wtorek, 9 lipca 2013

Rozdział 1 - Rzeczy, których nie widzimy

Londyn o tej porze dnia zalany był czerwonym światłem zachodzącego słońca rozpaczliwie przebijającego się przez gąszcz budynków. Jasne, bezchmurne niebo zabarwione było na różowo. Tak, był to naprawdę piękny widok. Jednak nikt tego nie zauważył. Tłumy ludzi popychając się i szturchając biegli szarymi uliczkami. Miasto wypełniał gwar rozmów, hałas samochodów, ciężkie sapania, krzyki straganiarzy, śmiech dzieci… Wszystko to połączone razem tworzyło ducha miasta. Dla większości tych ludzi coś takiego jak cisza w ogóle nie istniało. Nie wyobrażali sobie Londynu, w którym panowałaby cisza, a ludzie szli powoli bez rozmawiania. Nie, wizja ta była zbyt absurdalna. Bez zgiełku ulicy i sięgających chmur wieżowców Londyn nie byłby wciąż tym samym miastem.

Nie zastanawiając się nad niczym ludzie dawali się pochłonąć sprawom przyziemnym. Na rogu, w niewielkiej kawiarence odpoczywał policjant popijając spokojnie kawę. Tuż obok elegancko ubrana kobieta nerwowo zerkała na wyświetlacz telefonu i zegarek. Nieco dalej dwie kobiety przytuliły się z entuzjazmem i zaczęły wesoło szczebiotać. Każdy był czymś zajęty i nie interesował się tylko sobą. Ale jedna osoba, niewielka blondwłosa dziewczynka, widziała wszystko. Widziała policjanta, bizneswoman i przyjaciółki. Jej bystrym, niebieskim oczom, obserwującym wszystko ze spokojem, nie umknął żaden szczegół. Nagle przeniosła oczy na ulicę, którą szedł tłum ludzi wylewający się ze sklepów i biurowców. Niby nic specjalnego, taki widok można spotkać na każdej ulicy w Londynie. Ale ona zobaczyła coś jeszcze. Dwoje ludzi – brązowowłosa kobieta i czarnowłosy mężczyzna – przeciskali się przez tłum brutalnie popychając wszystkich i wywołując falę oburzenia. Jednak oni zdawali się nie słyszeć wulgaryzmów i wyzwisk rzucanych w ich stronę, biegli sprintem i po chwili już ich nie było. Dziewczyna spojrzała w niebo i zamyśliła się. Dokąd biegli? Dlaczego się tak spieszyli? No i kim oni są? Te pytania nasuwały jej się na myśl, jednak nie mogła na nie odpowiedzieć. Westchnęła cicho, po czym kontynuowała ulubione zajęcie, jakim było obserwowanie…

***
Kobieta dobiegła do olbrzymich żelaznych drzwi i pchnęła je, jednak bez skutku. Jej twarz wykrzywiła się w szalonym uśmieszku.

- No pięknie! – wrzasnęła – Spóźniliśmy się! I co teraz? – rozłożyła ręce i zaśmiała się. Nie był to jednak zwykły śmiech. Przepełniony był goryczą i ironią. – Niewinni ludzie zginą, a to wszystko przez…

- Hermiono! – towarzysz popatrzył na nią z wyrzutem. – Gadanie nic nam nie da, chodź tędy – pociągnął ją w stronę drzwi, na których napisane było WEJŚCIE SŁUŻBOWE. Kopnął je szybkim, ale mocnym ruchem i nie zważając na oburzoną minę dziewczyny wszedł do środka.

Szli korytarzem, który cały był spowity mrokiem. Powietrze wypełnione było ciężkim zapachem drogich damskich perfum. Mijali otwarte drzwi do opuszczonych w popłochu garderób, wypełnionych porozrzucanymi rekwizytami, kosmetykami, strojami… Biedni, myśleli, że uciekną… Cisza panująca tutaj była wręcz nienaturalna. Słychać było jedynie ich oddechy i gwizd wiatru przywodzący na myśl zawodzenie zwierząt. Nagle kobieta potknęła się, ale przed upadkiem uchronił ją mocny chwyt mężczyzny. Pieprzony sukinsyn specjalnie wyłączył światło. Szli dalej, czarnowłosy nieco przed nią wytężał wzrok starając się cokolwiek zobaczyć, jednak na próżno.

- Harry... – szepnęła szatynka. Mężczyzna odwrócił się w jej stronę, a ona stanęła nasłuchując – Słyszysz to?

- Co?

- Może pomyślisz, że to absurd, ale… Chyba słyszę łkanie… - wskazała zamknięte drzwi znajdujące się po jej prawej stronie – Tam.

Mężczyzna zmarszczył brwi, ale ufał swojej towarzyszce i wiedział, że nie kłamie. Ostrożnie podszedł do drzwi i pchnął je, a one, ku jego uldze, z cichym skrzypem otworzyły się. Ich oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie, najprawdopodobniej magazyn, oświetlone słabą żarówką zwisającą na drucie. Cicho wszedł do środka i usłyszał cichy, przerażony głos.

- Kim jesteście? – Harry spojrzał w stronę, z której ten głos dobiegał, ale nie zobaczył nic. Dopiero po chwili zza wieszaka na stroje wyszedł chłopiec. Miał na oko siedem, może osiem lat. Nikłe światło padające na jego twarz oświetliło łzy na pucołowatych policzkach i nos zaczerwieniony od płakania. Oczy wpatrujące się w mężczyznę były czarne jak węgiel. Teraz patrzyły na niego ze strachem, ale ich kryło się w nich coś niepokojącego… Coś strasznego.

- Nic ci nie zrobimy – wyszeptała Hermiona przybierając możliwie najbardziej łagodny ton. – Jak masz na imię? – uśmiechnęła się życzliwie i wyciągnęła do zapłakanego chłopca rękę.

- Wiem po co tu jesteście – spojrzał kobiecie prosto w oczy. Przeszedł ją dreszcz i opuściła wzrok. – Przyszliście po niego tak? On wie, że tu jesteście, czekał na was – ton chłopaka zmienił się. Był teraz wypełniony mrokiem i tajemnicą.

- Kim jesteś? – spytał zdenerwowany Harry. Nie podobało mu się to dziecko, ono na pewno nie było normalne.

- Jego synem – zadarł głowę i uśmiechnął się z triumfem. – A teraz radziłbym wam się pospieszyć – po tych słowach odwrócił się i wszedł w cień panujący tam, gdzie nie docierało światło żarówki.

Hermiona powstrzymała przyjaciela ruchem ręki i ruszyła za dzieckiem. Jednak po chwili wyszła, a wyraz jej twarzy nie spodobał się Harry’emu.

- Nie ma go – wyszeptała tonem mówiącym, że sama w to nie wierzy. – Zniknął…

***
 Ogromną salę wypełniały rozmowy elegancko ubranych kobiet i mężczyzn. Ludzie zajmowali powoli miejsca siadając na obitych miękkim materiałem czarnych siedzeniach. W Teatrze Wielkim w Londynie zebrali się dzisiaj tylko najbogatsi i najważniejsi mieszkańcy tego miasta. Na tę specjalną okazję gmach przeszedł niezwykłą metamorfozę. W holu głównym poustawiane przy ścianach stoły kusiły truskawkami w czekoladzie, szampanem, kawiorem i innymi przysmakami arystokracji. Stukot obcasów odbijał się od pokrytych czerwoną papeterią ścian unosząc się w górę, do kopuły z przeźroczystym dachem. To właśnie przez kopułę podziwiać można było ciemne już niebo obsypane tysiącami małych lub większych punkcików – gwiazd. Kryształowe żyrandole wiszące w równych odstępach oświetlały budynek załamującymi się strumieniami światła. Zamontowane specjalnie na ten wieczór zostały również czerwone żarówki. Połączenie światła białego z czerwonym sprawiło, że wchodząc do Teatru Wielkiego zostawiało się tam swoją duszę. Organizatorzy zadbali o to, żeby impreza opływała w luksusy. Nagle w wielkim holu zadźwięczał dzwonek informujący o zbliżającym się początku spektaklu. Ważne osobistości zaczęły powoli opuszczać hol i przechodzić imponującymi schodami do Sali głównej. Trwało to dość długo, ale gdy zabrzmiał trzeci dzwonek, ubrany w garnitur pracownik teatru zamknął drzwi prowadzące do Sali Głównej i, podobnie jak inni koledzy z obsługi, odetchnął ciesząc się chwilą spokoju. Nie ma nic gorszego od napuszonych arystokratów.

***
Rufus Scrimgeour siedział w swoim gabinecie bawiąc się leżącym na biurku piórem. Sprawnie przekładał go między palcami wpatrując się na zachodzące słońce widoczne przez ogromne okno. Jego twarz miała wyraz obojętny, jednak była to tylko maska. Maska, pod którą ukrywał targające nim uczucia. Uczucia? Uśmiechnął się gorzko. Ja nie mam uczuć. Zabijam wszystkich, którzy są dla mnie niewygodni. W moim zawodzie to konieczne. Zabij kogoś, zanim on zabije ciebie. Ta prosta zasada, którą wpoił mu ojciec, jak na razie odnosiła zamierzony efekt. Był ministrem magii, nie miał żadnych przeciwników, był szanowany, bogaty, a jego podwładni byli mu całkowicie posłuszni. Dlaczego więc targał nim niepokój?

Nagle do jego drzwi rozległo się pukanie.

- Proszę – oznajmił służbowym tonem odkładając pióro i prostując się.

W drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna o smukłej budowie. Miał idealnie ułożone jasnobrązowe włosy i świeży zarost. Wyglądał przystojnie. Jego bystre, orzechowe oczy rozglądałby się po pokoju. Wreszcie jego wzrok padł na ministra magii, a usta wykrzywiły się w fałszywym uśmiechu.

- Witam ministrze, wołał mnie pan? – spytał podchodząc do biurka.

- Tak Leonardzie, siadaj – Rufus wstał i podszedł do okna jednocześnie wskazując fotel przy kominku. Gdy mężczyzna posłusznie zajął miejsce, minister zaczął mówić. – Doszły mnie ostatnio słuchy, że dziedzic Malfoyów – Draco – zaszył się w nikomu nieznanym miejscu i wykonuje tajemniczą pracę. Wiesz coś o tym? – odwrócił się i spojrzał na gościa.

- Wiem to samo co pan, ministrze. Czytałem Proroka Codziennego, w którym pisali jedynie, że nie wiedzą gdzie się znajduje. Oczywiście pojawił się na ten temat artykuł panny Skiteer, ale chyba obydwaj wiemy, że to, co w nim napisała to jedynie plotki – odparł beznamiętnie.

- Tak, też nie wierzę w teorię tej zakłamanej dziennikarki od siedmiu boleści – mruknął Scrieagomor, po czym usiadł naprzeciwko mężczyzny. – Ale chcę zaoferować panu pracę. Potrzebuję informacji na temat miejsca pobytu pana Malfoya i skontaktowania się z nim. Jest to sprawa pilna, ale słyszałem o panu same dobre opinie… - uśmiechnął się przebiegle – Czy byłby pan zainteresowany?

- Ile mam czasu? – Leonard wstał.

- Tydzień – odpowiedział minister, a w jego oczach pojawił się wyraz triumfu.

***
Rudowłosa kobieta usiadła na parapecie powoli sącząc czerwony trunek z kieliszka. Westchnęła. Wiatr wpadający do pokoju przez otwarte okno otulał delikatnie jej twarz i podrywał długie włosy do tańca. Zapach wilgoci uspokajał ją. Wpatrywała się w horyzont, w ciemne niebo, na którym pojawił się już jasny księżyc. Była pełnia. Kobieta nie należała do zabobonnych, ale nigdy nie lubiła pełni. Pamiętała wydarzenia z trzeciej klasy i wciąż widziała jak jej ulubiony nauczyciel zamienia się w potwora. Pamiętała ten strach towarzyszący jej wtedy. Teraz nie miała się czego bać, ale na jej skórze i tak pojawiły się ciarki. Od zimna czy ze strachu?  Zdecydowanie z tego drugiego powodu. Westchnęła cicho i zeszła z parapetu przymykając okno. Odstawiła kieliszek z niewypitym trunkiem i ruszyła po schodach w stronę łazienki.

- Mamo…  - cichy, chłopięcy głos sprawił, że zatrzymała się i odwróciła głowę.

- Tak, kochanie? – uśmiechnęła się do synka i podeszła bliżej łapiąc go za chudą dłoń.

- Gdzie jest tatuś? – wyszeptał chłopiec wtulając się w ramię kobiety, która uniosła go.             

- Tatuś musiał wyjechać na kilka dni, ale nie bój się – pocałowała go w czoło – za niedługo wróci. Na pewno zabierze cię wtedy na wycieczkę – z małym na rękach weszła do pokoju dziecięcego, i położyła chłopaka do łóżka. – A teraz dobranoc słonko – dała mu całusa i wyszła gasząc światło.

- Dobranoc mamusiu


----------

Oto rozdział 1, podoba się? :) Póki co postaram się dodać przed czwartkiem rozdział 2, a później przez 10 dni mnie nie będzie :< No cóż, trzeba korzystać z wakacji! Ale obiecuję, że po powrocie coś dodam :)
Alicia*

6 komentarzy:

  1. super rozdział! na pewno będę wpadać częściej! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alicia*, mi też czegoś brakowało, a mianowicie twojego strasznego opowiadania :) Dzisiaj postanowiłam zajrzeć do ciebie i przeczytać pierwszy rozdział. No jest tajemniczy i wygląda na jakby się zapowiadała oryginalna historia. Lubię postać Rufusa, która występuje w nielicznych opowiadaniach. Brawo.

      Usuń
    2. Tak dla sprostowania :) Miałam na myśli twoje pierwsze opowiadanie o duchach, które było strasznie nie pod względem jakości :p

      Usuń
    3. A tam, ledwo się rozpoczęło miało być straszniejsze ;) Może kiedyś zbiorę się w sobie i je dokończę, ale nie jestem pewna :)

      Usuń
  2. Opinie już wystawiłam Ci przez maila - podpisuję się pod tym obiema rękami i bardzo się ciesze, że zaczęłaś publikować. Czekam na next i Pozdrawiam Serdecznie!
    Venetiia

    OdpowiedzUsuń
  3. Super blog! Właśnie zaczęłam czytać i powiem tak: bardzo wciąga, jest bardzo ciekawy ;) Pozdrawiam, życzę weny i zapraszam do mnie ;**
    http://dracohermionee.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń