poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział 3 - Monotonia

Ciemność. Głucha cisza wypełniająca wąski korytarz pachnący stęchlizną. Stukanie butów o parkiet. Ciemne włosy przyjaciela idącego przed nią. To wszystko składające się na scenerię rodem z horroru. Nagle z nieokreślonego miejsca zaczęła płynąć muzyka. Ciarki przeszły jej po plecach. Pieprzony sukinsyn. Wszystko zaplanował. Mimo tego, że Hermiona nie należała do osób strachliwych, miała ochotę się stąd jak najszybciej wydostać. Pomimo tego, że stawiała kroki ostrożnie, potknęła się. Upadła i poczuła, że jej ręce dotykają czegoś mokrego. Podniosła ostrożnie głowę i wyszeptała:

- Harry… - odpowiedziała jej tylko głucha cisza.

Kobieta podniosła się i zaczęła panicznie rozglądać na wszystkie strony. Jej towarzysza nigdzie nie było. Zaczęła go wołać. Bez skutku. Jej przerażony głos odbijał się echem od ścian. Ręce zaczęły jej drżeć, więc ścisnęła mocniej różdżkę. Nagle w oddali pojawiło się światełko rozświetlając ciemne ściany korytarza. Hermiona zaczęła iść w jego stronę w nadziei, że to jej przyjaciel je wyczarował. Jednak zbliżała się coraz bardziej, a światło oddalało się. Zaczęła biec. Nogi trzęsące się ze strachu odmawiały posłuszeństwa, więc potykała się, aż w końcu upadła ponownie. Leżała na zimnej posadzce skulona i trzęsąca się ze strachu. I nagle zdarzyło się coś, co zmroziło jej krew w żyłach. Światło wypełniło cały korytarz, a ona podniosła zaszklone oczy ku niemu. Wtedy to zobaczyła… Nadzy ludzie zwisający z sufitu patrzyli na nią zimnym, bezlitosnym wzrokiem. Ich ciała były zmasakrowane. Przerażona cofnęła się będąc wciąż na podłodze. Wtedy z oddali rozległ się demoniczny śmiech.
- Jesteś słaba Hermiono Granger – lodowaty ton sprawił, że ciało dziewczyny pokryły ciarki, a ona sama cofnęła się jeszcze bardziej. – Zawsze byłaś. A teraz patrz na tych, którzy przez ciebie zginęli…

***
- Nie! – kobieta obudziła się i z krzykiem podniosła na łóżku. Zegarek stojący na szafce nocnej tykał cicho, co było jedynym odgłosem wypełniającym skromną sypialnię. Spojrzała na godzinę – była 4.30.

Uspokajając szybko bijące serce Hermiona wstała i ruszyła w stronę łazienki. Który już ranek z rzędu tak wyglądał? Nie wiedziała. Straciła rachubę ile razy budziła się z okropnego koszmaru. Nie liczyła poranków wyglądających tak samo – zimny prysznic, ubranie się w pierwsze lepsze rzeczy, kilka filiżanek mocnej kawy i wpatrywanie się w widok za oknem. Nie była nawet w stanie czytać. Za każdym razem, gdy próbowała usiąść do lektury, oczy błądziły po kartkach nie rejestrując niczego. Wolała więc usiąść na parapecie i sącząc którąś z rzędu espresso, czym zastępowała jedzenie, patrzyć się tępym wzrokiem w horyzont. Monotonia. Uśmiechnęła się słabo. Tak wygląda moje idealne życie. Brawo Hermiono. Nie tak to sobie wyobrażałam. Pomimo tego, że samotność dokuczała jej, a ona sama widziała jak chudnie i stacza się na dno, nie mogła tego zmienić. Przyjaciele wielokrotnie oferowali jej pomoc, a ona? Odrzucała ją. Westchnęła odstawiając czwartą pustą filiżankę po kawie.

Może ja nie chcę pomocy?

A może na nią nie zasługuję?

***
Ronald Weasley leżał właśnie w ogromnym łóżku szepcząc do ucha pięknej blondynki czułe słówka, gdy jego telefon zaczął głośno domagać się uwagi. Westchnął i pocałował kobietę krótko, po czym owijając gołe ciało ręcznikiem wyszedł na taras.

- Halo? – mruknął zapalając papierosa, by po chwili zaciągnąć się mocno i wypuścić biały obłoczek dymu. Zauważył, że blondynka puszcza do niego zalotne oczko, więc pomachał jej.
- Ron, koniec urlopu – poinformował Harry zimnym głosem.

- Jak to koniec? – zirytowany rudowłosy usiadł naprzeciwko przestronnego okna podziwiając jak kochanka filuternie zakłada kolejne ubrania.

- Koniec, masz natychmiast wrócić do Anglii – warknął mężczyzna. – Co ty sobie kurwa wyobrażałeś? Że teraz, gdy mamy tę sprawę, ty uciekniesz sobie do Grecji, będziesz flirtował z dziwkami i opalał się na plaży? – w jego tonie słychać było pretensję.

- Uspokój się – syknął Ron gasząc niedopałek papierosa i dając szybkiego buziaka kobiecie, która przyszła się pożegnać. – Co się stało?
- Co się stało? –zironizował Harry. – To się stało, że Scrimgeour wysłał Herm zamiast Ciebie.

- I? – spytał od niechcenia Weasley jeszcze bardziej denerwując przyjaciela.

- Widzieliśmy rzeczy, na widok których ty zesrałbyś się w gacie! – wrzasnął wkurzony Potter. – Hermiona nie wytrzymuje psychicznie – dodał nieco spokojniej. – Ona nie jest aurorem, ty nim jesteś. Więc dzisiaj wsiadasz do pierwszego samolotu i lecisz do Anglii, rozumiesz?

- Tak – mruknął mężczyzna słysząc, że ton kolego nie toleruje sprzeciwu. – Idę się spakować. Pa. – rozłączył się i cisnął telefonem o podłogę tak, że ten rozpadł się na drobne kawałeczki.  Jak ja nienawidzę Hermiony.

*** 

 - Czyli od zakończenia szkoły nie widziałaś Dracona Malfoya? – spytał rzeczowym tonem szatyn wpatrując się w mopsowatą twarz kobiety siedzącej naprzeciwko. Pansy Parkinson niewiele się zmieniła. Jej czarne włosy były nieco krótsze i lepiej ścięte, ale rysy twarzy wciąż paskudne.
- A co powiedziałam? – mruknęła wyraźnie niezadowolona obecnością przystojnego mężczyzny Pansy. – Widywałam go przez jakieś pół roku, gdy czekał na rozprawę ojca. Mieszkał wtedy w Malfoy Mannor, a później zniknął – westchnęła upijając łyk z zimnej już cappuccino.

- Znasz kogoś, kto mógłby wiedzieć, gdzie on mieszka? – zlustrował kobietę ciemnobrązowymi oczami, lecz ona odpowiedziała mu tylko znudzonym wzrokiem.

- Zabini, ale pewnie już u niego węszyłeś. A poza nim nikt z naszego rocznika nie wie. Greengrass, Nott, Crabbe, Goyle… No chyba, że aurorzy mają na niego namiary, ale gdyby tak było, nie rozmawiałabym z tobą – uśmiechnęła się złośliwie, po czym dodała. – Nie bój się, on nie gryzie. No… Chyba, że odrobinkę – mówiąc to wstała i zapłaciła rachunek, po czym zostawiła zdziwionego Leonarda samego.

*** 

- Co masz zamiar zrobić? – młoda kobieta pochyliła się nad mahoniowym biurkiem, a jej długie blond włosy opadły łagodnie na smukłą twarz. Przyglądnęła się kopercie leżącej na gładkiej powierzchni blatu i ujęła ją w wąskie palce.
 - Nie wiem Amando – mężczyzna o szpakowatych włosach stanowczym ruchem wyciągnął list z dłoni towarzyszki wywołując tym oburzenie na jej twarzy.  – Liczyłem, że ty mi powiesz.

- Mam za ciebie podejmować decyzje? – spytała kąśliwie. – Kim ty jesteś, Rufusie, małym dzieckiem czy ministrem magii? – uśmiechnęła się złośliwie. Wiedziała, że to zdenerwuje mężczyznę, ale nie mogła się powstrzymać. Uwielbiała to robić.

- Amando, nie zaczynaj – warknął groźnie, po czym odetchnął i dodał cicho. – Wiesz, że potrzebuję twojej rady – spojrzał jej prosto w oczy. Patrzył  na nią z rezygnacją, czyli czymś, co nigdy nie było u niego spotykane.

-  Wiem Rufusie – usiadła w głębokim fotelu i sięgnęła po szklankę zimnej wody. Gdy upiła łyk, myśli stały się klarowne. – Nie możesz się zgodzić – stwierdziła nagle nie odrywając wzroku od płynu.

- Ale nie mogę też odmówić. Czytałaś…

- Tak, tak… - zamyśliła się. – Daj trochę czasu tej Granger. Może zaczekasz na powrót Leonarda? – uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie Leonarda. Ooo tak, to jest prawdziwy mężczyzna. Przypomniały jej się wszystkie upojne noce spędzone sam na sam z nim. Był wspaniały. Ale niedostępny. Mimo wszystko nie żałowała krótkiego romansu z nim. Nikt by nie żałował.

­- Skoro tak radzisz Amando – minister pokiwał w zamyśleniu głową i po chwili on też zajęty był swoimi myślami. A niektóre były bardzo brudne.

***
Teatr Wielki w Londynie otoczony był licznymi radiowozami, dziennikarzami i zwykłymi gapiami, którzy musieli wiedzieć co się stało. Teren budynku otoczony został taśmami policyjnymi, lecz gdy i to nie wystarczyło, poustawiano barierki. Każdy mieszkaniec Londynu słyszał o wybitnie okrutnym morderstwie, które niedawno miało tu miejsce. W tłumie panował hałas i gwar. Niektórzy próbowali dostać się bliżej budynku, jednak pilnujący porządku funkcjonariusze szybko wyłapywali takich „śmiałków”. Wśród licznych głosów wyróżnić można było lamenty osób, których bliscy byli jednymi z zamordowanych. No i byli jeszcze dziennikarze. Oni nie przejmowali się losem osób, które zginęły. Nie, oni nie współczuli rodzinom ofiar. Można by powiedzieć, że ich cieszyły wydarzenia sprzed dwóch dni.  

Do takich osób należała Rita Skiteer. Jej bujne, blond loki były jak zwykle idealnie ułożone. Nikt nie wiedział, jakim cudem pozostają one niezniszczone bez względu na warunki pogodowe. Na twarzy widniał precyzyjnie zrobiony makijaż składający się z dużej warstwy fluidu, pudru, różu, tuszu do rzęs, kredki do oczu i na koniec krwistoczerwonej szminki podkreślającej wykrzywione w grymasie niezadowolenia usta. Dlaczego była niezadowolona? Przebywanie wśród takiej liczby mugoli obrzydzało ją. Nienawidziła ludzi niemagicznego pochodzenia, co zresztą było widoczne w jej artykułach. Niestety, musiała napisać artykuł o wydarzeniu nazwanym Masakra w Teatrze Wielkim. Przeciskała się więc trzymając w dłoniach zaczarowany aparat wyglądający jak zwykła lustrzanka.  Nie zwracała uwagi na krzyki ludzi, których staranowała, lepsze zdjęcia oznaczały więcej premii. Gdy wreszcie dotarła do strefy odgrodzonej przez policję, odetchnęła z ulgą i pokazała załatwioną przez ministra magii przepustkę. Z gracją przeszła przez barierkę i po chwili mogła już w spokoju robić zdjęcia.

- Proszę pani – poczuła jak ktoś ciągnie jej żakiet i odwróciła się. Zobaczyła dziewczynkę mającą około 7 lat z jasnoblond włosami.

- Czego chcesz? – warknęła niezbyt uprzejmie, lecz dziecko zdawało się tym nie przejmować.

- Powie mi pani co się tutaj stało? – utkwiła swoje duże, niebieskie oczy na twarzy kobiety sprawiając, że dziennikarka odwróciła szybko wzrok i wydęła usta z zaciekawieniem.

- A dlaczego miałabym ci mówić smarkulo? Jestem w pracy, nie widzisz? – uśmiechnęła się wrednie i strzepnęła drobną dłoń dziewczynki, która wciąż trzymała jej żakiet.

- Bo widziałam jak jeden chłopiec wychodzi z tego budynku i zastanawia mnie jak on tam wszedł – odparła rozmarzonym głosem mała.

- Zaczekaj… - oczy Rity rozszerzyły się gwałtownie i błysnęły groźnie. – Mogłabyś mnie do niego zaprowadzić? – spytała jak najbardziej słodkim tonem

- Oczywiście – blondynka złapała dłoń kobiety i dodała. – Powie mi pani w drodze.

Nie wiedziały, że już nigdy nie wrócą. Przynajmniej nie we dwie.

----------

 Kolejny rozdział dodaję trochę wcześniej, ale to dlatego, że źle kliknęłam :P Jest to ostatni rozdział, który miałam w zapasie, więc kolejny dopiero po 21. Wyjazd jest bardzo fajny, mam co prawda mnóstwo siniaków, obolały tyłek, obtarte ręce... :D Ale nie jest źle. Pogoda też mogłaby być lepsza. :/ Mam nadzieję, że Wy też miło spędzacie wakacje ;)

Alicia*

3 komentarze:

  1. Czyżby to był już koniec pani Rity Skeeter?
    Muszę przyznać, że rozdział dość tajemniczy, ale jednocześnie bardzo ciekawy! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny rozdział! Taki tajemniczy! <3 Czekam na kolejny! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowity i inspirujący rozdział. Mroczny klimat opowiadania przypadł mi bardzo do gustu. Ron sobie odpoczywa sobie w całkiem interesującym towarzystwie. Ciekawe, dlaczego nienawidzi Hermiony. W końcu to ona go zastąpiła w tej misji. Jestem bardzo ciekawa brudnych myśli Rufusa S :) Coś czuję, że ta dziewczynka ma też coś wspólnego z ta masakrą.

    OdpowiedzUsuń