01.09.2003r. - Poniedziałek
Pierwszy września to dzień
wyjątkowo chaotyczny, szczególnie dla mnie. To wtedy kończy się wolność i
zaczyna moja praca. Tak jak zawsze marzyłam, zostałam nauczycielką w Hogwarcie,
objęłam stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią tuż po skończeniu prac
remontowych. Z początku było ciężko, wydawałoby się, że profesorowie zajmują
się gnębieniem uczniów i popijaniem ognistej whisky w swoich prywatnych
pokojach, ale, niestety, to nie jest prawda. Do dziś pamiętam mój pierwszy
dzień pracy, dokładnie 10 lat temu, szczególnie zapisały mi się w pamięci miny
uczniów widzące kogoś tak młodego na tym stanowisku. Uczyłam przecież moich
znajomych z młodszych klas! Ale nie żałuję. Oprócz mnie, w Hogwarcie pracuje
również Neville, zajmuje się zielarstwem, i Padma Patil (dostała pierścionek
zaręczynowy od George’a!), pomagająca pani Pomufrey. Podczas meczów quiddicha
wpada też Harry z Ginny, aby szukać młodych talentów do nowo powstałych
Hogwardzkich Błyskawic. Organizujemy też spotkania absolwentów, więc wiem co
słychać u innych.
Ale dzisiaj stało się coś, co
bardzo mnie zszokowało, a uwierzcie, że po 10 latach pracy z dziećmi, mało co
wywiera na mnie wrażenie. Wszystko zaczęło się od typowego bałaganu – Minerwa
prowadziła nowych uczniów na ceremonię przydziału. Ja popijałam sobie spokojnie
sok dyniowy, gdy usłyszałam cichy szept Neville’a:
- Czy to nie jest syn Malfoya? –
szturchnął mnie lekko i skinął głową w stronę małego chłopca z platynowoblond
włosami i szarymi oczami. Wykapany tatuś
– pomyślałam z ironią i nagle coś do mnie dotarło. Przez te dziesięć lat
nie słyszałam żadnej wzmianki o Malfoyu! Nie pojawił się na żadnym spotkaniu,
nikt o nim nie wspominał… Jednym słowem zapadł się pod ziemię! Jak ja mogłam
tego nie zauważyć?!
- On ma dziecko? – spytałam, gdy
uporządkowałam już nieco chaos w mojej głowie, ale doskonale wiedziałam, że to
jest jego
syn. Nikt inny nie miał takiego koloru włosów…
- Taa, nazywa się Scorpius,
matką jest Astoria – do rozmowy wtrąciła się Padma. – Ponoć urodziła dziecko i
Malfoy od razu wniósł o rozwód. Wychowuje go samotnie… - ucięła, bo ceremonia
rozpoczęła się. Moje myśli odpłynęłyby zapewne bardzo daleko, gdyby nie
przemowa Minerwy, których zawsze słuchałam.
- Witam was wszystkich w Szkole
Magii i Czarodziejstwa Hogwart! – głos dyrektorki odbił się hukiem od ścian
wywołując przerażenie na twarzach nowych uczniów. Ja wpatrywałam się w twarz
małego Scorpiusa i coś mi nie grało… - Jak zapewne wiecie, nasza szkoła
podzielona jest na cztery domy założone przez legendarnych czarodziei –
Gryffindor, Ravenclaw, Huffelpuf i Slytherin. Naszą tradycją jest Ceremonia
Przydziału, która za chwilę będzie miała miejsce. Gdy wyczytam imię i nazwisko
jednego z was, podejdźcie do stołka i nałóżcie tiarę, która umieści was w
jednym z domów – wtedy Minerwa zaczęła wyczytywać po kolei uczniów, a mnie po
raz kolejny olśniło. Scorpius się uśmiechał! I to nie w Malfoyowskim stylu! Na
jego twarzy widniał szeroki, promienny uśmiech. Wyglądał jak mniejsza wersja
ojca, ale pozbawiona arogancji, złośliwości i tego chłodu.
Z mojego zamyślenia wyrwał mnie
dopiero nagły ruch chłopaka, i po chwili zorientowałam się, że został
wyczytany. Podszedł spokojnym krokiem do stołka i usiadł na nim. Widziałam, że
tiara mówiła coś do niego, ale nikt tego nie słyszał. Nagle całą salę wypełnił
jej krzyk:
- GRYFFINDOR!
***
- JAK TO W GRYFFINDORZE?! –
krzyk Ginny wypełnił moją prywatną komnatę. Po ceremonii odprowadziłam mój dom,
Gryffindor właśnie, i od razu napisałam list do przyjaciółki. Uwielbiała
plotki, a to była nie byle jaka wiadomość! Najmłodsza latorośl
arystokratycznego rodu w domu lwa?
- Też nie wiem jak to możliwe,
Gin – mruknęłam ciesząc się w duchu, że nałożyłam na komnatę Silencio. Głos Weasleyówny był nie
gorszy od jej matki. – Wiesz w ogóle co się dzieje z Malfoyem?
- Tata mi mówił, że pracuje w
biurze aurorów, wykonuje jakąś papierkową robotę – odparła już nieco
spokojniej. – Rozstał się z tą wywłoką, Greengrass tuż po wojnie. Czekał tylko,
aż urodzi dziecko… - nagle do drzwi rozległo się pukanie. Wstałam niechętnie z
kanapy i otworzyłam je. W progu stał Neville z Padmą i nową nauczycielką
astronomii, Clarie Meauxedos z Francji, która była w naszym wieku. Zauważyłam,
że mój kolega trzyma za plecami jakąś butelkę…
- Rok szkolny trzeba oblać! – na
twarz Padmy wpłynął szeroki uśmiech, ale Neville spojrzał na nią karcąco. – O,
hej Gin – dodała wchodząc do środka i wygodnie rozkładając się na mojej sofie.
Okazało się, że butelka trzymana
przez Neville’a, została zaczarowana i mieściło się w niej 5 litrów ognistej
whisky! Na szczęście było nas sporo, bo doszły jeszcze trzy osoby, a w szafce
miałam spory zapas eliksiru na kaca. Z czasem nasze rozmowy zeszły na błahe
tematy, ale szczególnie zapamiętałam słowa Padmy.
Czasy
się zmieniają, ludzie też. Rany po wojnie prawie się zagoiły, więc może to jest
początek zgody między domami?
11.10.2013r. – Wtorek
Młody Scorpius okazał się być
wyjątkowo bystrym dzieckiem. I niesamowicie spokojnym, jak na kogoś noszącego
nazwisko Malfoy. Odrabiał wszystkie prace domowe, dostawał najwyższe oceny, zawsze
odnosił się do mnie z szacunkiem i… życzliwością. Od razu go polubiłam, ale
zauważyłam, że uczniowie ze Slytherinu patrzą na niego z pogardą. Czułam, że na
ukradkowych spojrzeniach się nie kończy, ale nigdy nie przyłapałam ich na
gorącym uczynku…Dlatego postawiłam sobie za punkt honoru obserwować ich
zachowania. Było mi go bardzo szkoda, płacił za błędy swojego ojca, i to te sprzed
dziesięciu lat. Słyszałam, że Malfoy zrobił wszystko, żeby wymazać grzechy z
przeszłości, niestety, piętno w postaci nazwiska odcisnęło się na jego synku. I
on musiał o tym wiedzieć. Ale czy może coś zrobić?
26.11.2003r. – Czwartek
Ten dzień zapowiadał się
wyjątkowo spokojnie. Wstałam o 8.00 i niespiesznie zaczęłam się ubierać na
śniadanie. Dotarłam do Wielkiej Sali nie upominając nikogo (!), a na śniadaniu
wszyscy byli jacyś spokojni… Przeżuwałam leniwie tosta z dżemem malinowym, gdy
do Sali wbiegł Sam Cherey, piątoklasista z Grayffindoru, w stroju do quiddicha i ruszył w moją stronę.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie o meczu Gryffindor – Slytherin, który miał
się dzisiaj odbyć. Jak ja mogłam o tym zapomnieć?! Quiddich nigdy mnie zbytnio
nie interesował, ale nie wiedzieć o meczu swojego domu to wstyd.
- Pani… profesor… - wydyszał, a
ja spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem. Wyglądał na bardzo przejętego. –
Nasz szukający złamał nogę… - wychrypiał wreszcie, a ja zdębiałam. Dlaczego
musiał złamać nogę teraz?! Cholera jasna, miał całe dwa miesiące, mógł łamać ją
i leczyć, łamać, leczyć, łamać… Ale teraz, w ostatniej chwili, musiał złamać
nogę? Murphy, ty idioto.*
- Macie kogoś na zastępstwo? –
spytałam cicho patrząc na niego z przerażeniem. Wiedziałam ile ten mecz znaczy
dla moich podopiecznych i musiałam temu zaradzić.
- Nie, w tym roku pokłóciliśmy
się z Johnem i odszedł miesiąc temu – przeklęłam w myślach, ale szybko się
uspokoiłam. Do meczu pozostała godzina, a my nie mieliśmy szukającego. Damy radę - pomyślałam optymistycznie i, wciąż z tostem
w zębach, ruszyłam do stołu mojego domu.
Musiałam wyglądać naprawdę
dziwnie, ponieważ nagle wszyscy uczniowie domu lwa zamilkli i wytrzeszczyli
oczy. Poprawiłam szatę i zwróciłam się do Sama:
- Wymień wszystkich, którzy
dobrze grają – poleciłam, a uczniowie jeszcze szerzej otworzyli oczy. Chłopak
popatrzył na mnie ze zdziwieniem. – No, szybciej – ponagliłam.
- Yyy… Anthony Cell, Max Derey,
Ella Herts, Steve Igg i… - urwał na chwilę. – Scorpius Malfoy – powiedział
prawie szeptem.
- Dobra, wymienione osoby wstają
i idą za mną – zarządziłam i nie czekając na nikogo ruszyłam szybkim krokiem na
boisko quiddicha. Wyszłam na błonie i poczułam chłodny powiew powietrza
smagający mnie po twarzy. Pogoda też postanowiła zrobić psikusa i padała
dzisiaj mżawka, a wiatr był mocny i, co gorsze, zimny. Po chwili dogonili mnie
wymienieni i kątem oka zauważyłam, że trzęsą się z zimna. – Od czego wy macie
różdżki? – zganiłam ich i szybko rzuciłam na nas wszystkich zaklęcie
osłaniające. Jeszcze tego brakuje, żeby ktoś zachorował!
- Pani profesor, gdzie my
idziemy? – usłyszałam piskliwy głosik Elli Herts, chodzącej na czwarty rok.
- Ella, rusz mózgiem – mruknęłam
zdenerwowana. Dziewczyna przeraziła się, więc nieco łagodniej dodałam – Na
boisko quiddicha, nie mamy szukającego – nagle dziewczyna zarumieniła się, a ja
zmarszczyłam brwi. – Co się dzieje?
- No bo… Ja… Yyy… - Ella jąkała
się, ale spojrzałam na nią surowo. – Jestem niedysponowalna – wydusiła
wreszcie, a ja westchnęłam cicho.
- Wracaj do środka –
powiedziałam i przyspieszyłam krok, bo czasu było coraz mniej. Wreszcie
dotarliśmy do celu.
Ustawiłam wszystkich w rzędzie i
dałam im jakieś zapasowe miotły znalezione w składziku. Wytłumaczyłam, że
wypuszczę jednego znicza, a osoba, która pierwsza go złapie, zostaje
szukającym. Upewniłam się jeszcze, że wszyscy mają na sobie czar ogrzewający,
po czym krzyknęłam „Start!”.
Minuty ciągnęły się
nieubłaganie, a nikt nawet nie zbliżył się do znicza. Najciekawszą akcją było
zderzenie Maxa i Steve’a, z którego ten pierwszy nie wyszedł cało. Pozostał
więc Steve, Anthony i Scorpius, który, o dziwo, świetnie sobie radził z miotłą.
Nawet tą beznadziejną ze składziku. Do meczu zostało pół godziny, a ja myślałam
już jakim sposobem mam wylosować szukającego i marzyłam o cieplutkiej kawie,
gdy Sam poderwał się z miejsca i krzyknął:
- Scorpius! – wytężyłam wzrok i
zauważyłam małego blondyna mknącego za złotą kropeczką. Odruchowo wstrzymałam
oddech. Chłopiec wyciągnął rękę do przodu… Znicz był coraz bliżej i
bliżej… - ZŁAPAŁ GO! – wrzasnął Sam, a
ja wypuściłam z ulgą powietrze.
***
- Panie i panowie, witamy na
pierwszym w tym roku, i najbardziej emocjonującym spotkaniu, w tym roku! – Lee
Jordan postanowił kontynuować tradycję i wciąż przyjeżdżał na mecze Quddicha,
aby je komentować. – Dziś na boisku niewątpliwie zrobi się gorąco, ponieważ
wspaniali Gryfoni zagrają z tymi pokrakami…
- Lee! – głos Minerwy wywołał
falę śmiechu na trybunach.
- Yyy… Świetnie przygotowanymi
Ślizgonami, pani dyrektor – czarnoskóry uśmiechnął się rozbrajająco, co
wywołało kolejną salwę śmiechu. Ja stałam przy wejściu na boisko, a za mną
ustawiona w rządku drużyna, już w komplecie.
Obserwowałam trybuny, wyłowiłam
nawet rude włosy Gin, gdy nagle poczułam, że ktoś ciągnie mnie za rękaw.
Odwróciłam się i zobaczyłam małego Scorpiusa ubranego w zbyt dużą szatę.
- Mogłaby pani napisać do taty?
– spytał, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt… smutku? – On byłby
bardzo szczęśliwy, gdyby wiedział… - uciął i wlepił wzrok w buty.
- Nie sądzę, żeby twój tatuś
zdążył przyjechać od razu… - starałam się jak najdelikatniej odmówić, ale wtedy
zobaczyłam, że oczy chłopaka się zaszkliły. – Ale mogę wysłać sowę – dodałam
szybko, po czym poklepałam go po ramieniu. – Idźcie już.
***
Zgodnie z prośbą małego wysłałam
sowę do Malfoya, jednak napisałam krótki i bardzo suchy liścik, a pod spodem
napisałam jedynie swoje inicjały. Mecz trwał już ponad godzinę i prowadzili
ślizgoni, grający wyjątkowo brutalnie, 70:40. Nigdy nie emocjonowałam się tą
grą, ale miałam cichą nadzieję, że moi podopieczni utrą nosa tym wrednym
ślizgonom… Założyłam się zresztą z Ginny o czekoladę, że Scorpius złapie znicza
i wygramy. Niestety, pałkarze domu węża ustawili sobie chyba za cel wykończenie
małego, bo co chwilę osaczali go i próbowali poturbować, albo nasyłali na niego tłuczki.
Byłam właśnie pogrążona
pogawędką z Luną, która wpadła w odwiedziny, gdy na trybunach zawrzało.
Odwróciłam głowę i spojrzałam zdezorientowana na boisko. Zastał mnie niezbyt
miły widok, Scorpius ściśnięty był pomiędzy dwoma pałkarzami i z przerażeniem w
oczach starał się uwolnić. Niestety, przy jego posturze było to niemożliwe, a
dwaj ślizgoni zaczęli go szturchać! Fuknęłam z oburzenia i nie patrząc na nic
ruszyłam w stronę pani Hooch. Nie mogłam pozwolić na to, by coś mu się stało!
- Rolando! – krzyknęłam, żeby
zwrócić na siebie uwagę sędziny, która żywo dyskutowała z jakimś mężczyzną. Nie
było to łatwe szczególnie, że otaczał mnie ogromny, rozwrzeszczany tłum. –
ROLANDO!
Kobieta usłyszała to i spojrzała
na mnie, a ja mocniej przecisnęłam się przez tłum. Byłam już blisko, gdy
mężczyzna, z którym prowadziła dyskusję odwrócił się i zobaczyłam jego twarz.
Przede mną stał Draco Malfoy.
- Co się stało Hermiono? –
spytała po chwili pani Hooch, a ja wpatrywałam się w te szare oczy, niegdyś
pełne pogardy… A teraz? Zobaczyłam coś na kształt troski, ciepła i… smutku. –
Hermiono! – krzyknęła, a ja oderwałam wzrok od blondyna.
- Przerwij grę Rolando, oni
zabiją nam szukającego – na twarzy mojej koleżanki pojawił się dziwny grymas.
- Nie mogę, Herm – odpowiedziała
wolno. – Faule w quiddichu to rzecz normalna, tłumaczyłam to już Draconowi –
dodała ciszej.
- Jak to nie możesz?! – mój gryfoński
temperament dał o sobie znać. – On ma jedenaście lat do cholery jasnej! –
krzyknęłam przyciągając spojrzenia kibiców. – Nie pozwolę skrzywdzić mojego
podopiecznego, Rolando.
- A ja mojego syna – wycedził stojący
obok mnie Malfoy. Dopiero teraz zauważyłam, że ubrany był w zwykłe jeansy,
koszulkę z krótkim rękawem i marynarkę, zakrywającą lewe przedramię. Zauważył
moje spojrzenie i natychmiast poprawił rękaw, a mi zrobiło się niezwykle
głupio. On się tego wstydził. Mrocznego znaku nie dało się usunąć, jedyne osoby
zdolne do tego, Dumbledore i Voldemort, już dawno nie żyły. Dlatego wszyscy,
którzy zostali zmuszeni do służby w szeregach Czarnego Pana, musieli teraz żyć
w cieniu.
- Kiedy ja naprawdę nie mogę nic
zrobić! – jęknęła żałośnie pani Hooch.
- A kto może? – spytałam krótko.
- Minerwa, jest po drugiej
stronie.
Blondyn rzucił mi krótkie
spojrzenie, po czym odwrócił się i zniknął w tłumie. Ja zaczęłam się modlić,
żeby to trwało jak najkrócej.
***
Minęło 15 minut, a ja wciąż
stałam w tym samym miejscu wpatrując się w trybuny naprzeciwko. Malfoy jeszcze
nie dotarł na miejsce, co mnie niepokoiło, gdyż gra ślizgonów była coraz
bardziej brutalna. Zerkałam więc na przemian, to na Minerwę, to na boisko.
Nagle zauważyłam jakiś ruch naprzeciwko i gdzieś w tłumie błysnęły mi blond
włosy. Odetchnęłam z ulgą, ale nie na długo.
Z tyłu usłyszałam pisk jakiejś
dziewczyny, a tłum zaczął wrzeszczeć jeszcze głośniej. Czułam się jak w amoku,
nie miałam pojęcia co się dzieje. I wtedy całe trybuny zamilkły. Nastała cisza
wypełniona oczekiwaniem i przerażeniem. I wtedy to zobaczyłam. Mała sylwetka
chłopca lecąca w dół z ogromnej wysokości. Bezwiednie chwyciłam za różdżkę i
rzuciłam Slovatio, a po chwili już
przedzierałam się w dół trybun.
Kolejne wydarzenia przelatywały
mi przed oczami w zwolnionym tempie. Gwizdek pani Hooch, mój bieg na dół, głos
Minerwy krzyczący coś, ja pochylająca
się nad Scorpiusem, pani Pomufrey i Padma i czyjaś dłoń na moim ramieniu…
05.12.2003r. – Niedziela
Odkąd Scorpius trafił do skrzydła
szpitalnego minęło dziesięć dni. Dowiedziałam się od Ginny, że po meczu wpadłam
w szał i odjęłam Slytherinowi 100 punktów, a co dziwniejsze, Damien Chooks, ich
opiekun, nie protestował. Dał im nawet szlaban do końca roku. Malfoy zjawiał
się w zamku codziennie i odwiedzał swojego syna po ciszy nocnej, ale nikt mu
nie zabraniał. Mały był w dużo gorszym stanie niż Harry, gdy miał podobny
wypadek. Teraz był w śpiączce, pani Pomufrey powiedziała, że wkrótce się
wybudzi. Ja odwiedziłam go tylko raz, natłok obowiązków nie pozwolił mi na
więcej. Dlatego dziś, w niedzielę, postanowiłam zajrzeć do skrzydła.
Szłam korytarzem prowadzącym na
trzecie piętro*, w duchu ciesząc się, że dziś wypadała wycieczka do Homesdage.
Zamek był praktycznie pusty, wszyscy chcieli skorzystać z ostatnich,
bezśnieżnych dni. Neville zgodził się zabrać mój dyżur, więc miałam dziś wolne.
Skręciłam w wąską odnogę za starą zbroją, korzystając ze skrótu. Już po dwóch
minutach byłam u celu. Cicho wślizgnęłam się do środka, gdzie zastał mnie
wzruszający widok. Draco Malfoy trzymał swojego synka za rękę i spał na
krześle. Zauważyłam, że ma cienie pod oczami, musiał tutaj czuwać całą noc…
Najciszej jak mogłam podeszłam
do łóżka i przysunęłam sobie drugie krzesło. Usiadłam na nim i wpatrzyłam się w
twarz Malfoya. Bardzo się zmienił od czasów wojny. Nie był już młodzianem, jego
rysy stały się bardziej dojrzałe, a wyraz twarzy nabrał życiowej mądrości.
Teraz, gdy spał wyglądał beztrosko i spokojnie, zupełnie inaczej niż ten
człowiek, którego niegdyś znałam. Jak on
mógł zostać śmierciożercą? – spytałam sama siebie. Jak człowiek, który
siedzi całą noc przy synku mógł kiedyś mordować ludzi?
- Długo tutaj jesteś? – głos mężczyzny
wyrwał mnie z zamyślenia. Otworzył leniwie powieki i ziewnął przeciągle, po
czym wbił we mnie wzrok.
- Dopiero przyszłam –
odpowiedziałam cicho zdziwiona, że w jego tonie nie było nawet odrobiny
złośliwości.
- Aha – puścił dłoń syna i
nerwowo poprawił lekko podwinięty rękaw koszuli. Przyglądałam się temu z
zainteresowaniem. – Dziękuję – wyszeptał i popatrzył mi w oczy. Siedzieliśmy po
przeciwnych stronach łóżka, ale idealnie widziałam małą, czarną plamkę w rogu
jego tęczówki.
- Za co? – spytałam również
szeptem. Spotykam go po dziesięciu latach, a on mi dziękuje?
- Za uratowanie mojego syna –
odpowiedział i odwrócił wzrok. – Nie wiem, co bym bez niego zrobił… - jego oczy
zaszkliły się, a ja poczułam się jakby ktoś rzucił we mnie Petryficusem. On naprawdę ma uczucia? – I przepraszam za te
wszystkie lata – dodał patrząc na mnie żałośnie. – Za te wszystkie wyzwiska i
poniżenia. Nigdy nie uważałem cię za kogoś niższego ode mnie, Hermiono – tutaj
urwał, a ja zdębiałam. Po raz pierwszy usłyszałam swoje imię z jego ust. Po raz
pierwszy odezwał się do mnie z szacunkiem. – Wręcz przeciwnie, zawsze podziwiałem
twoją inteligencję i zazdrościłem ci normalnej, kochającej rodziny, przyjaciół
trzymających się z tobą nie ze względu na pieniądze i tego, że byłaś
postrzegana jako bohaterka. Jako mały dzieciak miałem wyprany mózg, patrzyłem z
zachwytem na mojego ojca, ale gdy po raz pierwszy zobaczyłem ludzką śmierć,
zmieniłem się. Od wtedy grałem. Grałem zimnego, wrednego arystokratę otaczając
się tymi, którzy naprawdę tacy byli…
Zrozumiem jeśli mi nie wybaczysz, ja do dziś nie mogę patrzeć na siebie w
lustro, ale chciałem, żebyś wiedziała, że wszystko, co powiedziałem nie było
prawdą – po jego policzku poleciała łza, ale szybko ją starł. – To wszystko
było tylko grą.
Zapadła okrutna cisza. W mojej
głowie zawrzało od myśli. Wierzyłam mu. Patrząc mu w oczy wtedy, na boisku
quiddicha, wiedziałam, że się zmienił. I gdy stał teraz przede mną trzęsąc się
od emocji, wiedziałam, że wszystko co powiedział było prawdą. Nie wiedziałam
jednak co zrobić. Pozwolić mu odejść i wciąż obwiniać się za błędy z
przeszłości? Powiedzieć, że wybaczyłam, mając nadzieję, że słowa mu wystarczą? Nie,
nie mogłam na to pozwolić. On otworzył się przede mną, był szczery, a ja nie
mogłam patrzyć na jego cierpienie. Wstałam i wolnym krokiem podeszłam do niego.
Stał przy oknie wpatrując się w horyzont. Stanęłam tuż obok i patrząc na niego
wyszeptałam:
- Draco…
Skutek był natychmiastowy.
Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na mnie zaszklonymi oczami, a ja zrobiłam
coś, czego nikt by się nie spodziewał.
Przytuliłam go.
Chciałam mu w ten sposób
pokazać, że widzę w nim człowieka, a
nie potwora. Kogoś zdolnego do
współczucia, miłości i innych uczuć, a nie zwykłą maszynę do zabijania. Słowa
są puste, tym gestem przekazałam mu wszystkie moje myśli. Poczułam jego ciepło,
bicie jego serca, spokojny, miarowy oddech… Nie wiem ile tak staliśmy, ale
oboje nie chcieliśmy tego przerwać. Ja, bo chciałam go pocieszyć, on,
spragniony bliskości drugiego człowieka. Złapał mnie kurczowo w pasie, jakby
bał się, że ucieknę. Ale ja nie miałam zamiaru uciekać.
- Dziękuję ci, Hermiono –
wyszeptał mi do ucha i pocałował mnie w policzek. Odsunęliśmy się od siebie.
Uśmiechnął się słabo, a ja odpowiedziałam tym samym.
Do końca dnia nie rozmawialiśmy
zbyt wiele, słowa nie były nam potrzebne. Czułam, że tego dnia pękła jakaś
bariera, ale nie wiedziałam jeszcze jak to się dalej potoczy.
22.12.2003r. - Wtorek
Tego roku zima przyszła późno,
ale była wyjątkowo piękna. Nie było zimno, temperatura sięgała maksymalnie -5
stopni, a śnieg delikatnie spadał pokrywając ziemię i drzewa ślicznym, białym
puchem. Obserwowałam z okna mojego gabinetu błonia, uwielbiałam to robić.
Przypominałam sobie wtedy beztroskie czasy, gdy z Harrym, Ronem, Ginny i
bliźniakami biegaliśmy po śniegu i urządzaliśmy bitwy na śnieżki. Kiedyś Fred i
George ulepili bałwana w kształcie trolla i nazwali go Snape… Były to miłe
wspomnienia i nawet te z wojny nie mogły ich zniszczyć. Dużo przeszłam, ale w
ciągu dziesięciu lat nauczyłam się nie rozpamiętywać smutnych wydarzeń. Owszem,
pierwsze lata po wojnie były istną torturą, budziłam się w środku nocy zlana
potem słysząc sadystyczny krzyk Bellatrix „Jesteś
nic nie wartą szlamą! Takie jak ty nie mają prawa żyć!”, lub widząc martwe
twarze przyjaciół…
Ciche pukanie do szyby wyrwało
mnie z zamyślenia. Zauważyłam małą, czarną sówkę z przywiązanym do łapki
liścikiem. Uchyliłam okienko i wpuściłam ją do środka. Delikatnie rozwiązałam
pięknie zawiązaną szkarłatną wstążkę i rozłożyłam kawałek pergaminu. Gdy tylko
zobaczyłam podpis, uśmiechnęłam się do siebie.
To był list od Draco.
Droga
Hermiono!
W
Hogwarcie nie ma chyba zbyt ciekawych rozrywek, a szczególnie dla osób tak
młodych jak Ty. Jeśli nie masz jakichś planów, chciałbym Cię zaprosić do siebie
na święta. Odkąd rozstałem się z Astorią, spędzam je sam ze Scorpiusem.
Pomyślałem, że byłaby to miła odmiana, Scorpius byłby bardzo szczęśliwy.
Jeśli
jednak masz inne plany, zrozumiem i nie będę nalegał. Odpisz szybko!
Twój Draco
Wciąż z uśmiechem na ustach
sięgnęłam po pergamin i niespiesznie zaczęłam pisać odpowiedź.
Zapowiadały się
ciekawe święta.
***
Draco odebrał mnie w Homesdage o
19.00, gdy wszyscy uczniowie już wyjechali. Teleportowaliśmy się do jego
posiadłości w północnej Anglii, tuż nad morzem. Okazało się, że Malfoy Manor
zostało spalone tuż po wojnie, mężczyzna nie chciał mieszkać w miejscu, w
którym zamordowano tyle osób. Teraz kupił niewielki domek na klifie z trzema sypialniami,
dużym salonem i drugim, mniejszym, kuchnią, czterema łazienkami i biblioteczką.
Z zewnątrz domek ozdobiony był drewnianymi panelami i kamiennymi wstawkami, a w
oknach zawieszone były doniczki z kwiatami. Za domem znajdował się niewielki
ogródek, a w nim fontanna i ławeczka. Draco powiedział mi, że z Astorią mieli
mieszkanie w samym centrum Londynu, ale nienawidził tego ciągłego zgiełku, więc
przeniósł się tutaj. Resztę dnia spędziliśmy na rozmowach o tym, co działo się
przez te dziesięć lat. On słuchał uważnie gdy opowiadałam mu o moim związku z
Ronem, o tym jak rozstaliśmy się gdy objęłam stanowisko nauczyciela w
Hogwarcie, i o mojej codziennej pracy. Ja zaś poznałam całą historię jego
związku z Astorią, samotne wychowanie Scorpiusa i jego problemy. Nie było ani
chwili, żebyśmy się nudzili. Gdy wybiła północ, pożegnaliśmy się i poszliśmy
spać.
24.12.2003r. - Sobota
Dni w posiadłości Dracona mijały
bardzo miło. Poznałam go od tej strony, o której nikt nie miał pojęcia. Gdy
opowiadał mi o swoim dawnym życiu w Malfoy Manor, o wszystkich torturach przez
które przechodził i o rzeczach, które widział, coraz bardziej mu współczułam.
Staliśmy się przyjaciółmi, co było dziwne zważając na lata naszej nienawiści.
Mówiłam mu wszystkie moje sekrety i zawsze mogłam liczyć na to, że mnie
wysłucha. Dziś obudziłam się w świetnym nastroju, w końcu była Wigilia!
Spojrzałam na zegarek, była
7.00, więc wszyscy pewnie jeszcze spali. Powoli zwlekłam się z łóżka i
wyciągnęłam z szafy czarne jeansy i kremowy sweterek. Weszłam do pięknie
urządzonej łazienki i wzięłam gorący prysznic, ubrałam się i nałożyłam lekki
makijaż (w końcu nie chcę wyglądać jak Parkinson!). Włosy spięłam zaklęciem w
warkocza francuskiego, którego uwielbiam. Gdy byłam już gotowa, wyszłam z
pokoju i zeszłam na dół, do kuchni. Jako, że była wczesna pora, zrobiłam sobie cappuccino
z ekspresu i usiadłam przy oknie.
- Oszalałaś z tym wstawaniem? –
Draco wślizgnął się do kuchni tak cicho, że na dźwięk jego głosu podskoczyłam
rozlewając kawę. Odwróciłam się i zobaczyłam, że ubrany jest w jeansy i
rozpiętą koszulę odsłaniającą jego pięknie wyrzeźbiony tors. Nagle zrobiło mi
się gorąco. – Są święta – roześmiał się głośno i usiadł obok mnie, a ja
odpowiedziałam tym samym.
- Jakie plany na dziś? –
spytałam czyszcząc sweterek różdżką.
- Idziemy na zakupy – uśmiechnął
się chytrze i wbił we mnie wzrok. Nienawidziłam gdy przyglądał mi się w ten sposób. Zawsze się wtedy rumieniłam.
- Zakupy? – zmarszczyłam ze
zdziwieniem brwi. – Po co?
- A po co się chodzi na zakupy? –
roześmiał się głośno, a ja pokręciłam tylko głową.
***
Okazało się, że poszliśmy na
Oxford Street, gdzie odwiedziliśmy wszystkie sklepy. Draco upierał się, że
zasponsoruje mi wszystko tak mocno, że nie miałam sił się sprzeczać. Gdyby
poprzestał na ubraniach, nie byłoby tak źle, lecz on kupił mi też cholernie
drogi naszyjnik… Próbowałam odmówić, ale wziął mnie na litość. Później
poszliśmy na lunch do uroczej kawiarni. Teraz spacerowaliśmy po parku.
- Wyglądasz pięknie Hermiono –
powiedział nagle Draco, a ja znów się zarumieniłam. Jego ciągłe komplementy
wprowadzały mnie w zakłopotanie.
- Przestań mi słodzić –
roześmiałam się cicho i spojrzałam na niego kątem oka. – Te babeczki były
wystarczająco słodkie – dodałam, a on wybuchnął głośnym śmiechem.
- Chciałbym, ale nie mogę –
spoważniał nagle i spojrzał mi w oczy. – Dzięki tobie czuję się jak człowiek, a
nie nic nie warty śmieć – dodał ze smutkiem w głosie, a mi przypomniała się
sytuacja ze skrzydła szpitalnego. Wtedy patrzył na mnie jak mały, zagubiony
chłopiec.
- Draco, ty jesteś człowiekiem – złapałam go za rękę i
ścisnęłam ją. Staliśmy nad niewielkim oczkiem wodnym. – Nie daj sobie wmówić,
że jest inaczej – dodałam cicho, a on przybliżył się do mnie. Poczułam, jak
serce zaczyna mi bić coraz szybciej.
- Dziękuję ci Hermiono –
wyszeptał, gdy dzieliło nas kilka centymetrów. Poczułam jego ciepły oddech na
moich wargach, a serce biło jak oszalałe.
- Za co? – wydukałam resztką sił
wbijając wzrok w jego piękne oczy.
- Za to, że jesteś –
odpowiedział i po chwili nasze usta złączyły się w długim, czułym pocałunku.
Nie liczyło się nic poza tą chwilą. Niespiesznie pieściliśmy się językami,
wkładając w pocałunek wszystkie nasze emocje. Wsunęłam dłoń w jego włosy, a on
objął mnie w pasie. Gdy oderwaliśmy się od siebie, upojeni szczęściem, zapytał –
Hermiono Granger, czy zostaniesz moją żoną?
24.12.2005r. - Piątek
Od naszego ślubu minęły już dwa
lata, dwa wspaniałe lata u boku Draco. Życie uwielbia płatać nam psikusy, a to,
że zakochałam się w moim dawnym wrogu z pewnością jest jednym z nich. Może to
zabrzmi dziwnie, lecz u jego boku jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd. Każdy
dzień przynosi nowe niespodzianki, każdego dnia poznajemy się na nowo. W naszym
związku nie ma miejsca na nudę, a kłótnie w ogóle nie istnieją. Kiedyś
myślałam, że prawdziwa miłość nie istnieje, ale tak naprawdę nie miałam okazji jej
doświadczyć.
Tak, ja, Hermiona Granger,
kocham tego arystokratycznego dupka, tę fretkę, Draco Malfoya.
I zostanę z nim dopóki śmierć
nas nie rozłączy.
*Prawo Murphy'ego - Jeśli myjesz auto, zaczyna padać deszcz itp.
*Umieściłam skrzydło szpitalne na 3 piętrze
----------
No witam! ^^ Nie ma rozdziału, będzie jutro, ale jest ta dłuuuuga miniaturka! Jestem z niej bardzo zadowolona, naprawdę :) Widzę, że wszyscy czytelnicy głosowali na 18+, która się pojawi, ale nie wiem kiedy. Będzie to moje pierwsze spotkanie z pisaniem takich scen, więc nie chcę się śpieszyć :) Ta miniaturka jest słodka, może nawet za bardzo, ale miło mi się ją pisało :) Mam nadzieję, że Wam się podoba.
Nie jestem zadowolona z Waszego komentowania, wyświetleń przybywa, a komentarzy nie... Coś jest nie tak? :/
Buziaki! :*
Alicia*
Ps. Przepraszam za wszystkie błędy!
Pierwsza!
OdpowiedzUsuńGenialna miniaturka i taka urocza.
OdpowiedzUsuńCudowna miniaturka! <3
OdpowiedzUsuńA ja jestem cichym czytelnikiem, bo wyjątkowy ze mnie leń.
Przepraszam!
Wybaczam :D Ciebie znam, bo na początku komentowałaś ;) Po prostu chcę dac kopa leniom :P
UsuńNiezalogowana Alicia*
miniturka jest rewelacyjna :) jeden szczegol tylko mi nie pasuje, mianowicie, troszke szybko im poszlo z tym slubem :P ale poza tym jest swietnie :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńHaha, wiem właśnie :P Uznajmy, że wzięli ślub w LAS VEGAS xD
UsuńMiniaturka świetna, taka trochę inna ale najważniejsze, że kończy się happy endem ;)
OdpowiedzUsuńSuper miniaturka :-)
OdpowiedzUsuńmojeminiopowiadania.blogspot.com
Urocza miniaturka. Podobało mi się to, że Scorpius trafił do gryfindoru, przez co Draco i Hermiona mogli się zbliżyć. Nie psują mi tylko daty w opowiadaniu w 2003 roku Hermiona nie mogła pracować w Hogwarcie od 10 lat a Draco mieć 11- letniego syna
OdpowiedzUsuńWiem, że zamieszanie z datami, sama chcę się za to zabić. :) Może mieć, bo Herm zaczęła pracę po odbudowaniu ;) A nie miałam jak sprawdzić rok, więc przepraszam!
UsuńAlicia*, słońce Ty moje, genialna miniaturka!
OdpowiedzUsuńTak, bałam się, że dostanę cukrzycy, ale tak nie jest :3 według mnie wszystko jest opisane bardzo dobrze i nie jest przesłodzone.
Sama nie przepadam za happy endem, więc napisać coś ze szczęśliwym zakończeniem tak, żeby mi się spodobało to nie lada wyczyn. Świetnie :)
POzdrawiam, em.
Dlaczego ja tak nienawidzę pisać komentarzy?
OdpowiedzUsuńAle to inna sprawa. Miniaturka urocza i wyjątkowa. Scorpius pod wpływem zmienionego Draco wyrusł jako jego dobra, skrywana strona :) Słodkie to jak nie wiem.
Szybko im ten ślub wyszedł, ale skoro Mionka jako pierwsza okazała mu zrozumienie to miał prawo się tak szybko zakochać.
Szkoda, że nie było nawet zmianki o dzieciach Potterów.
Na koniec informuję, że czytam każdy rozdział, ale jest ze mnie leń i nie komentuję. No, chyba, że bardzo mi się podoba albo mi grożą.
ai.
Jak dla mnie bomba! Ten ostatni wątek dot. ślubu - marzenia się jednak spełniają!
OdpowiedzUsuńNawiasem mówiąc odważyłam się napisać własne Dramione. Więc jeśli będziesz miała czas i chęci to zapraszam do czytania.
Świetna miniaturka! Słodka, ale urocza^^ Uwielbiam takie. Powodzenia w pisaniu +18, wierzę, żę dasz radę :)
OdpowiedzUsuńŚwietnie napisane opowiadanie i miniaturki :)
OdpowiedzUsuńmiało być +18
OdpowiedzUsuńFenomenalna.
OdpowiedzUsuńFenomenalna.
OdpowiedzUsuńUrocza!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Layls
dramione-teatr-uczuc.blogspot.com
ŁO MERLINIE! sorry ja tak mam po każdej miniaturce Dramione która mi się podoba i uśmiech mi się ciśnie na usta
OdpowiedzUsuń/Ślizgonka