęknęła żałośnie pani Hooch.
- A kto może? – spytałam krótko.
- Minerwa, jest po drugiej
stronie.
Blondyn rzucił mi krótkie
spojrzenie, po czym odwrócił się i zniknął w tłumie. Ja zaczęłam się modlić,
żeby to trwało jak najkrócej.
***
Minęło 15 minut, a ja wciąż
stałam w tym samym miejscu wpatrując się w trybuny naprzeciwko. Malfoy jeszcze
nie dotarł na miejsce, co mnie niepokoiło, gdyż gra ślizgonów była coraz
bardziej brutalna. Zerkałam więc na przemian, to na Minerwę, to na boisko.
Nagle zauważyłam jakiś ruch naprzeciwko i gdzieś w tłumie błysnęły mi blond
włosy. Odetchnęłam z ulgą, ale nie na długo.
Z tyłu usłyszałam pisk jakiejś
dziewczyny, a tłum zaczął wrzeszczeć jeszcze głośniej. Czułam się jak w amoku,
nie miałam pojęcia co się dzieje. I wtedy całe trybuny zamilkły. Nastała cisza
wypełniona oczekiwaniem i przerażeniem. I wtedy to zobaczyłam. Mała sylwetka
chłopca lecąca w dół z ogromnej wysokości. Bezwiednie chwyciłam za różdżkę i
rzuciłam Slovatio, a po chwili już
przedzierałam się w dół trybun.
Kolejne wydarzenia przelatywały
mi przed oczami w zwolnionym tempie. Gwizdek pani Hooch, mój bieg na dół, głos
Minerwy krzyczący coś, ja pochylająca
się nad Scorpiusem, pani Pomufrey i Padma i czyjaś dłoń na moim ramieniu…
05.12.2003r. – Niedziela
Odkąd Scorpius trafił do skrzydła
szpitalnego minęło dziesięć dni. Dowiedziałam się od Ginny, że po meczu wpadłam
w szał i odjęłam Slytherinowi 100 punktów, a co dziwniejsze, Damien Chooks, ich
opiekun, nie protestował. Dał im nawet szlaban do końca roku. Malfoy zjawiał
się w zamku codziennie i odwiedzał swojego syna po ciszy nocnej, ale nikt mu
nie zabraniał. Mały był w dużo gorszym stanie niż Harry, gdy miał podobny
wypadek. Teraz był w śpiączce, pani Pomufrey powiedziała, że wkrótce się
wybudzi. Ja odwiedziłam go tylko raz, natłok obowiązków nie pozwolił mi na
więcej. Dlatego dziś, w niedzielę, postanowiłam zajrzeć do skrzydła.
Szłam korytarzem prowadzącym na
trzecie piętro*, w duchu ciesząc się, że dziś wypadała wycieczka do Homesdage.
Zamek był praktycznie pusty, wszyscy chcieli skorzystać z ostatnich,
bezśnieżnych dni. Neville zgodził się zabrać mój dyżur, więc miałam dziś wolne.
Skręciłam w wąską odnogę za starą zbroją, korzystając ze skrótu. Już po dwóch
minutach byłam u celu. Cicho wślizgnęłam się do środka, gdzie zastał mnie
wzruszający widok. Draco Malfoy trzymał swojego synka za rękę i spał na
krześle. Zauważyłam, że ma cienie pod oczami, musiał tutaj czuwać całą noc…
Najciszej jak mogłam podeszłam
do łóżka i przysunęłam sobie drugie krzesło. Usiadłam na nim i wpatrzyłam się w
twarz Malfoya. Bardzo się zmienił od czasów wojny. Nie był już młodzianem, jego
rysy stały się bardziej dojrzałe, a wyraz twarzy nabrał życiowej mądrości.
Teraz, gdy spał wyglądał beztrosko i spokojnie, zupełnie inaczej niż ten
człowiek, którego niegdyś znałam. Jak on
mógł zostać śmierciożercą? – spytałam sama siebie. Jak człowiek, który
siedzi całą noc przy synku mógł kiedyś mordować ludzi?
- Długo tutaj jesteś? – głos mężczyzny
wyrwał mnie z zamyślenia. Otworzył leniwie powieki i ziewnął przeciągle, po
czym wbił we mnie wzrok.
- Dopiero przyszłam –
odpowiedziałam cicho zdziwiona, że w jego tonie nie było nawet odrobiny
złośliwości.
- Aha – puścił dłoń syna i
nerwowo poprawił lekko podwinięty rękaw koszuli. Przyglądałam się temu z
zainteresowaniem. – Dziękuję – wyszeptał i popatrzył mi w oczy. Siedzieliśmy po
przeciwnych stronach łóżka, ale idealnie widziałam małą, czarną plamkę w rogu
jego tęczówki.
- Za co? – spytałam również
szeptem. Spotykam go po dziesięciu latach, a on mi dziękuje?
- Za uratowanie mojego syna –
odpowiedział i odwrócił wzrok. – Nie wiem, co bym bez niego zrobił… - jego oczy
zaszkliły się, a ja poczułam się jakby ktoś rzucił we mnie Petryficusem. On naprawdę ma uczucia? – I przepraszam za te
wszystkie lata – dodał patrząc na mnie żałośnie. – Za te wszystkie wyzwiska i
poniżenia. Nigdy nie uważałem cię za kogoś niższego ode mnie, Hermiono – tutaj
urwał, a ja zdębiałam. Po raz pierwszy usłyszałam swoje imię z jego ust. Po raz
pierwszy odezwał się do mnie z szacunkiem. – Wręcz przeciwnie, zawsze podziwiałem
twoją inteligencję i zazdrościłem ci normalnej, kochającej rodziny, przyjaciół
trzymających się z tobą nie ze względu na pieniądze i tego, że byłaś
postrzegana jako bohaterka. Jako mały dzieciak miałem wyprany mózg, patrzyłem z
zachwytem na mojego ojca, ale gdy po raz pierwszy zobaczyłem ludzką śmierć,
zmieniłem się. Od wtedy grałem. Grałem zimnego, wrednego arystokratę otaczając
się tymi, którzy naprawdę tacy byli…
Zrozumiem jeśli mi nie wybaczysz, ja do dziś nie mogę patrzeć na siebie w
lustro, ale chciałem, żebyś wiedziała, że wszystko, co powiedziałem nie było
prawdą – po jego policzku poleciała łza, ale szybko ją starł. – To wszystko
było tylko grą.
Zapadła okrutna cisza. W mojej
głowie zawrzało od myśli. Wierzyłam mu. Patrząc mu w oczy wtedy, na boisku
quiddicha, wiedziałam, że się zmienił. I gdy stał teraz przede mną trzęsąc się
od emocji, wiedziałam, że wszystko co powiedział było prawdą. Nie wiedziałam
jednak co zrobić. Pozwolić mu odejść i wciąż obwiniać się za błędy z
przeszłości? Powiedzieć, że wybaczyłam, mając nadzieję, że słowa mu wystarczą? Nie,
nie mogłam na to pozwolić. On otworzył się przede mną, był szczery, a ja nie
mogłam patrzyć na jego cierpienie. Wstałam i wolnym krokiem podeszłam do niego.
Stał przy oknie wpatrując się w horyzont. Stanęłam tuż obok i patrząc na niego
wyszeptałam:
- Draco…
Skutek był natychmiastowy.
Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na mnie zaszklonymi oczami, a ja zrobiłam
coś, czego nikt by się nie spodziewał.
Przytuliłam go.
Chciałam mu w ten sposób
pokazać, że widzę w nim człowieka, a
nie potwora. Kogoś zdolnego do
współczucia, miłości i innych uczuć, a nie zwykłą maszynę do zabijania. Słowa
są puste, tym gestem przekazałam mu wszystkie moje myśli. Poczułam jego ciepło,
bicie jego serca, spokojny, miarowy oddech… Nie wiem ile tak staliśmy, ale
oboje nie chcieliśmy tego przerwać. Ja, bo chciałam go pocieszyć, on,
spragniony bliskości drugiego człowieka. Złapał mnie kurczowo w pasie, jakby
bał się, że ucieknę. Ale ja nie miałam zamiaru uciekać.
- Dziękuję ci, Hermiono –
wyszeptał mi do ucha i pocałował mnie w policzek. Odsunęliśmy się od siebie.
Uśmiechnął się słabo, a ja odpowiedziałam tym samym.
Do końca dnia nie rozmawialiśmy
zbyt wiele, słowa nie były nam potrzebne. Czułam, że tego dnia pękła jakaś
bariera, ale nie wiedziałam jeszcze jak to się dalej potoczy.
22.12.2003r. - Wtorek
Tego roku zima przyszła późno,
ale była wyjątkowo piękna. Nie było zimno, temperatura sięgała maksymalnie -5
stopni, a śnieg delikatnie spadał pokrywając ziemię i drzewa ślicznym, białym
puchem. Obserwowałam z okna mojego gabinetu błonia, uwielbiałam to robić.
Przypominałam sobie wtedy beztroskie czasy, gdy z Harrym, Ronem, Ginny i
bliźniakami biegaliśmy po śniegu i urządzaliśmy bitwy na śnieżki. Kiedyś Fred i
George ulepili bałwana w kształcie trolla i nazwali go Snape… Były to miłe
wspomnienia i nawet te z wojny nie mogły ich zniszczyć. Dużo przeszłam, ale w
ciągu dziesięciu lat nauczyłam się nie rozpamiętywać smutnych wydarzeń. Owszem,
pierwsze lata po wojnie były istną torturą, budziłam się w środku nocy zlana
potem słysząc sadystyczny krzyk Bellatrix „Jesteś
nic nie wartą szlamą! Takie jak ty nie mają prawa żyć!”, lub widząc martwe
twarze przyjaciół…
Ciche pukanie do szyby wyrwało
mnie z zamyślenia. Zauważyłam małą, czarną sówkę z przywiązanym do łapki
liścikiem. Uchyliłam okienko i wpuściłam ją do środka. Delikatnie rozwiązałam
pięknie zawiązaną szkarłatną wstążkę i rozłożyłam kawałek pergaminu. Gdy tylko
zobaczyłam podpis, uśmiechnęłam się do siebie.
To był list od Draco.
Droga
Hermiono!
W
Hogwarcie nie ma chyba zbyt ciekawych rozrywek, a szczególnie dla osób tak
młodych jak Ty. Jeśli nie masz jakichś planów, chciałbym Cię zaprosić do siebie
na święta. Odkąd rozstałem się z Astorią, spędzam je sam ze Scorpiusem.
Pomyślałem, że byłaby to miła odmiana, Scorpius byłby bardzo szczęśliwy.
Jeśli
jednak masz inne plany, zrozumiem i nie będę nalegał. Odpisz szybko!
Twój Draco
Wciąż z uśmiechem na ustach
sięgnęłam po pergamin i niespiesznie zaczęłam pisać odpowiedź.
Zapowiadały się
ciekawe święta.
***
Draco odebrał mnie w Homesdage o
19.00, gdy wszyscy uczniowie już wyjechali. Teleportowaliśmy się do jego
posiadłości w północnej Anglii, tuż nad morzem. Okazało się, że Malfoy Manor
zostało spalone tuż po wojnie, mężczyzna nie chciał mieszkać w miejscu, w
którym zamordowano tyle osób. Teraz kupił niewielki domek na klifie z trzema sypialniami,
dużym salonem i drugim, mniejszym, kuchnią, czterema łazienkami i biblioteczką.
Z zewnątrz domek ozdobiony był drewnianymi panelami i kamiennymi wstawkami, a w
oknach zawieszone były doniczki z kwiatami. Za domem znajdował się niewielki
ogródek, a w nim fontanna i ławeczka. Draco powiedział mi, że z Astorią mieli
mieszkanie w samym centrum Londynu, ale nienawidził tego ciągłego zgiełku, więc
przeniósł się tutaj. Resztę dnia spędziliśmy na rozmowach o tym, co działo się
przez te dziesięć lat. On słuchał uważnie gdy opowiadałam mu o moim związku z
Ronem, o tym jak rozstaliśmy się gdy objęłam stanowisko nauczyciela w
Hogwarcie, i o mojej codziennej pracy. Ja zaś poznałam całą historię jego
związku z Astorią, samotne wychowanie Scorpiusa i jego problemy. Nie było ani
chwili, żebyśmy się nudzili. Gdy wybiła północ, pożegnaliśmy się i poszliśmy
spać.
24.12.2003r. - Sobota
Dni w posiadłości Dracona mijały
bardzo miło. Poznałam go od tej strony, o której nikt nie miał pojęcia. Gdy
opowiadał mi o swoim dawnym życiu w Malfoy Manor, o wszystkich torturach przez
które przechodził i o rzeczach, które widział, coraz bardziej mu współczułam.
Staliśmy się przyjaciółmi, co było dziwne zważając na lata naszej nienawiści.
Mówiłam mu wszystkie moje sekrety i zawsze mogłam liczyć na to, że mnie
wysłucha. Dziś obudziłam się w świetnym nastroju, w końcu była Wigilia!
Spojrzałam na zegarek, była
7.00, więc wszyscy pewnie jeszcze spali. Powoli zwlekłam się z łóżka i
wyciągnęłam z szafy czarne jeansy i kremowy sweterek. Weszłam do pięknie
urządzonej łazienki i wzięłam gorący prysznic, ubrałam się i nałożyłam lekki
makijaż (w końcu nie chcę wyglądać jak Parkinson!). Włosy spięłam zaklęciem w
warkocza francuskiego, którego uwielbiam. Gdy byłam już gotowa, wyszłam z
pokoju i zeszłam na dół, do kuchni. Jako, że była wczesna pora, zrobiłam sobie cappuccino
z ekspresu i usiadłam przy oknie.
- Oszalałaś z tym wstawaniem? –
Draco wślizgnął się do kuchni tak cicho, że na dźwięk jego głosu podskoczyłam
rozlewając kawę. Odwróciłam się i zobaczyłam, że ubrany jest w jeansy i
rozpiętą koszulę odsłaniającą jego pięknie wyrzeźbiony tors. Nagle zrobiło mi
się gorąco. – Są święta – roześmiał się głośno i usiadł obok mnie, a ja
odpowiedziałam tym samym.
- Jakie plany na dziś? –
spytałam czyszcząc sweterek różdżką.
- Idziemy na zakupy – uśmiechnął
się chytrze i wbił we mnie wzrok. Nienawidziłam gdy przyglądał mi się w ten sposób. Zawsze się wtedy rumieniłam.
- Zakupy? – zmarszczyłam ze
zdziwieniem brwi. – Po co?
- A po co się chodzi na zakupy? –
roześmiał się głośno, a ja pokręciłam tylko głową.
***
Okazało się, że poszliśmy na
Oxford Street, gdzie odwiedziliśmy wszystkie sklepy. Draco upierał się, że
zasponsoruje mi wszystko tak mocno, że nie miałam sił się sprzeczać. Gdyby
poprzestał na ubraniach, nie byłoby tak źle, lecz on kupił mi też cholernie
drogi naszyjnik… Próbowałam odmówić, ale wziął mnie na litość. Później
poszliśmy na lunch do uroczej kawiarni. Teraz spacerowaliśmy po parku.
- Wyglądasz pięknie Hermiono –
powiedział nagle Draco, a ja znów się zarumieniłam. Jego ciągłe komplementy
wprowadzały mnie w zakłopotanie.
- Przestań mi słodzić –
roześmiałam się cicho i spojrzałam na niego kątem oka. – Te babeczki były
wystarczająco słodkie – dodałam, a on wybuchnął głośnym śmiechem.
- Chciałbym, ale nie mogę –
spoważniał nagle i spojrzał mi w oczy. – Dzięki tobie czuję się jak człowiek, a
nie nic nie warty śmieć – dodał ze smutkiem w głosie, a mi przypomniała się
sytuacja ze skrzydła szpitalnego. Wtedy patrzył na mnie jak mały, zagubiony
chłopiec.
- Draco, ty jesteś człowiekiem – złapałam go za rękę i
ścisnęłam ją. Staliśmy nad niewielkim oczkiem wodnym. – Nie daj sobie wmówić,
że jest inaczej – dodałam cicho, a on przybliżył się do mnie. Poczułam, jak
serce zaczyna mi bić coraz szybciej.
- Dziękuję ci Hermiono –
wyszeptał, gdy dzieliło nas kilka centymetrów. Poczułam jego ciepły oddech na
moich wargach, a serce biło jak oszalałe.
- Za co? – wydukałam resztką sił
wbijając wzrok w jego piękne oczy.
- Za to, że jesteś –
odpowiedział i po chwili nasze usta złączyły się w długim, czułym pocałunku.
Nie liczyło się nic poza tą chwilą. Niespiesznie pieściliśmy się językami,
wkładając w pocałunek wszystkie nasze emocje. Wsunęłam dłoń w jego włosy, a on
objął mnie w pasie. Gdy oderwaliśmy się od siebie, upojeni szczęściem, zapytał –
Hermiono Granger, czy zostaniesz moją żoną?
24.12.2005r. - Piątek
Od naszego ślubu minęły już dwa
lata, dwa wspaniałe lata u boku Draco. Życie uwielbia płatać nam psikusy, a to,
że zakochałam się w moim dawnym wrogu z pewnością jest jednym z nich. Może to
zabrzmi dziwnie, lecz u jego boku jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd. Każdy
dzień przynosi nowe niespodzianki, każdego dnia poznajemy się na nowo. W naszym
związku nie ma miejsca na nudę, a kłótnie w ogóle nie istnieją. Kiedyś
myślałam, że prawdziwa miłość nie istnieje, ale tak naprawdę nie miałam okazji jej
doświadczyć.
Tak, ja, Hermiona Granger,
kocham tego arystokratycznego dupka, tę fretkę, Draco Malfoya.
I zostanę z nim dopóki śmierć
nas nie rozłączy.
*Prawo Murphy'ego - Jeśli myjesz auto, zaczyna padać deszcz itp.
*Umieściłam skrzydło szpitalne na 3 piętrze
----------
No witam! ^^ Nie ma rozdziału, będzie jutro, ale jest ta dłuuuuga miniaturka! Jestem z niej bardzo zadowolona, naprawdę :) Widzę, że wszyscy czytelnicy głosowali na 18+, która się pojawi, ale nie wiem kiedy. Będzie to moje pierwsze spotkanie z pisaniem takich scen, więc nie chcę się śpieszyć :) Ta miniaturka jest słodka, może nawet za bardzo, ale miło mi się ją pisało :) Mam nadzieję, że Wam się podoba.
Nie jestem zadowolona z Waszego komentowania, wyświetleń przybywa, a komentarzy nie... Coś jest nie tak? :/
Buziaki! :*
Alicia*
Ps. Przepraszam za wszystkie błędy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)